Bez parasola

Posts Tagged ‘pablopavo

„Teraz już nie ma w Polsce muzyki” mawiają żołędzie w szare, bure, czarne, ale i jasne dni. Takie przeświadczenie jest, że kiedyś to były zespoły zakładane szczerze i autentycznie. Był przekaz, była walka, były emocje. Teraz już nie ma, bo teraz to nie wiadomo, co jest. Tak można by sparafrazować pewne frazy poetyckie albo cytować ludzkie głosy z ulicy ruchliwej i cichej w różnych miejscach betonowych lub liściastych. Istnieje oczywiście środowisko interesujące się muzyką, jeżdżące na festiwale, chodzące na koncerty, przeglądające całymi nocami jutuba i spotifaja, ale, jak pozwolę sobie śmiało założyć, wielu ludzi, tzw. szarych, nie czuje potrzeby odnajdywania się w tej kwestii. Nie obchodzi ich tekst polskiej piosenki współczesny, bo przecież Niemen, Nosowska, bo przecież Markowski i no, co tu dużo mówić Jolka, Jolka pamiętasz. Pamiętasz prawda? Trudno mi ocenić prawdziwe proporcje z jakimi te haniebne reakcje ludu się odbywają. Być może coś zmyślam, a wszyscy muzyką się interesują i poszukują. Może to kwestia pokoleniowa. Może powinienem śledzić więcej talent szołów. Niemniej sam osobiście zetknąłem się z tym pozbawionym skrupułów oraz wrażliwości zjawiskiem, jakim jest nieznajomość realiów twórczości muzycznej polskiej ostatniej dekady. Grając sobie jak gdyby nigdy nic nad rzeką swoje piosenki, pewnego razu przysiadła się do mnie dziewczyna młoda i głośna z całą nogą wytatuowaną w fantazyjne bohomazy erogennie oddziałujące na męską populację, a przynajmniej na mnie. Według pewnych wzorów kulturowych, które miałem zakodowane, zinterpretowałem tę sytuację, że mam do czynienia z artystyczną duszą, która wreszcie będzie ze mną dyskutować nad polską twórczością i że może… . Jakże zawiodłem się , gdy otworzyła paszczę:
– Lady Pank znasz? – wygrzmociła swym gruboskórnym głosem i wrzucając mi 3 zł do pokrowca dodała – Płacę, więc wymagam. Klient nasz pan
– Ja nie mam nad sobą panów ani królów – odpowiedziałem emocjonalnie, lecz piskliwie, ciągle nie umiejąc w swoim umyśle poradzić sobie z fantazyjnym tatuażem na nodze.
Dalej było już gorzej – jęk, wycie, perorowanie o wyższości piosenki znanej nad nieznaną, znajdowanie tekstów oraz akordów w internecie na smartfonie i co najgorsze śpiew podniosły dziewki, że być zawsze tam, gdzie ty. Gdybym był młodszy, niechybnie przeżyłbym traumę (od tamtej pory zresztą nie kręcą mnie już żadne dziary). Ja jednak doświadczony losem postanowiłem złe bodźce przekuć w coś wartościowego. Nie jestem wszak w ciemię bity i wiem, że przecież piosenki ciągle powstają i że warto ich słuchać nawet, jeśli trudniej się młodym kapelom przebić niż kiedyś. Niestety lub stety w ten jakże patetyczny czas uświadomiłem sobie rzecz nad wyraz wstydliwą, że przez ostatnie 10 lat, to ja osobiście, a nie ci źli inni, nie wiem, czy przesłuchałem nawet 10 całych jakichś nowych płyt śpiewających po polsku artystów starszych i młodszych, że sam zagubiłem się w jutubowym chwilowym odtwarzaniu muzyki i ocenianiu powierzchownym w prostej skali „fajne – nie fajne”. Piszę ten artykuł dla właśnie takich osób jak ja, które nie miały środków, możliwości czy chęci uczestniczenia w kulturze popularnej polskiej w dziedzinie muzyki w ostatnich latach w takim stopniu, w jakim sobie wyobrażają, że powinni. Poza tym dekada się kończy i wypadałoby w końcu zrobić jakiś ranking. W moim przypadku nie będzie pierwszych i ostatnich miejsc, gdyż sam w życiu współczesnymi podziałami kastowymi się brzydzę. Zresztą każdy z twórców, który do mnie dotarł (a przesłuchałem w ostatnim czasie z 50 płyt), wnosi przecież coś innego do naszych potencjalne skomplikowanych emocjonalnie dusz, z których za kilka miliardów lat zresztą wyewoluujemy w jakąś niezwykłą rasę dobrodusznych oraz kochających istot bez rywalizacji i niszczenia środowiska naturalnego, wód, ziemi, powietrza, lasów tropikalnych, a także tych naszych rodzimych.
Chciałbym więc przedstawić artystów, płyty, piosenki, które mnie mniej lub bardziej urzekły. Przez niektórych z was być może będą nieznane w ogóle, przez innych osłuchane do nieprzytomności na licznych koncertach, na których bywacie co 2 dni. Być może ktoś ze znawców powie, że rzucam tu współczesnym chłamem, ktoś inny, że komercją, że pominąłem wielu wartościowym twórców, do których po prostu nie dotarłem, ale nie jestem tu po to, że ogarnąć wszystko i zadowalać wszystkich. Napisałem to by zwyczajnie w świecie powielić obudzoną we mnie nadzieję, że choć słaby ze mnie patriota w klasycznym, walecznym ujęciu, to jeszcze Polska nie zginęła, póki po polsku śpiewamy.

P. S. Mam nadzieję, że ostatnie zdanie czytaliście na baczność.

 

Ostatnie tchnienia polskiego rocka wczesnej ery kapitalizmu

 

Każda dekada ma swoje odkrycia. Nie jest jednak tak, że świat wcześniejszy zostaje w jakiś niewypowiedziany sposób postawiony do okopu przeciw temu nowemu.
W latach 2010-2019 ciągle działali starzy wyjadacze jak Kazik Staszewski z nieśmiertelnym Kultem czy KNŻ-etem, ale też nowym, ciekawym projektem razem z Kwartetem ProForma, KSU zrobił bardzo ciekawy pomysł koncertowy razem z folkową grupą Matragona, Nosowska zarówno solowo jak i z zespołem Hey kontynuowała drogę wytyczoną w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku, romansując zaciekle z szeroko pojętą alternatywą rockową i nie tylko, Artur Rojek nagrał solową płytę „Składam się z ciągłych powtórzeń”, odpowiadając na świetny bądź co bądź „1.577” – album reszty członków zespołu Myslovitz razem z poznańskim wokalistą Michałem Kowalonkiem.

 

Jedną z najlepszych swoich płyt, według mnie, nagrał w tej dekadzie T.Love. Chodzi o album „Old is gold” z piękną interpretacją piosenki Boba Dylana z polskim tekstem Zygmunta Staszczyka „Lucy Phere” i wieloma nawiązaniami do twórczości amerykańskiego country i rocka lat 50 i 60.

 

Nagrywał Grabaż i zespół Strachy Na Lachy, Tymon Tymański nie próżnował, choć w tej dekadzie najbardziej znanym jego projektem był film „Polskie Gówno”. Nie zniknął również Wojciech Waglewski, a jego wspólną wraz z synami Fiszem i Emade płytę „Matka, Syn, Bóg” osobiście wyróżniam za nowe, jak na polskie warunki i jak dla mnie nie będącego fanem polskiego bluesa przedstawienie słuchaczowi tego rodzaju muzyki, a przynajmniej wielu do niego nawiązań.

 

Nie mógłbym także pominąć projektów trójmiejskiego muzyka i tekściarza Grzegorza Nawrockiego – w szczególności płyty grupy Nawrocki Folk Computer Band z 2013 roku, ale także dwóch albumów zespołu Kobiety, który jest według mnie najbardziej niedocenionym w Polsce przedsięwzięciem artysty pokolenia urodzonego w latach 60 XX wieku.

 

 

Osobny punkt i różowy dyplom oraz puchar należy się, według mnie, Maciejowi Maleńczukowi. Nikt jak on nie uczynił tak ogromnej edukacyjnej pracy na rzecz naszego biednego społeczeństwa w tym dziesięcioleciu. Nie jestem wielkim fanem jego ostatniej autorskiej twórczości. Jako rockman w głębi duszy do końca życia uznawał będę jedynie Homo Twist. Niemniej przypomnijmy Maleńczuk od 2010 roku nagrał po kolei najpierw płytę z piosenkami rosyjskiego poety i barda Włodzimierza Wysockiego; następnie bardzo dobre „Psychocountry” w dużej mierze z polskimi interpretacjami i tłumaczeniami utworów Johnnego Casha, ale nie tylko; jazzowy krążek „Jazz for idiots” czy wreszcie album z utworami Wojciecha Młynarskiego, a ostatnio jakieś rzeczy jazzrockowe inspirowane podobno… Sepulturą. W każdym razie wypromowanych przez Maleńczuka w tej dekadzie artystów twórczość wcześniej znałem mocno wybiórczo, a teraz znam trochę lepiej.

 

 

Sieroty i wdowy po polskim rocku i alternatywie

 

Może być to nie lada kontrowersją, że zespół Lao Che umieszczę właśnie w tym podrozdziale, a nie w tym dla doświadczonej życiem Wielkiej Rady Starych Rockmanów (w skrócie WRSR). Wszak członkowie grupy to już poważni ponad czterdziestoletni panowie (wokalista Hubert „Spięty” Dobaczewski jest młodszy od Katarzyny Nosowskiej o 3 lata, a od Tymona Tymańskiego o lat 6). Uczynię tak jednak pewnie i bez żadnych wątpliwości. Lao Che to grupa, która według mnie wyprzedza pod względem technicznym i produkcyjnym, ale i w kwestii eksperymentowania z różnymi gatunkami zespoły, jak to roboczo, nazwę starego dobrego polskiego rocka o co najmniej jedno pokolenie. Każda płyta którą nagrali w tej dekadzie, a była ona dla Lao Che niezwykle płodna, wnosiła do polskiej muzyki coś nowego. Nie wszystkie, co oczywiste, były dla mnie osobiście powodem do omdleń, ale album „Dzieciom” z 2016 roku wraz z takimi utworami jak „Wojenka” czy „Bajka o misiu (tom I)” mogę śmiało nazwać dziełem tego dziesięciolecia.

 

Kolejnym punktem tego podrozdziału będzie wspomniany już wcześniej wraz ze wzmianką o płycie „nowego” Myslovitz gatunek szeroki i niezbyt ścisły jakim jest Indie Rock. W tym dziesięcioleciu to właśnie poprzez odejście ze śląskiej supergrupy Artura Rojka świat mógł się dowiedzieć o projektach jej nowych wokalistów – poznańskiej grupy Snowman Michała Kowalonka oraz katowickiego Lorein Łukasza Lańczyka. Ponadto pojawiły się młode zespoły jak trójmiejski Mjut (czekam na nową płytę, którą zapowiada świetny utwór „Nie chcę prawdy”) czy Hoszpital rodem z Poznania. Właśnie ta ostatnia formacja zasługuje, w mojej nieskromnej opinii, na szczególną uwagę ze względu na spójność każdej z płyt (a wydali ich 3). Zdaję sobie sprawę, że Indie Rock to studnia bez dna w Polsce jak metal czy hip hop, ale tak się złożyło, że z całego tego śmietnika właśnie Hoszpital zawładnął w pewnym momencie moim życiem płytą „Weszoło” z 2015 roku.

 

 

Nie mógłbym napisać tego niezwykłego artykułu, gdyby nie pogrobowcy polskiego Punk Rocka. Nie sposób pominąć w tej materii gdańskiej grupy Gówno czy wyrastającej z niej formacji Nagrobki. Są to projekty trójmiejskiego środowiska artystycznego, młodych absolwentów ASP kreujących swój wizerunek na wojowniczych punków rodem z demówek Dezertera czy innych Moskiew i jarocińskich bekań lat 80. Nie są to moje zabawy, ale niech będzie dla nich nobilitacją, że bliska memu sercu pisarka Dorota Masłowska wykonała cover Gówna „Ballada o siatce foliowej” – wielkiego hitu, który przeszedł już do historii.

 

Innym godnym uwagi i dużo bardziej do mnie przemawiającym zespołem nawiązującym do prostoty punk rocka w ostatnich dziesięciu latach jest olsztyńska formacja Romantycy Lekkich Obyczajów. Damian Lange, czyli wokalista grupy, udziela się również w bardziej złożonym instrumentalnie zespole Transsexdisco, ale to właśnie Romantycy Lekkich Obyczajów ze względu na swój akustyczny, minimalistyczny charakter i nieśmiertelne przeboje jak „Poznajmy się”, „Urodziny” czy nieśmiertelny hit „Lodziarka” wpisali się do encyklopedii polskiej piosenki po polsku.

 

Ostatnim najmniej mi bliskim, aczkolwiek niemożliwym do pominięcia zjawiskiem w ostatnim dziesięcioleciu, jest młody polski rock i alternatywny pop z talent show i festiwali takich jak „Męskie Granie”. Mamy tu takich artystów jak Damian Ukeje, projekty rockowe Fisza i Emade, czyli Kim Nowak, Korteza, Skubasa, Natalię Przybysz, Brodkę, Melę Koteluk, Dawida Podsiadło, Organka czy Krzysztofa Zalewskiego. Choć doceniam każdego z tych artystów, cenię melodię i warsztat muzyczny, a czasami też (choć rzadziej) tekstowy, czegoś mi w nich brakuję, żeby zawładnęło to moim wnętrzem i żebym zapragnął w ich imieniu sprzedać duszę diabłu.

 

Nie pozostawię jednak tego podrozdziału bez wyróżnień. Szczególną moją uwagę zwracają bowiem single Meli Koteluk (choć całych jej płyt ciężko mi się słucha) jak „Melodia ulotna” czy „Fastrygi” oraz teksty Fisza zarówno w Kim Nowaku, w mniej już w tej dekadzie hiphopowym Tworzywie Sztucznym oraz we wspomnianym wcześniej projekcie międzypokoleniowym Waglewski Fisz Emade.

 

Podoba mi się też album Krzysztofa Zalewskiego „Złoto” z 2016 roku ze wszystkimi jego singlami, a także, abstrahując od głośnego w ostatniej dekadzie aborcyjnego skandalu, niektóre piosenki Natalii Przybysz za warstwę muzyczną i aranżacyjną.

 

 

Polska elektronika i hip-hop alternatywnego mainstreamu

 

Nie na rocku się kończy świat. Ubolewam nad tym, ale niestety muszę przyjąć istnienie innych światów. Szczególnie ciężki jest dla mnie do zaakceptowania świat elektroniki i techno. Mamy tu projekty docenione w pewnych kręgach jak Nivea i Wojciech Bąkowski, których nie potrafię osobiście zrozumieć w ogóle, ale nie wypada mi nie wspomnieć o nich skoro wiem, że zaistniały w tej dekadzie. Niezbyt pochłania mnie również kreacja Marii Peszek, która także nagrywała w tym dziesięcioleciu muzykę elektroniczną. Nie przemawia do mnie, mimo że świat ten jest mi raczej bliższy niż dalszy i również nie jestem skłonny na ten moment ginąć na wojnie, jej przekaz jakby z transparentu jakiejś lewicowej manifestacji albo wiecu. Mamy wreszcie wspomniany wcześniej projekt pisarki Doroty Masłowskiej Mister D., który wyróżnia się, co nie powinno dziwić, ze względu na formę warstwy tekstowej. Odstręcza tu jednak trochę niezatajona nawet próba kopiowania wykonawców zagranicznych jak Die Antwoord i innych, których nie potrafię określić, ale ktoś mi powiedział, że zostało tu to jawnie skopiowane i w jego ocenie nieudolnie się to odbyło. Ja tym głosom zaufałem, bo nie mogę się opędzić od wrażenia, że ta kreacja nie z tego świata pochodzi. Niemniej płyta Masłowskiej w całości jest dla mnie nawet śmieszna, jak się ma oczywiście nastrój na takie śmiesznostki. Zresztą posłuchajcie sami, ja się nie znam się na technie.

 

Niech nikt nie śmie myśleć jednak, że zostawię tę obcą mi polską elektronikę jedynie z dystansem i wysublimowaną pogardą. Tak nie będzie, albowiem wyniosę na piedestał zabrzański (lub już warszawski?) projekt The Dumplings Justyny Święs i Kuby Karasia (urodzeniu w drugiej połowie lat 90 XX wieku). Pomimo elektronicznego charakteru muzyki, można tu wyczuć w nielicznych, aczkolwiek najbardziej znanych utworach po polsku wrażliwość bliską memu sercu. Ponadto wokalistka i autorka tekstów pochodząca z artystycznej, aktorskiej rodziny w wywiadach stara wytworzyć się wokół siebie aurę intelektualizmu, chętnie mówi o książkach, które mają być dla niej niesłychanie ważne. Może komuś to nie odpowiadać, może śmieszyć, ale dla mnie to po prostu najciekawsza kreacja w porównaniu do tych wszystkich, które opisałem wcześniej.

 

Kolejną nawiązującą do elektroniki, ale bardziej spokojnego, ambientowego (czasami jednak męczybułowego) charakteru, jest twórczość Błażeja Króla wcześniej znanego z Indie rockowej formacji Kawałek Kulki z Gorzowa Wielkopolskiego. W tej dekadzie artysta ten zawładnął umysłami polskich melancholików poprzez projekty UL/KR, KRÓL czy Kobieta z wydm. Przedsięwzięcia te nie są, w mojej opinii, wybitne, ale na pewno intrygują szczególnie pod względem tekstowym.

 

Jeśli chodzi o świat rapu i blokowisk, to jest to ciągle uniwersum nieskończone. W każdej miejscowości możemy znaleźć domorosłego rapera coś tam mamroczącego o blantach, beznadziei, policji czającej się w krzakach i innych hajsach. Porzućmy jednak stereotypy, bo hip-hop też może być wartościowy dla polskiej kultury. W moim jakże ograniczonym dojściu do tego gatunku posłużę się tylko dwoma przykładami artystów działających latach 2010-2019. Pierwszym będzie znany już z pierwszego dziesięciolecia XXI wieku Szczecinianin Łona. Artysta swobodnie posługujący się środkami poetyckimi i ironią, która stała się zresztą jego znakiem firmowym, tym razem proponuje bardziej dorosły i społeczny w swoim wyrazie rap.

 

Drugim raperem wyróżnionym przeze mnie będzie odkryty i uznany przez wielu, a ostatnio promowany przez Krzysztofa Piątka (piłkarza AC Milan) Taco Hemingway. Przygotowując się do napisania tego artykułu przesłuchałem co prawda jedynie płytę „Marmur” z 2016 roku, ale i tak bał się nie będę i się wypowiem. Album jest czymś na kształt relacji z terapii jaką artystą odbył w jakimś miejscu w Trójmieście – tytułowym hotelu Marmur. Co ponadto możemy tu usłyszeć? Autor bardzo zgrabnie posługuje się językiem polskim przedstawiając lęki i wątpliwości egzystencjalnie wrażliwców z dużych polskich miast wkraczający w dorosły świat pieniądza i układania sobie życia. Może powinno tak być, ale jednak nie moje to klimaty. Niemniej twórca na pewno warty uwagi.

 

 

Moje prywatne odkrycia – wewnętrzni przyjaciele

 

Nie jestem wielkim fanem Czesława Mozila. Kiedy byłem na studiach, nuciłem sobie co prawda pod nosem „Maszynkę do świerkania”, ale w zasadzie nie kojarzę specjalnie więcej hitów w twórczości projektu Czesław Śpiewa. W tym dziesięcioleciu bardziej utkwiła mi w pamięci „afera” z wyrzuceniem z koncertu hałasujących, pijanych fanów zagłuszających artystę. Promowało to płytę o emigracji, których rzecznikiem Czesław Mozil chciał się stać i nawet może i się stał, ale jakoś mnie to nie pochłonęło (płytę „Księga Emigrantów. Tom I” promował singiel „Nienawidzę cię Polsko” – mimo wszystko zachęcam by się zapoznać). Może dlatego, że nie jestem emigrantem, a może powodem jest to, że jestem głupi i się nie znam. Nie wiem tego, ale wiem jedno, że wcale nasz poczciwy twórca duńsko-polski nie zostawił nas w tym dziesięcioleciu z niczym. W 2011 roku powstała bowiem  mało znana (co prawda doczekała się nominacji do Fryderyków, ale uznajmy, że nikt o tym nie wie) w szerokim obiegu płyta „Czesław śpiewa Miłosza” i za to właśnie jestem Mozilowi wdzięczny dogłębnie. Dzięki temu w moim życiu pojawił się bodziec do czytania poety-noblisty. Płyta nie jest buńczuczna i wyegzaltowana jak klasyczne twory poezji śpiewanej, ale i nie jest też niedbała i byle jaka. Z czesławową charakterystyczną manierą śmiem twierdzić, że te interpretacje Miłosza są po prostu piękne i na swój sposób urocze. Warto też zapoznać się z teledyskami do różnych utworów projektu Czesław Śpiewa. Są naprawdę niezłe.

 

 

Innym autorem biorącym, choć już w mniejszym zakresie i mniej, moim zdaniem, udanie na warsztat wiersze Czesława Miłosza jest warszawski piosenkarz Paweł Sołtys powszechnie zwany jako Pablopavo. Wyrosły z tradycji polskiego reggae i ragga jako jeden z wokalistów zespołu Vavamuffin największą paletę swoich możliwości tekstowo-muzycznych zaprezentował jednak grając poza formacją, która przyniosła mu rozgłos (Pablopavo wciąż jednak udziela się w Vavamuffin). O ile wykonanie wspomnianego wiersza Miłosza „Piosenka” wyszło mu, moim zdaniem, kiepsko, o tyle autorski rozwój artysty szczególnie w projekcie Pablopavo & Ludziki był dla mnie odkryciem można powiedzieć milowym. Szczerze przyznam, że późno zabrałem się zapoznawanie się z twórczością warszawskiego artysty, wmawiając sobie w duchu, ze ja przecież na ragga nie mam teraz nastroju, że to nie dla mnie. Jakie było moje zdziwienie, gdy wreszcie się przemogłem i w pociągu relacji Wrocław-Katowice zapuściłem sobie album „Ladinola” z 2017 roku. Zdając sobie sprawę, że nie jest to najwybitniejszy warsztatowo wokalista w porównaniu z tymi wszystkimi występującymi na wszelakich konkursach telewizyjno-festiwalowych, poczułem z nim pewnego rodzaju więź artystyczną. Pablopavo wzbudził we mnie niemal już umarłą nadzieję, że świetny tekst po polsku może obronić warsztat śpiewu artysty. Niech dowodem mojego uznania będzie umieszczenie trzech piosenek pod tym jakże wadliwym opisem. Niech sztuka broni się sama.

 

 

 

Skoro mam już swojego platonicznego artystycznego przyjaciela, który nie wie, że jego przyjacielem jestem, to i wypadałoby mieć taką platoniczną artystyczną miłość, która mojej miłości oczywiście nie podziela. Nie wiem, co prawda, jak ma na imię (boję się tego dowiedzieć, gdyż mogłoby to moją miłość zniszczyć), ale wiem, że zespół Domowe Melodie to jedno z najwspanialszych zjawisk, które spotkały ten kraj w ostatniej dekadzie. Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o rozwiązaniu się grupy kilka miesięcy po tym jak się o niej w ogóle dowiedziałem i jak ratowało mi to życie w moim poznańskim epizodzie życiowym. Tak mi smutno, że nie wiem, jak to skomentować. Słuchajcie po prostu Domowych Melodii – dwupłytowego albumu „3”, który jest moją osobistą relikwią, ale i debiutu, który przyniósł zespołowi rozgłos. Po prostu weźcie znajcie i lubcie ich.

 

 

 

Ostatnim moim odkryciem mijającego dziesięciolecia polskiej muzyki jest względnie najnowszy, choć wcale nie znikąd wzięty zespół Kwiat Jabłoni. Skromny na pierwszy rzut oka projekt rodzeństwa Sienkiewiczów wyrósł ze znanej z polsatowego talent show grupy Hollow Quartet. To jednak dopiero w Kwiecie Jabłoni możemy usłyszeć subtelność, delikatność i poetyckość, których zabrakło w bardziej złożonym instrumentalnie wcześniejszym bandzie. Mojego podziwu dla muzyki zespołu nie zmienił też fakt, o którym dowiedziałem się nieco przypadkiem, że rodzeństwo to dzieci znanego i cenionego przeze mnie piosenkopisarza Kuby Sienkiewicza z zespołu Elektryczne Gitary. Mam takie zboczenie, że czytam stare wywiady z muzykami, a w jednym z nich z 2014 roku autor nieśmiertelnych „Dzieci” (jakkolwiek by to dwuznacznie nie brzmiało) wypowiedział się o swoich latoroślach Kasi i Jacku, że mają zespół, ale na razie nie chce im mieszać w głowie, niech się rozwijają i sami odkrywają mroczny świat szołbizu (coś w ten deseń). Elektryczne Gitary miały też piosenkę, pt. „Kwiat jabłoni”. Mamy więc medialną sensację dla Faktu, ale mamy też muzykę i świetny album „Niemożliwe” z początku 2019 roku. Zresztą wydaje mi się, że w perspektywie następnych lat może powstać z  inicjatywy uzdolnionego rodzeństwa wiele jeszcze lepszych rzeczy. Ponadto osobiście mam skrytą nadzieję, że też zostaną moimi wyobrażonymi kolegami, a ich ojciec w razie czego będzie mnie leczył we snach.

 

 

P.S. Wiem, że już pozamiatałem i wszystko zostało umieszczone, jęk zawodu już dawno wybrzmiał, a ci co mieli  nie przeczytać tego jakże wadliwego i subiektywnego rankingu, to i tak go nie przeczytają, ale poczułem, że przeoczenie, którego dokonałem może mieć opłakane skutki dla świata i spowodować pożogę oraz śmierć milionów. Mowa tu  o płycie zespołu Tęskno, pt „Mi” z 2018 roku, z którą się zetknąłem wcześniej, ale nie zdążyłem się zapoznać, wyrzuciłem gdzieś do kosza na pranie i zapomniałem. Teraz, gdy już wszystko zostało napisane, wyjąłem to z tych brudów, myśląc sobie, że to kolejny projekt jak te wszystkie inne miałkie rzeczy, że przesłucham sobie dla formalności z oceną, że ble. Na szczęście późno, lecz nie wcale stwierdziłem, że nie miałem racji. Po kolei jednak, Tęskno jest to dziewczyński projekt Hanny Raniszewskiej i Joanny Longić wspomaganych przez sekcję smyczkową. Ubolewam nad tym, ale osobiście jako ignorant tych artystek nie znałem wcześniej, a jak sobie zdążyłem poczytać, to nie do pomyślenia taka nieznajomość, gdyż działają one na rynku polskiej muzyki od dobrych kilku lat. Przyznaję sobie w związku z tym karę chłosty i zapraszam do słuchania wszystkich miłośników czegoś co mógłbym nazwać indie krainą łagodności, ale nie będę nazywał, bo w sumie nie jestem w tym najlepszy. Płyta „Mi” zespołu Tęskno to po prostu bardzo ciekawy krążek, którego  nie mógłbym pominąć mówiąc o polskojęzycznej muzyce drugiego dziesięciolecia XXI wieku. Niech mój wybór wzmocni fakt, że w 2019 roku Gazeta Wyborcza nagrodą Sanki (również usłyszałem o niej po raz pierwszy) dla największych nadziei polskiej muzyki uhonorowała pierwszym miejscem artystkę o pseudonimie Hania Rani, czyli jakby się ktoś nie domyślił, jedną z liderek właśnie zespołu Tęskno.

 

 

 

***

 

To by było na tyle drogie dziewczyny z tatuażami na nodze i chłopcy z brodami na skos. Możecie na mnie psioczyć, że nie znam tylu wspaniałych wykonawców, że artyści starsi i młodsi, że Piotr Bukartyk, że Bitamina, że Żywiołak, że Grubson, że O.S.T.R., że Marika, że Nocny Kochanek, że wrocławskie z grupy Hurt się wywodzące  – Evorevo i DDA, że Muzyka Końca Lata, że Mikromusic (dopisałem po interwencji Toma Cruise’a) i wiele innych niesamowitych zespołów i wykonawców, niezwykłych tekściarzy, wokalistów, instrumentalistów, na których świat się jeszcze pozna i takich, o których nikt nigdy nie usłyszy. Ja wiem, że oni wszyscy istnieją. Sam wszak nim jestem . Nawet jeśli nie mogę w danym czasie czegoś przyjąć swym uchem, znam tylko z nazwy, nie miałem czasu się zapoznać albo nigdy nie słyszałem, to w sercu ich wszystkich czuję i cenię. W zeszłym roku odeszli z tego świata Kora i Robert Brylewski, umarł w tej dekadzie Wojciech Młynarski. W następnej pewien świat się już na dobre będzie kończył, ale muzyka polskojęzyczna będzie istnieć póki będziemy chodzić po tej planecie i posługiwać się tym językiem. Póki będziemy po prostu pisać piosenki po polsku. Takie coś coraz mniej potrzebne komukolwiek, ale dużo bardziej trwałe i autonomiczne niż wasze karty kredytowe, ubezpieczenia, struktury organizacyjne, wojny hybrydowe, sztuczne plemiona polityczne, supermarkety i kryzysy finansowe. Kwestia, żeby robić to dobrze. No i tyle. Podniośle zacząłem, to i podniośle kończę. Teraz idę umrzeć z głodu. Cześć.

 

 

 

Płyty, które polecam (bardziej lub mniej):
1. Maleńczuk – „Wysocki Maleńczuka” (2010), „Psychocountry” (2012), „Maleńczuk gra Młynarskiego” (2017)
2. Lao Che – „Prąd stały/Prąd zmienny” (2010), “Dzieciom” (2015), “Wiedza o społeczeństwie” (2018)
3. Kim Nowak – „Kim Nowak” (2010), „Wilk” (2012)
4. Łona i Webber – „Cztery i Pół” (2011)
5. Czesław Śpiewa – „Czesław Śpiewa Miłosza” (2011)
6. Kobiety – „Mutanty” (2011), „Podarte sukienki” (2015)
7. Romantycy Lekkich Obyczajów – „Lejdis & Dżentelmenels” (2012), „Kosmos dla mas” (2013)
8. Domowe Melodie – „Domowe melodie” (2012), „3” (2014)
9. T.Love – „Old is gold” (2012)
10. UL/KR – „UL/KR” (2012), „Ament” (2013)
11. Waglewski Fisz Emade – „Matka Syn Bóg” (2013)
12. Nawrocki Folk Computer Band – „Nawrocki Folk Computer Band” (2013)
13. Myslovitz – „1.577” (2013)
14. KRÓL – „Nielot” (2014)
15. Natalia Przybysz – „Prąd” (2014)
16. Mister D. – „Społeczeństwo jest niemiłe” (2014)
17. Pablopavo&Ludziki – „Polor” (2014), „Ladinola” (2017), „Marginal” (2018)
18. Hoszpital – „Weszoło” (2015)
19. The Dumplings – „Sea You Later” (2015)
20. Krzysztof Zalewski – “Złoto” (2016)
21. Taco Hemingway – “Marmur” (2016)

22. Tęskno – „Mi” (2018)

23. Kwiat Jabłoni – “Niemożliwe” (2019)

 


Piesek

Statystyka

stat4u stat4u stat4u
%d blogerów lubi to: