Bez parasola

„A gdyby tak zabić generała?” zastanawiała się żona kaprala. Jej mąż kolejny już rok nie wracał z arcyważnej misji wojennej o pokój zabiegającej i jego pilnującej. Kiedy go pytała w telefonicznej rozmowie dlaczego, odsyłał ją do generała. Główny przełożony wszystkich wojaków miał znać odpowiedź, jednak tylko krzyczał do słuchawki, że nie rozumie głupia baba wagi sytuacji, że bezpieczeństwo, że to dlatego, aby mogła sobie spokojnie fitness uprawiać i na jogę chodzić. „Cholerny burak” powtarzała w myślach kobieta i myślała o różnego rodzaju torturach na wojskowym dowódcy. Ciachała przy tym cebule nożem i mięso kroiła też. Płakała zawsze jednakowo. Jej matka z kolei ciągle powtarzała, żeby zostawiła drania w diabły, że pewno ją zdradza, ale ona nie potrafi. Kocha swojego męża. Poznała go na wesołym miasteczku, gdy z koleżankami zajadały się watą cukrową. Podszedł taki jeden a z nosa wyrastało mu drzewo. Normalnie drzewo iglaste, choinka. Wzięła Kaśka, bo tak ma na imię pani Kapralowa, i pociągnęła za gałąź. Okazało się, wyobraźcie sobie, że to drzewo to takie duże całkiem w nim w środku było. Z całą rodziną jak rzepkę ciągnęła i bombki się zrobiły zupełnie kolorowe. To ją urzekło. Nie każdy nosi w sobie takie cuda. Niektórzy umieją chodzić po ścianach stromych, inni potrafią naprawić statek kosmiczny. Jeszcze inni są tacy, że, wiecie, da się z nimi pogadać, zwierzyć się, do rany przyłóż, jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. On był jednak cudowny. Miał w sobie ubraną choinkę, świecił i na brzuchu pojawiał się napis „Merry Christmas”. Całą noc wzdychała a święty Mikołaj obserwował ją z dachu i ją wysłuchał. Przyniósł z jabłkiem w mordzie jak świniaka jakiegoś. Od razu tez blachę miała na późniejsze uroczyste pieczenie. Wcześniej same przypalone patelnie po jajkach. Nikt nie kupił druciaka, żeby dobrze umyć, tak, wiecie, doszorować. Każdy tylko jajka smażyć chciał na boczku i cebulce. Bez wyobraźni, tylko brać a nie dawać. No więc smutna Katarzyna płaczę do dzbanuszka, że jej mąż w Kongo o pokój w dżungli, a może to Nikaragua. Nikt tego nie wie. Znaczy ktoś wie i ona też ma gdzieś zapisane, ale teraz nie pamięta. Męża nie ma już 4 lata. Tylko telefonicznie w każdym razie a generał to zwykła despotyczna świnia. Do Polski sam przyjeżdża na Boże Narodzenie. Myśli, że ma władzę nad światem, ale niedoczekanie jego. Zdobyła żona kaprala przez kuzyna adres tego człowieka, oprawcy rodziny, po prostu tyrana, generała wojsk polskich lądowych sił naziemnych i jedzie do niego rowerem. Prawa jazdy nie ma, bo nie pozwoliła skraść buziaka panu egzaminatorowi. Jedzie więc rowerem, jednośladowym pojazdem bez silnika po ścieżce pośród drzew. Jest coraz bliżej celu, las coraz głębszy, aż w końcu dom z piernika i z pierza gołębi jej staje przed oczami. Dzwoni dzwonkiem odgłosu zarzynanego borsuka. Drzwi się otwierają
– Dzień dobry – zadyszana się wita z panią poczciwiną gospodynią panią
– Dzień dobry – odpowiada pani generałowa – a pani tu jak tu do lasu tu, pani tu, dotarła tu?
Och ta żona generała w ogóle nie obyta, się wysłowić nie umie, ładnych zdań składnie połączyć ładnie, tylko bełkocze jakoś tak niefortunnie, bez fortuny, szczęścia w miłości i pośród wybuchających min jeszcze z drugiej wojny światowej
– Dzień dobry – jeszcze raz mówi już głośniej Katarzyna
– No dzień dobry, ja słucham… – niecierpliwi się pani domu
– no ten, ja pani męża, z mężem pani ja romans mam
– o Boże, o nie, ja wiedziałam, że on kogoś ma i pewnie nie tylko z panią. Teraz podobno do lasu na zwierzynę, o nie, o nie, ja biedna, ja samotna, ja samobójstwo, ja sens życia
W tej chwili wchodzi wielki pan Zenon – generał pan
– Ty draniu – krzyczy do niego żona Danusia i płacze
Katarzyna zaś jak lwica rzuca się i oczy wydrapuje znienawidzonemu. Generał wykrwawia się i kona na kolanach żony. Po chwili w domu staje kapral. Patrzy się tępo, lecz wszystko rozumie. Teraz jest wolny i w ramionach tonie swojej ukochanej. Danusia histerycznie wrzeszczy nad zwłokami małżonka. Katarzyna jej strzela w tył głowy ze strzelby.
– Kochanie, on mnie więził i dzika udawać ja musiałem ciągle.

Nizina Amazonki to takie malownicze miejsce. Ostatnio nawet wygrało w konkursie na cud natury. Wszyscy Indianie skakali z radości. Uruchomili swoje traktory sprowadzone z Polski i jeździli po drzewach. Pan Wróbel nie mógł się nadziwić i po ogłoszeniu wyników przez komisję ekspertów od cudów, osobiście przyjechał się temu przyjrzeć. Rzeczywiście, kiedy dotarł na miejsce, świat w jednej chwili tak jakby się zaczarował. Czuł się wspaniale nasz bohater. Tak jakoś bezpiecznie. Jakby już kiedyś odwiedził to miejsce. Natura zdawała się do niego przemawiać, a stary miejscowy też coś tajemniczo bełkotał z zamkniętymi oczami. „Zwariował chyba czerwonoskóry” – pomyślał pan Wróbel, lecz tajemność tego miejsca nurtowała go głęboko w okolicach jelita grubego.
Pierwszego dnia swojego pobytu w Manus nasz bohater miał zaplanowane zwiedzanie okolicznej dżungli. Miejscowy wódz postanowił go oprowadzić osobiście, bo, jak mniemał pan Wróbel, liczył chyba na jakieś korzyści. W końcu Pan Wróbel to nie byle kto. Sam resort rolnictwa UE go wysłał za zasługi dla szerzenia uprawy prosa. Wiele się o tym słyszało we wsiach całej Polski, mimo że nie do końca były to oceny pozytywne. Zarzucano panu Wróblowi, że sprzedał polskie rolnictwo Niemcom. Kiedyś zdarzyło mu się bowiem przenocować młodego podróżnika zza zachodniej granicy. Następnego dnia cała wioska o tym huczała. Mówiono o pakcie z Hitlerem i zabijaniu członków Armii Krajowej. Na dodatek ów niemiecki podróżnik okazał się synem komisarza europejskiego i pan Wróbel niedługo potem znalazł się na swoim prestiżowym stanowisku. Nigdy mu tego nie wybaczono w rodzinnych stronach
– Szlachetny Ptaku – zwrócił się wódz Indian do polskiego działacza rolniczego – oto nasza kraina złota, gdzie wiatr synem orła jest
– Dobrze, proszę Pana – odpowiedział pan Wróbel grzecznie tak jak odpowiada przełożonym w europejskich instytucjach
– Oto nasze święte węże i lamparty święte
Pan Wróbel skłonił się drapieżnikowi z kamienia, którego nieśli za wodzem dwaj mu podwładni autochtoni.
– Pan w swoich stronach musi być bardzo pobłażliwy dla swoich ludzi – drążył dalej wódz. W gruncie rzeczy był to przebieraniec na potrzeby wizyty europejskiego działacza a naprawdę człowiek kolumbijskiego latyfundysty, handlarza kokainą.
– W moich stronach nie jestem wodzem i każdy może mnie bezkarnie opluć – odpowiedział nie kryjąc oburzenia polskimi realiami w porównaniu z rzeczywistością, którą zastał w Ameryce Południowej Pan Wróbel
– Drogi Szlachetny Ptaku – kontynuował swoją grę Indianin-oszust – usłysz wiatru szum i niech węża syk nie będzie ci drogowskazem
Pan Wróbel się zamyślił, ezoteryka tego egzotycznego miejsca wydawała mu się coraz bliższa
– To dziwne – powiedział mimowolnie – czuję się jakbym żył tu od zawsze
Wódz uśmiechnął się tajemniczo, ale nic nie odpowiedział. Jego niewolnicy targali za nim figury z kamienia a pan Wróbel podziwiał gęste zarośla, które tak sobie mijali. Deszcz ciągle siąpił, ale w ogóle nie przeszkadzało to naszemu bohaterowi, który zdawał się być człowiekiem wodnym albo po prostu takim, co ciągle potrzebuje prysznica. W sumie z tego wynalazku to ostatnio korzystał w hotelu w Rio. Nie mógł tam poskromić zachwytu nad posągiem Chrystusa. Zawsze uważał go za wybitną postać historii i moralności, choć w jego boskość wątpił od czasu kiedy umarła mu od uderzenia huśtawką córka Zosia.
– Dokąd idziemy? – ocknął się nagle pan Wróbel
– Szlachetny Ptaku, nie musisz się martwić – odpowiedział z nieukrywanym uśmiechem cynika wódz – niedługo powrócisz tam gdzie wzrastały twoje łany
Pan Wróbel puścił te słowa mimo uszu. Był zachwycony fauną i florą Niziny Amazońskiej. „To rzeczywiście cud” myślał a jak wszyscy wiemy, wspaniale jest doświadczyć cudu. Nasz poczciwy marzyciel kroczył więc dalej za indiańskimi przestępcami w ogóle nieświadomy niebezpieczeństwa, które miało go spotkać niebawem.
Kiedy pan Wróbel ze swoim przewodnikiem dotarli nad rzekę Amazonkę, pomocnicy wodza rzucili gwałtownie niesione figurki i zakneblowali naszego łagodnego rolnika z Polski. Panu Wróblowi przed oczami stanęły ciastka, których już nigdy nie zje i szynka z wędzarni jego kuzyna Bartosza. Jej smak powalał jelenie. Dlaczego taki los spotyka niewinnych ludzi?
– Co chcecie ze mną zrobić? – oburzył się pan Wróbel – jestem urzędnikiem europejskim. Jeśli coś mi się stanie, to zobaczycie.
– Co zobaczymy? – zadrwił wódz odpalający właśnie cygaro
– Zobaczycie…., zobaczycie, gdzie raki zimują
– Uspokój się dziadku. Jak towar dotrze do Europy, to nic ci się nie stanie, a tak będziesz jakby co naszym zakładnikiem
– Zabijcie mnie od razu – wykrzyknął podniośle pan Wróbel – bo ja nie pozwolę, żeby przeze mnie młodzi ludzie się narkotyzowali. Dzieci niewinne. Nie!!!
– Pojebany jakiś – powiedział Indianiec, który niósł figurkę lamparta
– Jebnięty, kurwa – potwierdził jego kompan
– Zamknij dupę pedale!!! – krzyknął wódz do naszego bohatera – zaraz przyjedzie pan Cortazar, to przy nim możesz sobie pocwaniakować
– Nie macie duszy!!! – odpowiedział na to polski rolnik – miej serce i patrzaj w serce!!!
Dwa pionki od posągów lamparcich zachichotali
– Zamknąć się, kurwa!!! – rozkazał wódz
W oddali słychać było ryk silnika motorówki. To płynął pan Cortazar otoczony swoimi uzbrojonymi po zęby gorylami. Panu Wróblowi ugięły się kolana, mimo że cały czas starał się zachować pionową, męską postawę. Na domiar złego jeden z gorylów zaczął strzelać w powietrze z karabinu maszynowego.
– Co to, kurwa, ta europejska szycha?! – krzyknął wąsaty jegomość, jak nietrudno się domyślić nasz złowrogi narkotykowy boss, kiedy wysiadał z motorówki. Zaraz potem z płaskiej ręki uderzył wodza w twarz, wytrącając mu jego cygaro a ten z kolei padł na kolana i błagał:
– Nie bij królu
– Co wy, kurwa, pojebani jesteście? – zwrócił się do dotychczasowych oprawców pana Wróbla pan Cortazar – przecież widać, że to jakiś cieć, którego wysłali w to zadupie, żeby nie rozpierdalał im koncepcji działania
– Mylisz się! – krzyknął pan Wróbel
– Weź mu zajeb i zawieś go do wioski – polecił jednemu z Indiańców kolumbijski przestępca.
Indianiec uderzył pana Wróbla w brzuch tak mocno, że krew wyleciała naszemu poczciwcowi otworem gębowym. Wszyscy zaśmiali się bez krzty współczucia. „To koniec” pomyślał pan Wróbel i wtedy nagle jakieś niewyjaśnione niebieskie światło pokryło całą przestrzeń cudownej Niziny Amazońskiej.
– Nieeeeee!!! – krzyknął jeden z Indiańców – spełniła się przepowiednia!!!!
– Zamknij dupę – odparł pan Cortazar i polecił swoim gorylom – ognia!!!!
Rozległy się strzały, ogromny hałas wypełnił tą cudowną rzeczywistość. Panu Wróblowi zdawało się jednak, że to niezapomniany Sylwester roku 1980. Wtedy poznał swoją żonę Martę, wtedy czuł, że świat stoi przed nim otworem. Po śmierci córki rozstał się wprawdzie z żoną, ale wspomnienie tego sylwestra nadal pozostawało jedną z najwspanialszych chwil w jego życiu. Z ekstazy wybudziły naszego bohatera konwulsyjne ryki jego oprawców, którzy w niewyjaśnionych okolicznościach leżeli teraz nago na ziemi trzymając się za swoje przyrodzenia.
– To wandelia ich ukarała – powiedziała piękna Indianka, która nie wiadomo kiedy i jak zjawiła się obok pana Wróbla
– Wan co? – zakłopotał się nasz bohater, kiedy jego oswobocicielka odwiązywała sznury na jego rękach
– Nie ważne, cieszę się, że wróciłeś – uśmiechnęła się kobieta wyrzucając broń opryszków do rzeki
– To my się znamy? – zdziwił się jeszcze bardziej polski rolnik
– Jeszcze o tym nie wiesz, ale znamy się lepiej niż myślisz – odpowiedziała nieznajoma lub może chwilowo nieznana znajoma i dodała tajemniczo – jeśli w ogóle może jeden człowiek poznać drugiego
– Zaraz, zaraz. Kim my jesteśmy dla siebie?
– Dużo pracy przed nami, żebyś sobie cokolwiek przypomniał – odpowiedziała piękność i wskazała łódź, do której miał wsiąść pan Wróbel
– A co z moją rodziną z Polski? – zmartwił się mężczyzna
– Nic się nie bój, połóż głowę i śpij
Pan Wróbel rzeczywiście zasnął. Śniły mu się straszliwe rzeczy: wybuchy, wojna, śmierć i strach. Tym bardziej zdziwił się, kiedy po przebudzeniu nad łóżkiem, na którym spał ujrzał swoją żonę Martę z córką Zosią i z tajemniczą kobietą z dżungli ubraną teraz po europejsku
– Co się stało? Gdzie ja jestem? – pytał nerwowo nasz bohater – nic z tego nie rozumiem
– To jasne, że nie rozumiesz – odpowiedziała Marta gładząc swojego ukochanego po policzku
– Jestem w niebie? – próbował nadal wszystko ogarnąć nasz wrażliwiec
– Każdy ma swoje niebo i swoje piekło – odparła miłość jego życia – Bożena mówiła, że jej nie pamiętasz
– To jest Bożena? Twoja siostra Bożena? Przecież mówiłaś, że zmarła, kiedy byłyście nastolatkami
– Świat jest wielowymiarowy i tylko nielicznym jest dane to, czego ty doświadczasz
– A czego ja niby, do jasnej cholery, doświadczam?! – uniósł się pan Wróbel
– Nie denerwuj się – uspokajała go swoim ciepłem Marta, a córka Zosia i szwagierka Bożena patrzyły na niego jak święci z obrazu
– Przepraszam
– Ludzie przeżywając swoje życia nie są świadomi tego, że żyją w tak wielu światach i dopiero na łożu śmierci przypominają sobie co nieco. Najczęściej widzą jednak tylko jeden wymiar tego, co przeżyli i do niego odnoszą wszystko inne. Tobie udało się przed tym uciec. Dlatego jesteśmy z tobą w te ostatnie chwile
– To znaczy….? – mężczyzna się zachłysnął, nie mógł złapać tchu, żeby dokończyć pytanie
– Tak – odpowiedziała jego ukochana
– Pa pa tatusiu – uśmiechała się córka Zosia. Bożena z kolei energicznie chwyciła za dłoń naszego konającego bohatera. Łza popłynęła po jego policzku, pokiwał jeszcze kilka razy głową na znak, że się nie zgadza, że chce żyć, ale nic to nie dało. Umarł we własnym łóżku, otoczony najbliższymi, kochającymi go ludźmi.
– Mamusiu – zwróciła się po wszystkim Zosia do swojej matki – a czy jak ja będę umierała, to będę pamiętała tatusia?
– To zależy córuś – odparła Marta przytulając swoje dziecko – zależy, to wszystko zależy

Drogi blogasku. Chciałem Ci powiedzieć, że jestem zażenowany. Zażenowany tym, co się dzieje na naszej planecie i w krainie, w której sobie przebywam, mieszkam, się urodziłem, w której nauczono mnie myśleć i czuć, pewnych rzeczy się wstydzić, inne dosyć bezmyślnie przyjmować bez żadnych wątpliwości moralnych ani estetycznych.
Dzisiaj mieliśmy święto wyzwolenia niepodległego przez wąsatych jegomościów niespełna 100 lat temu. Muszę ogłosić, że po raz kolejny mam wrażenie, że, mówiąc nieładnie, odwalano powierzchowna grę o wielkim znaczeniu tego faktu dla mojego osobistego życia. Od jakiegoś czasu wydaje mi się zresztą, że pewne historyczne traumy dawnych pokoleń są przypisywane jako aktualne światu równych mi wiekiem ludzi. Tymczasem rzeczywiste, banalne, błahe z pozoru codzienne rozterki dotyczące niepewności przyszłego losu mnie i moich rówieśników pozostają na dalszym planie, są jakąś taką rzeczą, którą trzeba przejść jak dziecięce ząbkowanie. W każdym razie nie jest moim celem tutaj wylewanie żalów na świat współczesny, ale skomentowanie ostatnich marszy, defilad, manifestacji. Tym jestem bowiem teraz zażenowany najbardziej.
Generalnie ujmuję to tak: banda narodowców sobie biega po ulicach, krzyczy, pali samochody, wprowadza pewne zasady gry, w których trzeba bić się po buziach i obrzucać inwektywami za Polskę, ideę, orła białego na koszulce reprezentacji itd., natomiast kontrmanifestacja w pewnym sensie przyjmuje te zasady: też staje do fizycznej walki tyle że przeciw powyższym wartościom czy hasłom i częstuje inwektywami oponentów. Potem, po wszystkim, obie grupy umieszczają na „jutubie” filmiki, w których pokazują jak się wzajemnie okładały pięściami. Generalnie jakbym był moim dziadkiem, sąsiadką, kierowcą taksówki, fryzjerem albo po prostu mieszkańcem mojego rodzinnego mniejszego miasta, który ogląda sobie relacje z ekranu telewizora, to nie wiedziałbym o co chodzi.
Dla jasności, ideologia narodowców wydaje mi się wyjątkowo niebezpieczna, język, którym się posługują, jest mi zupełnie obcy i dostaję wypieków na twarzy, kiedy go widzę, słyszę i czuję gdziekolwiek i kiedykolwiek. Okazuje się jednak, że jest on przyjmowany przez ludzi, którzy w jakiś taki dziki sposób poszukują „swojości”, wspólnotowości, wiary w drugiego człowieka. Tutaj dochodzi do kolejnych absurdów, kiedy w tym szukaniu „swojości” taki człowiek przyjmuje wizję wroga w postaci osób homoseksualnych, bliżej niezdefiniowanych komunistów, a wszystkie kobiety myślące inaczej niż on są „kurwami” i „feministkami” oczywiście w pejoratywnym ujęciu ogółu. Druga strona bojowych antyfaszystów tworzy sobie z kolei snobistyczny świat swojej bojowości, w którym książka i piłka nożna stanowią społeczne antonimy wzajemnie ze sobą walczące. Nie ma się więc co dziwić, że wśród ludu tradycyjnej rodziny taki NOP i ONR uchodzi za fajnych, młodych, uśmiechniętych i pełnych zapału do działania chłopaków, za „swoich”.
Podsumowując, te całe marsze 11 listopada to totalne bagno. Jutro ci wszyscy zaangażowani młodzieńcy poszukujący „swojości” wrócą do swoich codziennych zajęć i będą się pojedynkować o pozycję w swoim zakładzie pracy, w ogóle na rynku pracy, będą się ścigać o lepsze CV, o szacunek jakichś ludzi, z którymi się spotykają, mają jakieś sprawy, dzielą mieszkania, z rodziną, z kolegami. Będą planować małżeństwa, które maja uratować im życie, szukać żon i mężów, będą przeżywać sukcesy oraz niepowodzenia w miłości i życiu zawodowym, będą się wzajemnie okłamywać i robić sobie koło przysłowiowej dupy. Będą się kształcić, bo taki jest wymóg podstawowy. Będą emigrować. Będą czytać pudelka i marzyć będą o swojej niesamowitej wielkości w tym wszystkim, niektórzy szczerze będą w nią wierzyć. Homoseksualiści będą sobie żyć, będą się rozstawać i zawierać związki, konspirować się przed światem, inni z nich będą z kolei się w histeryczny sposób afiszować ze swoim homoseksualizmem. Potem nadejdzie kolejne święto i wszyscy znowu sobie pomaszerują. Pookładają się po buziach i wymienią wyzwiskami. Media przedstawią to wszystko jako ludzki śmietnik, w którym tak właściwie nie ma żyjących ludzi, tylko są śmiecie. Wtedy wypowie się ekspert, ze największym moim problemem w życiu jest stan wojenny i zabory oraz potop szwedzki, tragedia smoleńska. Że orzeł biały ktoś krzyknie, inny powie, że korupcja, że rozbita rodzina. Nikt nie będzie wiedział, o co chodzi, jaka jest istota rzeczy tego wszystkiego. Cóż, pozostaje pojechać do lasu i zakopać się w śniegu.

Był ruchliwy dzień powszedni dużego miasta. Można by rzec, że z pozoru taki sam jak wszystkie inne ruchliwe dni powszednie dużych miast. Nie było tak jednak do końca, a to dlatego, że zator, który się zrobił w centrum na drodze, miał charakter niezwykle unikatowy. Niby korki to taki stały element życia metropolii, ale dzisiaj chodziło o zupełnie coś innego, dzisiaj sytuacja była bardziej specyficzna. Dwóch biznesmenów biło się na środku skrzyżowania a ich walka była naprawdę zaciekła – kości trzaskały a twarze z każdym uderzeniem puchły na kształt coraz to większej objętości owoców spadłych z drzew. W pewnym momencie ich głowy przypominały już nawet opony samochodów stojących dookoła.
Wszyscy wiemy, agresja nie jest rozwiązaniem. Niemniej oni się bili a wszyscy kierowcy biernie przyglądali się temu widowisku. Żaden się nie zbuntował, nikomu się nie spieszyło. Wszyscy stali przy swoich autach z rozdziawionymi otworami gębowymi i gapili się z zaciekawieniem milcząc.
– Ty draniu! – wołał pierwszy z biznesmenów, mniejszej postury, lecz wyjątkowo waleczny – rozwaliłeś cały projekt promocyjny!
– To ty wszystko zniszczyłeś! – odpowiadał krzykiem pomiędzy jednym a drugim uderzeniem pięścią w twarz oponenta biznesmen drugi – całą rada nadzorcza przyznała mi rację!
Mogło się wydawać, że ci dwaj, na pierwszy rzut oka, poważni, rozsądni, stateczni mężczyźni po prostu infantylnie biją się o jakąś sprawę zawodową. Być może bardzo dla nich istotną. Przecież często się słyszy i w serialach, i w gazetach też piszą, że ludzie biznesu pod wpływem stresu tracą nad sobą kontrolę, wpadają w tarapaty, mają depresję, nadużywają alkoholu. Tym razem jednak pozory nie okazały się prawdą. Biznesmeni bili się z powodu dawnych zaszłości, jeszcze z lat młodzieńczych. Cofnijmy się zatem 20 lat wstecz, aby poznać podłoże wydarzeń opisanych powyżej.
Na początku lat dziewięćdziesiątych w Saksonii żył sobie jeden gość imieniem Wilhelm. To był taki arystokrata z pochodzenia, ale z temperamentu zupełnie nikt. Jedyne, co mu się w życiu „udało” to żona Rozalia. Była to bardzo energiczna kobieta, właściwie tylko ona pracowała i to nie byle gdzie, bo w światowej sławy firmie komputerowej na kierowniczym stanowisku. Wilhelm siedział w domu i głaskał koty, ale też sprzątał i przygotowywał w miarę znośne posiłki. Dobrobyt zapewniała mu ukochana, która jednak, pomimo tego, że była jednym z najlepiej zarabiających ludzi w Niemczech, nie mogła mieć dzieci. To dramat, wszyscy się zgodzimy.
Płynął czas. Wiadomo, jak to w małżeństwie, były chwile lepsze i gorsze, ale mimo wszystko, wydawało się, że Wilhelm i Rozalia są ze sobą szczęśliwi i naprawdę się kochają. Pewnego dnia jednak Rozalia wróciła do domu z płaczem:
– Co się stało? – zapytał troskliwie mąż podlewając swojego ulubionego kaktusa
– Ja już nie daję rady – szlochała kobieta
Mąż przytulił żonę, a ona osmarkała mu cały sweter. Po prostu pustka z powodu braku potomka zupełnie ją rozbiła. Wtedy niespodziewanie w kuchni pięknego domu Rozalii i Wilhelma pojawił się biało-czerwony motyl. Wleciał sobie jak gdyby nigdy nic oknem, zostawiając na linii lotu magiczny, złoty pył. Była to wróżka z Jasnej Góry, która przybyła, aby uratować dobrych ludzi przed zgubą i nieszczęśliwym losem. Nie wierzcie w to, że zło zwycięży. Jeśli ktoś żyje w miłości i sprawiedliwości, to dostanie nagrodę.
– Halo, halo – wołała gąsienica ze skrzydłami barwy polskiej flagi – zostaliście wybrani. Szczęście was nie opuści
Małżonkowie zamarli. Rozalia myślała, że ze smutku zwariowała, natomiast Wilhelm taki sam stan ducha przypisywał sobie z powodu bezrobocia.
– Co się tak tępo gapicie? – zirytował się motyl i zwrócił się do Rozalii – chcesz mieć dzieciaka czy nie?
– Wilhelm – zwróciła się do swojego męża niemiecka kobieta sukcesu – ja chyba oszalałam. Weź mnie uszczypnij
– Kochanie – odpowiedział mąż – ze mną też jest chyba nie najlepiej
– O Boże! – jeszcze bardziej spurpurowiał owad – To dla was szansa. Nie do każdego przylatuje gadający motyl. To jest wyróżnienie, więc odpowiadać: chcecie dzieciaka czy nie?
– Chcemy! – odpowiedzieli oboje jednocześnie
– No to jedną rzecz mamy za sobą – powiedziała tonem zmęczonego urzędnika baśniowa postać – Druga sprawa: musicie wyemigrować. Wyemigrować do Polski
– Jak to do Polski? – oburzył się Wilhelm – tam bieda jest
– Właśnie dlatego – odpowiedział motyl
– Wilhelm jedziemy, nie ma dyskusji – postanowiła Rozalia. Była tak pewna swego także dlatego, że właśnie otwierano filię jej firmy w Polsce i jako wpływowa osoba w zarządzie mogła sobie tam objąć dowolne stanowisko.
Ruszyli pełni nadziei w nieznane. Teraz ich życie miało się zmienić, radość miała w nim zapanować ogromna i wypełnić ich ciała po same brzegi. Generalnie, jak ogłosił, biało-czerwony skrzydlaty owad – była gąsienica, po przybyciu do kraju nadwiślańskiego, do Wilhelma i Rozalii miał zgłosić się pewien człowiek. Rzeczywiście, ów człowiek się pojawił, zapukał do drzwi nowego domu niemieckich emigrantów. Była to dość ekstrawagancka na pierwszy rzut oka osoba. Nosiła na sobie takie zabawkowe oczy na sprężynie, ale przede wszystkim wyróżniała się sposobem chodzenia, takim nienaturalnym splataniem nóg jakby osoby nietrzeźwej, a na pewno niezrównoważonej. „To szaleństwo” – myślał Wilhelm, ale nic nie mówił, nie był w stanie się sprzeciwić. To żona posiadała władzę decyzyjną w ich małżeństwie.
– Pan nam powie – zwróciła się do dziwnego jegomościa Niemka – kiedy będę brzemienna?
– Proszę pani – odpowiedział dziwak głosem nauczycielki starej daty – pani nie zajdzie w ciążę
– Jak to, do cholery? – oburzył się Wilhelm – jechaliśmy tu do tego zadupia na darmo?
– Co więc z nami będzie? – pytała Rozalia z trudem powstrzymując się od płaczu – przecież obiecaliście
– Proszę pani – odezwał się znowu tajemniczy wariat – to, że nie będzie pani rodzić, nie oznacza wcale, że nie będą państwo mieć dziecka
– W Niemczech też mogliśmy sobie adoptować! – wrzasnął wściekły Niemiec
– Cicho Wilhelm – próbowała uspokoić męża łagodnym głosem Rozalia – czuję, że oni nie chcą dla nas źle. Poza tym, tylko ty nie chciałeś adopcji
– Ja? Dobra, dobra – parsknął obrażony Wilhelm – ty tutaj rządzisz
– Proszę państwa – rzekł nieznajomy – specjalna komisja przyznała wam prawo do opieki nad dwoma chłopakami. To niezwykle uzdolnieni matematycznie młodzi ludzie
– Że co? – nie mógł uwierzyć własnym uszom potomek Otto von Bismarcka
– To znaczy, że jutro około południa będziecie mieli dwóch chłopaków – zawołał z radością w głosie urzędnik, podskakując przy tym w powietrze.
Rozalia zamarła. Stała z rozdziawioną buzią naprzeciw mężczyzny i nie była w stanie mu nic odpowiedzieć. Jej mąż również robił miny sugerujące, że jest już psychicznie wyczerpany. Tymczasem pan od dobrej nowiny pożegnał się i jak gdyby nigdy nic sobie wyszedł.
Wilhelm i Rozalia przyjęli pod swoje skrzydła dwóch ośmioletnich chłopaków. Początkowo było to wszystko dla nich trudne, ale ciepło, które dały im dzieci, pozwoliły niemieckiemu małżeństwu zwyciężyć wszystkie przeciwności. Rozalia pracowała, żeby zapewnić dobrobyt rodzinie, natomiast Wilhelm wykonywał prace domowe oraz pomagał w lekcjach Romkowi i Piotrkowi. Nie miał właściwie dużo roboty, bo chłopcy, jak już zostało wspomniane, byli małymi geniuszami.
Mijały lata. W życiu Wilhelma i Rozalii zawitała długa wiosna. Niemcy powoli wtopili się w polską kulturę. Żyli z dnia na dzień karmieni miłością dzieci. Nie oznacza to wcale, że nasi tu przybrani rodzice tolerowali wszystkie wybryki młodego wieku. Czasami potrafili krzyknąć na swoich podopiecznych, ale w gruncie rzeczy zapewniali chłopcom wszystko to, czego ci od nich żądali. Byli też na pewno duchową podporą dla dorastających mężczyzn. Pierwsze zawody miłosne Piotrka i Romka zostały zneutralizowane właśnie dzięki wielkiej pracy jaką wykonał z chłopakami Wilhelm. Rozalia z kolei bardzo pomogła swoim pociechom w wyborze wyższej uczelni, a następnie przy rozpoczęciu aktywności na rynku pracy. W sumie nie jest to wcale dziwne, biorąc pod uwagę wpływy Niemki w globalnym biznesie komputerowym. Pewnego dnia jednak spokojny żywot naszych bohaterów z wyższej klasy został zakłócony. Kiedy Wilhelm i Rozalia byli akurat sami w domu, do mieszkania wleciał prawie zapomniany już, lecz jakże ważny dawny znajomy – biało-czerwony motyl. Szczęśliwi rodzice w ogóle nie spodziewali się tej wizyty i poczuli swego rodzaju grozę. Bali się, że teraz ich szczęście zostanie im odebrane.
– Moi mili – odezwał się patetycznie motyl Polak – ojczyzna jest w potrzebie
– Nie oddamy dzieci – odpowiedziała stanowczo na podniosły ton owada Rozalia
– Pani się uspokoi – złagodniał niechciany gość – nikt pani dzieci nie zabierze. Wręcz przeciwnie, potrzebujemy niezwykle uzdolnionego dyrektora banku i chcielibyśmy, aby to właśnie państwa synowie wystartowali w konkursie na najlepszego człowieka na tym stanowisku.
– Czy mógłbym porozmawiać z żoną? – zwrócił się do swojego dawnego zbawcy Wilhelm
– Ależ oczywiście – odpowiedział antropomorficzny latający owad
– Nie podoba mi się to – zwrócił się do żony Niemiec
– Ja też nie do końca ufam w to, co mówi ta gąsienica – potwierdziła obawy męża Rozalia – ale może to jest szansa dla chłopców. Taka szkoła dorosłości.
– Moje maluchy – oburzył się troskliwy ojciec – moje maluchy nie mogą poznawać życia poprzez kontakty z cynicznymi tchórzami
– Zastanów się przez moment – perorowała jednak znająca życie matka – jeśli teraz się z tym nie zmierzą, to nikczemna ręka dosięgnie ich, kiedy nas zabraknie
– Może masz rację – uległ Wilhelm
– Zgadzamy się – powiedziała niemiecka biznesłomen do wysłannika z krainy fantazji
– No to dobrze – odpowiedział motyl – jutro przyjedzie po chłopaków pan Seweryn, którego już poznaliście
– O Boże – westchnął cicho Niemiec
– Jakieś problemy? – zareagował na ten wyraz dezaprobaty owad
– Nie, nie – odpowiedziała Rozalia – mąż lubi sobie wzdychać. Tęskni za ojczyzną
Biało-czerwony imago uśmiechnął się i wyleciał bez słowa. Kiedy zaś młodzi mężczyźni wrócili do rodzinnego domu, rodzice powiadomili ich o planach, jakie przedstawił im motyl.
– Pamiętajcie – rzekł Wilhelm – jeśli nie będziecie chcieli, to nikt was do niczego zmuszał nie będzie
– Tatku – powiedział Romek – przecież każdy by chciał być prezesem lub dyrektorem
– Wszyscy nasi kumple o tym marzą – dodał Piotrek
– Ale wiecie – wtrąciła się Rozalia – tylko jeden z was wygra
Młodzieńcy zamilkli. Kolejny raz w życiu spojrzeli na siebie nie jak na braci, lecz jak na wrogów, rywali do ostatecznego zwycięstwa. Mało kto się w tym orientował, ale chłopcy od dzieciństwa wzajemnie sobie wszystkiego zazdrościli. Można powiedzieć, że więź między nimi oparta była na chorej zależności, w której wszelka energia do działania rodziła się tylko w momencie niepowodzenia drugiej osoby. Napięta relacja między braćmi jeszcze bardziej się skomplikowała, kiedy specjalne gremium zdecydowało, że funkcję wspomnianego dyrektora banku obaj będą pełnić razem. To przelało czarę. Początkowo młodzi panowie szefowie starali się jeszcze kontrolować wzajemne wobec sobie antypatie, ale już po kilku miesiącach nadzieje wielu ekonomistów i patriotów polskich związane z idealną braterską współpracą legły w gruzach. Chłopcy bili się na środku skrzyżowania ubrani w swoje drogie garnitury, a tłum gapiów patrzył się tępo na to zjawisko tak jakby oglądał je w jakimś serialu. Ludzie zachowywali się jakby ich najskrytszy sen o zostaniu bohaterem telewizji miał się w tej chwili ziścić. W pewnym momencie jednak obok walczących zatrzymał się gwałtowanie Mitsubishi Outlander. To byli rodzice skonfliktowanych braci:
– Piotrek, Romek na miłość boską! – krzyknęła Rozalia wybiegając ze swojego wspaniałego auta. Po chwili pojawił się także Wilhelm i przytulał swoich opuchniętych synów
– Przecież tak nie można – płakał – w czym popełniliśmy błąd? no w czym?
– Bo tato, ty bardziej kochasz Piotrka – powiedział Romek z wyrzutem
– Nie – oburzył się Piotrek – to tobie mama wszystko zawsze załatwia
– Głuptasy – uśmiechnęła się opiekuńczo przybrana matka chłopców – obu was kochamy jednakowo
– Tak – potwierdził rację słów żony Wilhelm – już nigdy nie będziecie nic robić razem
Wtem dookoła rozległ się wielki aplauz. Wszyscy obserwujący dzisiejsze sceny na skrzyżowaniu kierowcy klaskali a niektórzy nawet płakali ze wzruszenia.
– Liczy się tylko miłość! – krzyknął Wilhelm do tłumu
Ludzie zaś odśpiewali naszym bohaterom „sto lat”, podrzucając ich wysoko w powietrze jak prawdziwych bohaterów historii.
Z kolei ze wzgórza z zachwytem pomieszanym z zadumą wszystko obserwowali biało-czerwony motyl z ekstrawaganckim panem Sewerynem:
– Nasza misja chyba dobiegła końca – powiedział podniośle motyl
– i zakończyła się pełnym sukcesem – uzupełnił z entuzjazmem uwagę swojego towarzysza pan Seweryn a oko na sprężynie wyskoczyło mu na metr do przodu.
To święta racja, co rzekł nasz poczciwy dziwoląg. Planeta Ziemia bowiem od tego momentu ogromnie się rozwija, mlekiem i miodem płynie.

– Panowie, panowie – zwróciła się pani Z. do dwóch swoich byłych uczniów siedzących na ławce w parku – proszę nie śmiećcie. Macie kosz 5 metrów dalej. Nie można normalnie w czystości żyć?
Edmund z miną pełną żalu podniósł papierek i wrzucił go do śmietnika. Hieronim stał z boku ze spuszczoną głową. Obaj wyglądali na naprawdę przestraszonych, mimo że szkołę skończyli 15 lat temu.
Pani Z. uczyła fizyki w liceum, do którego uczęszczali nasi bohaterowie i, jak nietrudno się domyślić, była zmorą ich młodzieńczych lat. Do dziś śni się wielu jako uosobienie wszystkiego, co złe.
Nauczycielka w całej szkole znana była z wojskowych metod nauczania, po których słabi psychicznie młodzi ludzie tracili wszelką wiarę i ochotę na cokolwiek. Na jej lekcjach nikt nie miał marzeń, liczył się tylko rygor i dyscyplina. Nawet prymusi nie mieli forów. W tej całej atmosferze powszechnego lęku nie chodziło o oceny ani nawet upokorzenia werbalne. Pani Z. miała w sobie coś, co sprawiało, że naprawdę można było się jej bać. W knajpach na mieście szeptano nawet, że jest prawdziwą wiedźmą, że kiedyś jednego podchmielonego gościa, który próbował się wieczorową porą na opuszczonej ulicy do niej dobrać, zamieniła w psa. Niby śmiano się z delirium alkoholowego miejscowego menela, ale śmiech ów był okraszony dość dużą dozą nerwowości w głosie. Tak więc dystans się zwiększał i narastał strach. Pozostali nauczyciele również trzymali się z dala od swojej koleżanki po fachu. Pani Z. sprawiała dla nich wrażenie jakby była pozbawiona wszelkich ludzkich, społecznych odruchów – chęci kontaktu, rozmowy z innymi członkami pedagogicznego grona. Ponadto dyrektorka – stara komunistka bagatelizowała pisemne skargi ojców i matek a żaden rodzic po bezpośrednim spotkaniu z fizyczką nie ponowił swoich względem niej obiekcji. Dziwne rzeczy się działy wtedy 15 lat temu.
– Ale miałem ochotę jej zajebać – powiedział Edmund, kiedy pani Z. zniknęła za rogiem kamienicy
– To jest jakieś chore!!! – zawołał Hieronim, chodząc nerwowo dookoła ławki, na której siedział jego kolega.
Zapadła krępująca cisza. Ludzie z psami spacerowali pośród drzew. Dookoła unosił się zapach zwierzęcych odchodów, przetrawionych resztek suchej karmy i pozostałości z niedzielnego obiadu.
– Człowieku, to ja jestem chory od tej kobiety – odezwał się w końcu Edmund
– No kurwa, żona ode mnie odeszła przez moje nocne majaki – dodał z wyrzutem Hieronim – Ja pierdolę, ja nie wiem. Ona już przeszła na emeryturę, nie?
– Podobno tak, ale, nie wiem, żaden psycholog, kurwa, psychiatra mi nie pomógł – oburzał się dalej Edmund – Żarłem te tabletki, terapie kilkugodzinne przez kilka lat. Niby wszystko przeszło, a tu chuj, pojawia się szmata i…
– Musimy coś z tym zrobić – postanowił twardo Hieronim
Znowu zapadła cisza. Obaj przyjaciele wydawali się bić z najbardziej strasznymi, złowieszczymi myślami.
– Ale, kurwa, co? Musielibyśmy ją zabić – wymówił głośno ideę jaka od lat towarzyszy obu mężczyznom Edmund
– Nie, no kurwa. Ja nie dam rady – rzekł z opamiętaniem Hieronim. Miał zasady. Wiedział, że zabicie człowieka to nie jest zwykłe pozbycie się przeszkód na dalszej drodze życia.
– Może jakoś ją obnażyć, upokorzyć publicznie, zniszczyć w mediach? – próbował wymyślić mniej drastyczne rozwiązanie Edmund
– Niby jak? – znowu trzeźwo myślał Hieronim – Chcesz pójść z tym do telewizji, że masz jakieś paranoje od nauczycielki? Wszyscy ludzie mieli jakiś terror w szkole
– No, ale, kurwa, to już nawet nie terror, to była, kurwa, jawna przemoc psychiczna. Ona ma w sobie taką jakąś negatywną moc…
– Przecież wiem, kurwa, przeżywałem to samo, co ty. Ale kto ci teraz w to uwierzy?
– Nie no chodzi mi o to, żeby może znaleźć na nią jakiegoś haka. Na pewno ma coś na sumieniu. Ona nie współpracowała z SB?
– Kurwa, stary. Daj spokój. Musimy jakoś żyć, ja pierdolę.
– Od ciebie odeszła żona, a ja nikogo sobie przez tą kurwę nigdy znaleźć nie mogłem – powiedział prawie płacząc Edmund
– To do niczego nie prowadzi tylko do kolejnych chorych misji – próbował uspokoić swojego kompana Hieronim – Zwariujemy od tego
Po tych słowach przyjaciele pożegnali się i pełni rozterek w sercu rozeszli do swoich domów. Żaden z nich nie mógł w nocy zasnąć, toteż kiedy w sypialni Hieronima zadźwięczał sygnał telefonu, nie było to dla niego wcale zadziwiające, że ktoś dzwoni o tak późnej porze:
– Śpisz? – usłyszał w słuchawce głos przyjaciela
– Przecież wiesz, że nie
– Spotkajmy się
Edmund czekał przy sklepie osiedlowym obok kamienicy, w której mieszkała pani Z. Po chwili zjawił się Hieronim, zacierając ręce z zimna. Niebo tej nocy było wyjątkowo czyste, gwiazdy rozświetlały przestrzeń nad całym miastem. Zdawało się, że blask ten zaraz przyciągnie burzliwe serca naszych bohaterów swoim magnetyzmem, ale jednak stali oni twardo na ziemi, na betonowym, brudnym od śmieci chodniku. Można by odnieść w ogóle wrażenie, że zaraz się rozpłyną i znikną gdzieś w kanale pośród ścieków, odchodów ludzkich i szczurzych nieboszczyków.
– Co chcesz zrobić? – zapytał Hieronim
Edmund milczał, paląc nerwowo papierosa i co chwilę spluwając. Po pięciu minutach miejsce, w którym stali przyjaciele całe było pokryte lepką, zieloną flegmą.
– Jeśli chcesz ją zabić, to ja w tym nie będę brał udziału – mówił dalej coraz bardziej drżąc Hieronim
– Nie wiem, kurwa – uniósł się agresywnie Edmund – musimy z pizdą pogadać, bo do końca życia nam to nie da spokoju
Po tych słowach Edmund pewnym krokiem ruszył w stronę klatki schodowej, w której mieszkała pani Z. Hieronim przez pierwsze sekundy stał nieruchomo, ale zaraz potem pobiegł za przyjacielem. Trzeba przyznać, że nie było mu łatwo dotrzymać kroku Edmundowi. To było naprawdę niewytłumaczalne, skąd w tym człowieku nagle nagromadziło się tyle energii. Hieronim dyszał, pot lał się z niego ciurkiem, ale postanowił, że tej nocy nie dopuści do tragedii. Chwilę później Edmund stał wyprostowany przez starymi, drewnianymi drzwiami. Jego twarz wykrzywiona w grymasie przywodziła na myśl postać brudnego Harrego. Jego kompan zaś z trudem łapał oddech i wyglądał raczej jak włóczęga w tym swoim przydługim płaszczu. Niespodziewanie drzwi od mieszkania otworzyły się same, bez pukania, bez dzwonienia:
– Zapraszam – usłyszeli głos znienawidzonej kobiety.
Weszli niepewnie do środka. Pani Z. siedziała na starym fotelu i czytała jakąś książkę:
– W czym mogę pomóc moje robaczki? – zapytała głosem starszej pani, która mówi w windzie do dziecka w wieku przedszkolnym
Mężczyźni przez moment zbaranieli. Po chwili jednak Edmund przypomniał sobie po co przyszedł:
– Mamy z panią do pomówienia pani Z. – powiedział i zaczął przechadzać się po pokoju kobiety przyglądając się przedmiotom wypełniającym pomieszczenie
– Może byś tak usiadł !!! – wrzasnęła emerytowana nauczycielka.
Hieronim zbladł, nie był w stanie powiedzieć jednak ani jednego słowa.
– Czekoladki? – zwróciła się do niego pani Z.
– Dziękuję – wycedził cały dygocząc
– Pan ma chyba gorączkę – zatroskała się kobieta
– Ty stara kurwo!!! – krzyknął histerycznie Edmund – w co ty grasz?!
Pani Z. zupełnie zignorowała ten atak szału i zaczęła głaskać po głowie Hieronima:
– Taki przystojny, a taki strachliwy – szeptała
Nagle Edmund wziął do ręki krzesło i rzucił się w kierunku kobiety, próbując ją uderzyć
– Nieeeeeeeee!!! – wrzasnął Hieronim zakrywając oczy. Kiedy je otworzył zobaczył jednak przyjaciela siedzącego na unoszącym się w powietrzu meblu
– To na czym to skończyliśmy? – stara kobieta zwróciła się do przestraszonego mężczyzny muskając go delikatnie koniuszkiem palca po udzie
– Pani go puści. On nie chciał – rzekł Hieronim przygryzając wargi.
Pani Z. nie słuchała, tylko zbliżała swoją pokryta zmarszczkami twarz w kierunku twarzy swojego byłego ucznia. Niechybnie doszłoby do kontaktu, gdyby nie Edmund, który rzucił piłeczką tenisową w głowę nauczycielki.
– Ty stara wiedźmo! – krzyknął – czarownico! Nie boję się ciebie! Przestałem się bać! Jesteś dla mnie nikim!
Pani Z. spojrzała z wyniosłością na buntownika i po chwili Edmund szybko przemieścił się w stronę wyjścia a następnie sturlał ze schodów. Przyjaciel momentalnie pobiegł, aby zobaczyć, czy nic się nie stało jego towarzyszowi niedoli. Niestety Edmund złamał kark, był martwy. Hieronim stał przez dłuższą chwilę nad bezwładnym ciałem kompana, aż usłyszał sygnał zbliżającej się policji. Krew uderzyła mu nagle do głowy, rzucił się w kierunku mieszkania morderczyni, ale drzwi zatrzasnęły mu się przed samym nosem. Stracił wszelką kontrolę. Płakał, bił pięścią w ścianę, krzyczał i po chwili usiadł skulony w kącie przy rurze od ogrzewania. Parzyła go, ale nic nie czuł.
– Nie ruszaj się! – zawołał policjant celując z pistoletu w naszego bohatera.
Po chwili z mieszkania wyszła pani Z. Miała na sobie koszulę nocną:
– Wariaci, pijacy – unosiła się do policjantów – walili mi w drzwi. Potem zaczęli się szarpać i usłyszałam taki huk jakby nie wiem…
– Pójdziesz z nami psycholu – zwrócił się stróż prawa do Hieronima.
Gwiazdy powoli znikały, kiedy policjanci prowadzili mężczyznę w kajdankach przez osiedle. Z pobliskiego kościoła dobiegał odgłos bijącego dzwonu. Robotnicy tłoczyli się na przystanku autobusowym, bełkocząc swoje coraz to nowsze prawdy życiowe. Miejscowy sprzedawca otwierał sklep, pod którym od jakiegoś czasu z niecierpliwością czekało kilkanaście osób. Nikt nie zwracał specjalnej uwagi na Hieronima. Kolejny bandyta, codziennie się taki trafi.
Była żona oskarżonego o morderstwo naszego bohatera zeznała w sądzie, że odeszła od niego, bo już wcześniej wykazywał sadystyczne skłonności. Już miesiąc po ślubie rzucił się na nią w nocy i zaczął dusić. Potem tłumaczył się, że to we śnie, że nic nie pamięta. Obiecywał, że się zmieni, że będzie nad sobą panował, ale żądza krwi była silniejsza.
– Kara śmierci, kara śmierci!!! – krzyczał tłum przed budynkiem sądu

Powiedziałem to, żeby zabrzmiało autentycznie i doniośle. W gruncie rzeczy w chuju miałem tą sytuację. Całą tą pojebaną zewnętrzność, która tak znienacka napadła mnie i przygwoździła do jakichś twardych metali. Bardzo chciałem się położyć, obudzić się na nowo, a właściwie nie wstawać w ogóle. Błogo tak sobie lewitować. Nie mogłem. Wszystkie na ziemi i niebie wskazówki krzyczały do mnie o betonowej rzeczywistości, empirycznie namacalnej. Zresztą moja ręką od uszczypnięć przypominała bydło przeżarte ukąszeniami muchy Tse-Tse. Nie ważne. Trzeba było jechać w nieznane, w śmierć jechać bliskich, bo chyba o to w tym wszystkim chodziło
– Chcesz poprowadzić? – zapytał Radosław i wskazał na swój nowy, błyszczący jeszcze wielki wóz – to moje nowe cacko
– Nie, nie, nigdy nie byłem mistrzem kierownicy – odpowiedziałem
– Auta to przyszłość, mogłeś się tym zająć albo chociaż nie zajmować się tym czym się zająłeś
Westchnąłem. Co mi pozostało? Wsiadłem, zapiąłem pasy. Niech się dzieje wola. Właściwie nawet mi się nie chciało rozmawiać z Radkiem. Niby jedyna osoba, którą jeszcze choć odrobinę obchodzę, ale jednak czułem, że coś tu nie gra.
– Puść jakąś muzykę – zaproponowałem
Jechaliśmy nic do siebie nie mówiąc, z głośnika leciał jakiś ostry blokerski hip hop. Nic mnie już nie mogło zadziwić. W sumie dopiero teraz miałem czas na przeżywanie bólu, na uświadomienie sobie tego, co za chwilę zapewne zobaczę. Ukłucie wewnątrz klatki piersiowej wwiercało się coraz głębiej. Jak wiertło w ścianę kolec w płuca. Samochód się toczył. Środa Śląska Lubin Polkowice. W sumie niewiele się ten świat zmienił. Nowe billboardy, droga trochę ładniejsza. Głogów też wyglądał tak jak go pamiętam, szary i cichy. Pojechaliśmy na Brzostów. Wtajemniczeni wiedzą, że tam znajduje się największy cmentarz w mieście.
– No to jesteśmy – powiedział Radek – pokażę Ci, gdzie leżą
– Wolałbym sam, ale w sumie pewnie nie trafię – odpowiedziałem
– No to pokażę ci i sobie wrócę
Weszliśmy w alejki cmentarne. Przez okres pięciu lat cmentarz poszerzył swój obszar dość znacznie, mimo to ludzie chodzili tu w ten sam sposób, co dawniej.
– Jesteśmy – powiedział Radek wskazując mi dość zaniedbany grób przykryty jakąś suchą wiązanką sprzed kilku miesięcy – no to zostawię cię samego. Jakby co jestem przy aucie
Podszedłem bliżej i moja konsternacja sięgnęła zenitu, teraz to już nie wiedziałem zupełnie, o co chodzi. Na grobie widniały nazwiska. Jednak nie moje. Na wszystkich grobach dookoła widniały nazwiska moich sąsiadów z ulicy Keplera. Grób, który wskazał mi Radosław był grobem Świadków Jehowy, którzy mieszkali na tym samym piętrze, co ja.
Poczułem, że tracę rozum. Niemniej, szukając resztek rozsądku pobiegłem w miejsce pochówku mojego dziadka. Rzeczywiście był tam pochowany razem z babcią, ale ten grób wyglądał zupełnie inaczej, był całkowicie inny. Pomnik z kamienia czarnego z jakimiś złotymi, kiczowato – gotyckimi literami. W tej chwili całkowicie zapomniałem o Radosławie i ruszyłem biegiem przez pola do domu, miejsca, w którym mieszkałem. Okazywało się bowiem, że być może nie straciłem pięciu lat, ale całe życie. Jak kopnięty śmieć kosmosu. Ktoś odebrał mi przeżyty przeze mnie czas. Ten gówniany czas, zmarnowany czas, ale jednak jakieś tam wspomnienie. A może zwariowałem? Tak rozmyślałem sobie biegnąc. To miasto jednak, mimo że z pozoru te same, było inne. Inne domy, inne sklepy, inaczej biegnące ulice. W miejscu, gdzie mieszkałem stały garaże. Znieruchomiałem, czułem, że pot spływa mi po skroni. Nie zauważyłem nawet momentu, kiedy pojawił się koło mnie ten ogromny samochód. Suv. „Boże, co się dzieje?” myślałem ciągle. Czułem, że straciłem tożsamość i że nie jestem w stanie odgadnąć niczego, co mi się przydarzy w przyszłości. Moi rówieśnicy tworzą sobie rozbudowane plany na temat swojej kariery, budowania rodziny, kupna mieszkania, a ja jestem kimś kim nie jestem i nie wiem, jak się w związku z tym powinienem zachowywać.
– Dzień dobry panie starszy – odezwał się do mnie karzeł, który wysiadł z tajemniczego samochodu – coś się pan tak ukrywał ostatnio. Mamy przecież dużo wspólnych planów.
– Potrzebowałem krótkich wakacji – odpowiedziałem próbując znowu kamuflować swoje fatalne położenie psychiczne
– Zdecydowanie potrzebuje pan snu. Nie musi się pan jednak ukrywać. Też mogliśmy pana tu zawieść.
Wsiadłem do samochodu karła. Wiedziałem, że może to nie być dobry pomysł, ale właściwie każdy ruch mógł być dla mnie w tej chwili chybiony. Jechaliśmy milcząc aż w końcu dotarliśmy do luksusowej rezydencji gdzieś w Wielkopolsce.
– No to jesteśmy – powiedział karzeł a lokaj, który wybiegł nam na powitanie otworzył mi drzwi i zaprowadził do pomieszczenia, w którym za biurkiem odwrócona ze swoim fotelem siedziała jakaś postać. Jak się domyślałem, była to postać na pewno wyjątkowo ważna.
– Witaj zdradziecka kurwo – odezwała się do mnie tajemnicza osobistość
– To dobrze, że chociaż wiem, że umrę – odpowiedziałem zrezygnowany
– Nie umrzesz bałwanie. – westchnął ważniak – Mówiłem ci, żebyś nie pił z niebieskiej buteleczki, tylko z zielonej. Teraz pozostaniesz idiotą i nic na to nie poradzimy
– Ale ja nic nie pamiętam
– To przecież mówię. Mimo wszystko twoje wrodzone umiejętności nadal się nam przydadzą
– Nam, czyli komu?
Mój rozmówca nic nie odpowiedział, patrzył jedynie na mnie z politowaniem w płaskim monitorze wiszącym na ścianie a zaraz potem nacisnął przycisk przy swojej prawej ręce. Ciągle był odwrócony. Po chwili przyszło po mnie dwóch osiłków w samych gaciach. Wyglądali jak kulturyści na wybiegu
– Zabierzcie go do komnaty posłuszeństwa – powiedział złowrogi pan szefu
Ja jednak nie miałem zamiaru tu zostawać i przy nadarzającej się okazji postanowiłem, że ucieknę. Mój pomysł, jak się okazało, mógł zostać zrealizowany dosyć szybko. Osiłkowie nie należeli do najbardziej rozgarniętych. Jeden szedł przede mną a drugi za mną. Dwóch półnagich wielkoludów i po środku więzień. Szliśmy tak sobie przez coraz to nowe korytarze aż w końcu dotarliśmy do wielkich stalowych drzwi takich jak na łodziach podwodnych w różnych filmach. Z takim odkręcanym zaworem.
– Ty, co my mieliśmy tu z nim zrobić? – zapytał jeden osiłek drugiego
– Nie wiem, kurwa – odpowiedział drugi i zastukał w blaszane drzwi.
Nikt nie odpowiedział, więc obydwoje zaczęli mocować się z zaworem. Trzeba przyznać, nie łatwo było go odkręcić nawet taki bykom. Ja się jednak nie martwiłem, tylko wykorzystując sytuację, cichutko ruszyłem za róg korytarza a następnie dalej. Za chwile usłyszałem biegnących w panice moich strażników, więc ukryłem za jakimiś drzwiami. Okazało się, że jest to schowek na szczotki. Nie wiem dlaczego, ale poczułem się jakoś lekko. Bawiła mnie ta sytuacja. Pierwszy raz od czasu, kiedy się tak pogubiłem w czasoprzestrzeni, poczułem, że przeżywam jakąś przygodę. Że świat jest w gruncie rzeczy fascynujący w tej straszliwej postaci. Kiedy na zewnątrz zrobiło się cicho, wyszedłem ze schowka. W portfelu miałem karteczkę z numerem telefonu, który dał mi Radosław jakbym czegoś potrzebował. Dał mi go, żebym sobie wpisał jak skombinuję sobie jakąś komórkę. Ale skąd teraz miałem ją sobie załatwić? Postanowiłem zaryzykować. Poszedłem do wyjścia, machnąłem lokajowi ręką a ten szyderczo parsknął. Czułem, że wewnątrz przewalają mi się wszystkie narządy, ale szedłem dalej. Osiłkowie widać bali się tak od razu przyznać do tego, że mnie zgubili. Za ogrodzeniem karzeł, stojąc przy swoim Suvie (chyba to była KIA), rozmawiał przez telefon. Wyglądało na to, że dzwoni sobie na seks linię. Nie myślałem długo: wziąłem kamień i uderzyłem nim w głowę liliputa. Wydawało mi się, że mogłem nawet go zabić. Nie było jednak czasu na rozterki. Zabrałem karłowi komórkę, kluczyki, wsiadłem do wozu i ruszyłem. Nie wiem, kiedy zorientowali się, że uciekłem, ale wtedy ubzdurałem sobie, że już mnie gonią, obserwują , celują gdzieś z drzewa w łeb. Bałem się, że spłonę w samochodzie. Najgorsze było to, że nie miałem pojęcia kim były te wszystkie osoby. Domyślałem się wprawdzie, że jest to ta sekta, o której mówił Radek, ale czym się zajmowali ci ludzie, czym ja się zajmowałem, pozostawało dla mnie tajemnicą. Pędziłem szosą pośród drzew i pól. Z nerwów zatraciłem w ogóle wszelką orientację tego, jak długo jadę i w jakim kierunku. Zadzwoniłem więc do Radosława. W końcu tylko na niego mogłem teraz liczyć.
CDN…

Gosia jadła kanapkę z kurczakiem i pomidorem. Był z niej taki obżartuch. Wszyscy wkoło o tym mówili. Za jednym razem potrafiła wciągnąć taki ogrom żarcia, jaki dla przeciętnego konsumenta wydawać się mógł zabójczy. Jadła ze smakiem i co najważniejsze w ogóle nie tyła. Jej rodzice podejrzewali, że może ma tasiemca albo jakiegoś innego pasożyta, ale gruntowne badania wykazały, ze Gosia to wyjątkowy fenomenalnie okaz zdrowia.
– Ty nie przesadzasz z tym jedzeniem? – wołał raz za razem ojciec – wszystkich nas puścisz z torbami
– Jak jej smakuje niech je, co się czepiasz? – gasiła jednak złość starego babcia Helena, jego teściowa – Dobrze, że nie pije albo nie bierze innych świństw, tyle się teraz o tym mówi
– Mogę prosić o dokładkę – odpowiadała na to dziewczyna w ogóle nie słuchając wywodów swoich bliskich.
Ojciec i matka bardzo się martwili, ale wszyscy dookoła mówili im, że to nic groźnego skoro dziewczyna nie przybiera na wadze, że przejdzie jej, że przesadzają. Stryjek Stefan, który zawsze miał wyjątkowy dryg do interesów, zwęszył nawet możliwość zarobku na talencie swojej bratanicy:
– Ona powinna wystąpić w konkursie, pobić rekord Guinessa – uniósł się przy rodzinnym stole, kiedy odwiedził pewnego dnia rodzinę swojego brata
– Najpierw niech skończy studia – oponowała matka
– Marnujecie dziewczynę – krzyczał purpurowy na twarzy stryj
– Boże, ludzie – uderzył pięścią w stół ojciec – ona wpierdala jak słoń. Pewnej nocy nas wszystkich zeżre
– Tatku, czy możesz mi otworzyć ten słoik? – odezwała się natomiast zupełnie odłączona od świata Gosia – Mam ochotę na ogórki
– Gocha!!! – stanowczym tonem zwróciła się do dziewczyny matka – może ty jesteś w ciąży?
– No mamuś, wiesz co? – odpowiedziała z pełną buzią Gosia. Jadła właśnie łazanki.
– Żaden chłopak cię nie będzie chciał jak będziesz tyle jadła – powiedziała ciocia Ela. Sama była otyła i wiedziała, co to znaczy. O stryjka Stefana musiała walczyć jak lwica. Właściwie kupiła go za nowe ferrari. Wujkowi było wszystko jedno. Kochał samochody i mógł poświęcić serce i reputację wśród znajomych, dla których piękno i chudość to nierozłączna para telewizyjnego show.
Generalnie, oni wszyscy dużo mówili o tym, dlaczego Małgośka tak dużo ciągle wpycha w siebie pokarmu. Nikt z rodziny nie znał jednak rzeczywistego podłoża jej zachowania. Również psychologowie, do których chodziła nasza bohaterką, formułujący swoje teorie o niskim poczuciu własnej wartości i kompensacji seksualnych potrzeb na jedzenie, nie byli bliscy odkrycia prawdy. Dziewczyna bowiem tak jak normalna młoda kobieta miała ochotę na płciowe zabawy i była świadoma swoich popędów. Co więcej, zaspokajała te fantazje, mimo że nikt z najbliższych o tym nie wiedział. Nikomu o tym nie mówiła, bo bała się, że ludzie będą uważali ją za wariatkę. Pewnego dnia po prostu, kiedy jadła krupnik, w tafli wody zupiej ujrzała jego – pięknego księcia o tajemniczych oczach. Weszła więc do środka tej pospolitej potrawy uchodzącej w ujęciu stereotypowym jako pierwsze danie obiadowe:
– Cześć mała – powiedział książę, kiedy już Gosia znalazła się w zupie – fajnie, że wpadłaś
– Cześć – odpowiedziała niepewnie dziewczyna
– No co się boisz. Siadaj na pufie
– Kim jesteś?
– Przyjacielem, chcę twojego szczęścia
Młodzi padli sobie w objęcia pośród gęstych traw krainy zupiej
– Muszę wracać – rzekła melancholijnie po wszystkim dziewczyna – już pewnie nigdy się nie zobaczymy
– Nie wiem – odpowiedział tajemniczo chłopiec
Leżeli nago jeszcze pół godziny patrząc sobie namiętnie w oczy
– To idę – powiedziała w jednej chwili Gosia i wstała
– Wypatruj mnie we wszystkich potrawach, które jesz – rzekł na do widzenia książę
Mijały kolejne miesiące. Gosia ciągle jadła, wzdychając do wszystkiego, co następnie przechodziło przez jej przewód pokarmowy. Co jakiś czas książę pojawiał się i zapraszał dziewczynę do siebie na miłosne igraszki. Ona jednak chciała więcej. Chciała ciągle i ciągle wtulać się w pierś księcia z zupy. Ubzdurała sobie nawet, że kiedy go dotyka stają się razem słońcem i księżycem. Niemniej, musiała też wykonywać codzienne obowiązki. Chodzić na uczelnię i robić referaty. Pomagać wieszać firanki i prać dywan. W każdej wolnej chwili starała się coś jeść. Wyglądało to czasami naprawdę zabawnie, kiedy idąc do Biedronki, Gosia wpatrywała się w jedzoną przez siebie bułkę z masłem jak społeczeństwa pierwotne przyglądają się naszym wspaniałym, zachodnim wynalazkom technicznym.
Książę zapraszał ją do siebie nieregularnie. Po prostu, kiedy mu się chciało. Ona oficjalnie nie wymagała niczego od księcia, ale skrycie marzyła o dalekiej z nim podróży do miejsca, w którym pogoda zawsze dopisuje, nie ma chorób, samopoczucie zawsze jest pełne radości a człowiek nigdy nie ma dość drugiego człowieka, ciągle chce z nim współpracować i bawić się z nim śmiejąc się wesoło. W domu tymczasem rodzice Gosi podjęli pewne kroki, aby ratować córkę:
– Postanowiliśmy z matką – zaczął ojciec uroczystym tonem, kiedy nasza bohaterka wróciła z uczelni do domu – postanowiliśmy, że sfinansujemy ci operacyjne zmniejszenie żołądka.
Gosia stanęła jak wryta. Klucze wyleciały jej z rąk na drewnianą podłogę w przedpokoju wydając charakterystyczny dźwięk upadku, gwałtownego kontaktu jednej rzeczy z drugą.
– Nie możecie – odpowiedziała, a jej oczy wypełniły się łzami – ja kocham jeść, wy nic nie rozumiecie!!!
– Słuchaj dziewczyno – chwycił swoją córkę za ramiona ojciec – nie mamy już pieniędzy, żeby finansować twoje obżarstwo
– Nienawidzę cię!!! – krzyknęła dziewczyna i trzasnęła drzwiami od swojego pokoju. Leżała przez chwilę z głową schowaną w poduszce, ale szybko zorientowała się, że w pomieszczeniu, w którym się znajduje, nie ma w zasadzie prawie nic do jedzenia. Na parapecie leżał jedynie pokarm dla rybek, które pływają sobie w akwarium w sypialni rodziców. Ostatnio Gosia je karmiła i przyniosła przez przypadek torebkę z pokarmem do siebie do pokoju. Teraz w jednej chwili rzuciła się gwałtownie w jej kierunku i zaczęła jeść po najmniejszym kawałku płatka wpatrując się weń jak w obraz. Książę się nie pojawiał. Gosia dalej przeżuwała płatki sztucznych glonów, szlochając spazmatycznie. W pewnym momencie nie mogła złapać tchu od tego płaczu. Poza tym w buzi kleiło jej się od rybiego żarcia. Wtedy do pokoju weszła matka:
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła skonsternowana w kierunku córki i objęła ją ile miała sił w rękach
– Mamo, udusisz mnie – wybełkotała ciągle przeżuwając Gosia
– Dzień dobry – odezwał się niespodziewanie książę, który przed momentem niezauważony wyszedł z pustej torebki po rybim przysmaku
– Mamo, chciałabym ci kogoś przedstawić – odezwała się próbująca zakamuflować swój wstyd cała czerwona i rozmazana na twarzy dziewczyna – to jest Janusz
– Dzień dobry – odpowiedziała zdziwiona matka – a jak pan tutaj wszedł?
– Janusz był tu od rana – ubiegła chłopaka Gośka – prosiłam go, żeby zrobił mi program na zajęcia. Janusz jest informatykiem.
– Henryk!!! – krzyknęła matka w kierunku ojca – ty wiesz, że u twojej córki jest jakiś chłopak
– W dupach się wam poprzewracało – odpowiedział ojciec – dajcie wy mi wszyscy święty spokój!!!
– Przepraszam pana – powiedziała matka do księcia Janusza z zupy – mój mąż miał dziś ciężki dzień w pracy. Zapraszam na obiad
Udali się we trójkę do jadalni. Gosia wyglądała jak po przebyciu huraganu. Była rozczochrana, brudna na twarzy i miała dziwnie poprzekręcane na ciele ubranie
– To powiedzcie skąd się znacie – zaczęła matka podając tackę kotletów mielonych
– No znamy się… – próbował odpowiedzieć Janusz
– Poznaliśmy się na stołówce – odpowiedziała szybko i bezmyślnie dziewczyna
– Tak, na stołówce – potwierdził tajemniczy gość
– Może pan jej przemówi do rozumu – zwróciła się do księcia matka, której wyraźnie w oko wpadł nowy znajomy córki – Gosia ciągle je
– No mamo no, wcale nie jem tak dużo – odpowiedziała z wyrzutem dziewczyna
– No weź sobie kotlecika – szydziła dalej matka
– Nie jestem głodna
– A ja się chętnie poczęstuję – powiedział Janusz
– A proszę – wstała matka sięgając po tackę, aby podać ją pięknemu nieznajomemu – jednego dwa trzy?
– Może trzy
Córka zakryła twarz w dłoniach, a matka spojrzała podejrzliwie na chłopaka.
– Nie, nie, żartowałem, jednego poproszę – powiedział książę próbując ratować sytuację
– Henryk!!! – zawołała do leżącego w salonie męża matka – A ty nie chcesz jeść?!
– Niech twoja córka zeżre wszystko i wybuchnie!!! – odkrzyknął ojciec Gosi, która po tej uwadze rodzica jeszcze mocniej poczerwieniała
– O przyjechał Stefan – próbowała zmienić temat matka – może chce pan obejrzeć jego ferrari?
– A z miłą chęcią – odpowiedział Janusz i udał się pod rękę z matką na podwórko zostawiając bijącą się z myślami, upokorzoną Gosię samą w mieszkaniu
– Gosia to dobra dziewczyna – powiedziała matka do księcia, kiedy byli sami – ale charakter ma po ojcu
– Cześć Dzidka – przywitał się radośnie ze szwagierką stryjek Stefan
– Cześć Stevie – odpowiedziała filuternie matka – to jest nowy kolega Gosi Janusz
– A witam – zwrócił się do nieznajomego stryjek mocno ściskając jego dłoń – a już myślałem, że pan rogi przyprawiasz mojemu bratu
– Patrząc na mamę Gosi rzeczywiście można tak pomyśleć – odpowiedział zalotnie książę
– No, no, uważaj pan – zakamuflował poważnym tonem żart dowcipniś Stefan i zwrócił się do matki – Heniek w domu?
– W domu – odpowiedziała matka – ale nie w humorze. Posprzeczali się z Gochą
– A to dlatego tak sobie spacerujecie sami – zaśmiał się stryjek
– Ładny ma pan wóz – wtrącił się Janusz
– A no ładny – odpowiedział z wyniosłością stryjek Stefan – jak pan będzie ciężko pracował, to…
Nie zdążył skończyć, bo przerwał mu krzyk ojca. Pobiegli wszyscy do mieszkania. Gosia leżała z podciętymi żyłami. Plama krwi na podłodze z każdą sekundą zwiększała swoją objętość.
– Szybko, dzwoń po karetkę – krzyknął jako jedyny zachowujący trzeźwy umysł stryjek do księcia Janusza z zupy.
Po krótkiej chwili przyjechało pogotowie. Gosia została odratowana. Janusz zaś postanowił odwiedzić swoją ukochaną, przyszedł do niej do szpitala z kwiatami:
– Jak się czujesz? – zapytał troskliwie osłabioną dziewczynę
– Dlaczego tu przyszedłeś? – oburzyła się Gosia
– Do ciebie przyszedłem. Dla ciebie zostawiłem krainę wiecznej sytości i będę tu z tobą żył.
– Nie możemy być razem – powiedziała chłodno niedoszła samobójczyni
– Dlaczego? – wymamrotał blady Janusz
– Bo masz krzywego chuja

Piesek

Statystyka

stat4u stat4u stat4u
%d blogerów lubi to: