Bez parasola

Powiedziałem to, żeby zabrzmiało autentycznie i doniośle. W gruncie rzeczy w chuju miałem tą sytuację. Całą tą pojebaną zewnętrzność, która tak znienacka napadła mnie i przygwoździła do jakichś twardych metali. Bardzo chciałem się położyć, obudzić się na nowo, a właściwie nie wstawać w ogóle. Błogo tak sobie lewitować. Nie mogłem. Wszystkie na ziemi i niebie wskazówki krzyczały do mnie o betonowej rzeczywistości, empirycznie namacalnej. Zresztą moja ręką od uszczypnięć przypominała bydło przeżarte ukąszeniami muchy Tse-Tse. Nie ważne. Trzeba było jechać w nieznane, w śmierć jechać bliskich, bo chyba o to w tym wszystkim chodziło
– Chcesz poprowadzić? – zapytał Radosław i wskazał na swój nowy, błyszczący jeszcze wielki wóz – to moje nowe cacko
– Nie, nie, nigdy nie byłem mistrzem kierownicy – odpowiedziałem
– Auta to przyszłość, mogłeś się tym zająć albo chociaż nie zajmować się tym czym się zająłeś
Westchnąłem. Co mi pozostało? Wsiadłem, zapiąłem pasy. Niech się dzieje wola. Właściwie nawet mi się nie chciało rozmawiać z Radkiem. Niby jedyna osoba, którą jeszcze choć odrobinę obchodzę, ale jednak czułem, że coś tu nie gra.
– Puść jakąś muzykę – zaproponowałem
Jechaliśmy nic do siebie nie mówiąc, z głośnika leciał jakiś ostry blokerski hip hop. Nic mnie już nie mogło zadziwić. W sumie dopiero teraz miałem czas na przeżywanie bólu, na uświadomienie sobie tego, co za chwilę zapewne zobaczę. Ukłucie wewnątrz klatki piersiowej wwiercało się coraz głębiej. Jak wiertło w ścianę kolec w płuca. Samochód się toczył. Środa Śląska Lubin Polkowice. W sumie niewiele się ten świat zmienił. Nowe billboardy, droga trochę ładniejsza. Głogów też wyglądał tak jak go pamiętam, szary i cichy. Pojechaliśmy na Brzostów. Wtajemniczeni wiedzą, że tam znajduje się największy cmentarz w mieście.
– No to jesteśmy – powiedział Radek – pokażę Ci, gdzie leżą
– Wolałbym sam, ale w sumie pewnie nie trafię – odpowiedziałem
– No to pokażę ci i sobie wrócę
Weszliśmy w alejki cmentarne. Przez okres pięciu lat cmentarz poszerzył swój obszar dość znacznie, mimo to ludzie chodzili tu w ten sam sposób, co dawniej.
– Jesteśmy – powiedział Radek wskazując mi dość zaniedbany grób przykryty jakąś suchą wiązanką sprzed kilku miesięcy – no to zostawię cię samego. Jakby co jestem przy aucie
Podszedłem bliżej i moja konsternacja sięgnęła zenitu, teraz to już nie wiedziałem zupełnie, o co chodzi. Na grobie widniały nazwiska. Jednak nie moje. Na wszystkich grobach dookoła widniały nazwiska moich sąsiadów z ulicy Keplera. Grób, który wskazał mi Radosław był grobem Świadków Jehowy, którzy mieszkali na tym samym piętrze, co ja.
Poczułem, że tracę rozum. Niemniej, szukając resztek rozsądku pobiegłem w miejsce pochówku mojego dziadka. Rzeczywiście był tam pochowany razem z babcią, ale ten grób wyglądał zupełnie inaczej, był całkowicie inny. Pomnik z kamienia czarnego z jakimiś złotymi, kiczowato – gotyckimi literami. W tej chwili całkowicie zapomniałem o Radosławie i ruszyłem biegiem przez pola do domu, miejsca, w którym mieszkałem. Okazywało się bowiem, że być może nie straciłem pięciu lat, ale całe życie. Jak kopnięty śmieć kosmosu. Ktoś odebrał mi przeżyty przeze mnie czas. Ten gówniany czas, zmarnowany czas, ale jednak jakieś tam wspomnienie. A może zwariowałem? Tak rozmyślałem sobie biegnąc. To miasto jednak, mimo że z pozoru te same, było inne. Inne domy, inne sklepy, inaczej biegnące ulice. W miejscu, gdzie mieszkałem stały garaże. Znieruchomiałem, czułem, że pot spływa mi po skroni. Nie zauważyłem nawet momentu, kiedy pojawił się koło mnie ten ogromny samochód. Suv. „Boże, co się dzieje?” myślałem ciągle. Czułem, że straciłem tożsamość i że nie jestem w stanie odgadnąć niczego, co mi się przydarzy w przyszłości. Moi rówieśnicy tworzą sobie rozbudowane plany na temat swojej kariery, budowania rodziny, kupna mieszkania, a ja jestem kimś kim nie jestem i nie wiem, jak się w związku z tym powinienem zachowywać.
– Dzień dobry panie starszy – odezwał się do mnie karzeł, który wysiadł z tajemniczego samochodu – coś się pan tak ukrywał ostatnio. Mamy przecież dużo wspólnych planów.
– Potrzebowałem krótkich wakacji – odpowiedziałem próbując znowu kamuflować swoje fatalne położenie psychiczne
– Zdecydowanie potrzebuje pan snu. Nie musi się pan jednak ukrywać. Też mogliśmy pana tu zawieść.
Wsiadłem do samochodu karła. Wiedziałem, że może to nie być dobry pomysł, ale właściwie każdy ruch mógł być dla mnie w tej chwili chybiony. Jechaliśmy milcząc aż w końcu dotarliśmy do luksusowej rezydencji gdzieś w Wielkopolsce.
– No to jesteśmy – powiedział karzeł a lokaj, który wybiegł nam na powitanie otworzył mi drzwi i zaprowadził do pomieszczenia, w którym za biurkiem odwrócona ze swoim fotelem siedziała jakaś postać. Jak się domyślałem, była to postać na pewno wyjątkowo ważna.
– Witaj zdradziecka kurwo – odezwała się do mnie tajemnicza osobistość
– To dobrze, że chociaż wiem, że umrę – odpowiedziałem zrezygnowany
– Nie umrzesz bałwanie. – westchnął ważniak – Mówiłem ci, żebyś nie pił z niebieskiej buteleczki, tylko z zielonej. Teraz pozostaniesz idiotą i nic na to nie poradzimy
– Ale ja nic nie pamiętam
– To przecież mówię. Mimo wszystko twoje wrodzone umiejętności nadal się nam przydadzą
– Nam, czyli komu?
Mój rozmówca nic nie odpowiedział, patrzył jedynie na mnie z politowaniem w płaskim monitorze wiszącym na ścianie a zaraz potem nacisnął przycisk przy swojej prawej ręce. Ciągle był odwrócony. Po chwili przyszło po mnie dwóch osiłków w samych gaciach. Wyglądali jak kulturyści na wybiegu
– Zabierzcie go do komnaty posłuszeństwa – powiedział złowrogi pan szefu
Ja jednak nie miałem zamiaru tu zostawać i przy nadarzającej się okazji postanowiłem, że ucieknę. Mój pomysł, jak się okazało, mógł zostać zrealizowany dosyć szybko. Osiłkowie nie należeli do najbardziej rozgarniętych. Jeden szedł przede mną a drugi za mną. Dwóch półnagich wielkoludów i po środku więzień. Szliśmy tak sobie przez coraz to nowe korytarze aż w końcu dotarliśmy do wielkich stalowych drzwi takich jak na łodziach podwodnych w różnych filmach. Z takim odkręcanym zaworem.
– Ty, co my mieliśmy tu z nim zrobić? – zapytał jeden osiłek drugiego
– Nie wiem, kurwa – odpowiedział drugi i zastukał w blaszane drzwi.
Nikt nie odpowiedział, więc obydwoje zaczęli mocować się z zaworem. Trzeba przyznać, nie łatwo było go odkręcić nawet taki bykom. Ja się jednak nie martwiłem, tylko wykorzystując sytuację, cichutko ruszyłem za róg korytarza a następnie dalej. Za chwile usłyszałem biegnących w panice moich strażników, więc ukryłem za jakimiś drzwiami. Okazało się, że jest to schowek na szczotki. Nie wiem dlaczego, ale poczułem się jakoś lekko. Bawiła mnie ta sytuacja. Pierwszy raz od czasu, kiedy się tak pogubiłem w czasoprzestrzeni, poczułem, że przeżywam jakąś przygodę. Że świat jest w gruncie rzeczy fascynujący w tej straszliwej postaci. Kiedy na zewnątrz zrobiło się cicho, wyszedłem ze schowka. W portfelu miałem karteczkę z numerem telefonu, który dał mi Radosław jakbym czegoś potrzebował. Dał mi go, żebym sobie wpisał jak skombinuję sobie jakąś komórkę. Ale skąd teraz miałem ją sobie załatwić? Postanowiłem zaryzykować. Poszedłem do wyjścia, machnąłem lokajowi ręką a ten szyderczo parsknął. Czułem, że wewnątrz przewalają mi się wszystkie narządy, ale szedłem dalej. Osiłkowie widać bali się tak od razu przyznać do tego, że mnie zgubili. Za ogrodzeniem karzeł, stojąc przy swoim Suvie (chyba to była KIA), rozmawiał przez telefon. Wyglądało na to, że dzwoni sobie na seks linię. Nie myślałem długo: wziąłem kamień i uderzyłem nim w głowę liliputa. Wydawało mi się, że mogłem nawet go zabić. Nie było jednak czasu na rozterki. Zabrałem karłowi komórkę, kluczyki, wsiadłem do wozu i ruszyłem. Nie wiem, kiedy zorientowali się, że uciekłem, ale wtedy ubzdurałem sobie, że już mnie gonią, obserwują , celują gdzieś z drzewa w łeb. Bałem się, że spłonę w samochodzie. Najgorsze było to, że nie miałem pojęcia kim były te wszystkie osoby. Domyślałem się wprawdzie, że jest to ta sekta, o której mówił Radek, ale czym się zajmowali ci ludzie, czym ja się zajmowałem, pozostawało dla mnie tajemnicą. Pędziłem szosą pośród drzew i pól. Z nerwów zatraciłem w ogóle wszelką orientację tego, jak długo jadę i w jakim kierunku. Zadzwoniłem więc do Radosława. W końcu tylko na niego mogłem teraz liczyć.
CDN…

Gosia jadła kanapkę z kurczakiem i pomidorem. Był z niej taki obżartuch. Wszyscy wkoło o tym mówili. Za jednym razem potrafiła wciągnąć taki ogrom żarcia, jaki dla przeciętnego konsumenta wydawać się mógł zabójczy. Jadła ze smakiem i co najważniejsze w ogóle nie tyła. Jej rodzice podejrzewali, że może ma tasiemca albo jakiegoś innego pasożyta, ale gruntowne badania wykazały, ze Gosia to wyjątkowy fenomenalnie okaz zdrowia.
– Ty nie przesadzasz z tym jedzeniem? – wołał raz za razem ojciec – wszystkich nas puścisz z torbami
– Jak jej smakuje niech je, co się czepiasz? – gasiła jednak złość starego babcia Helena, jego teściowa – Dobrze, że nie pije albo nie bierze innych świństw, tyle się teraz o tym mówi
– Mogę prosić o dokładkę – odpowiadała na to dziewczyna w ogóle nie słuchając wywodów swoich bliskich.
Ojciec i matka bardzo się martwili, ale wszyscy dookoła mówili im, że to nic groźnego skoro dziewczyna nie przybiera na wadze, że przejdzie jej, że przesadzają. Stryjek Stefan, który zawsze miał wyjątkowy dryg do interesów, zwęszył nawet możliwość zarobku na talencie swojej bratanicy:
– Ona powinna wystąpić w konkursie, pobić rekord Guinessa – uniósł się przy rodzinnym stole, kiedy odwiedził pewnego dnia rodzinę swojego brata
– Najpierw niech skończy studia – oponowała matka
– Marnujecie dziewczynę – krzyczał purpurowy na twarzy stryj
– Boże, ludzie – uderzył pięścią w stół ojciec – ona wpierdala jak słoń. Pewnej nocy nas wszystkich zeżre
– Tatku, czy możesz mi otworzyć ten słoik? – odezwała się natomiast zupełnie odłączona od świata Gosia – Mam ochotę na ogórki
– Gocha!!! – stanowczym tonem zwróciła się do dziewczyny matka – może ty jesteś w ciąży?
– No mamuś, wiesz co? – odpowiedziała z pełną buzią Gosia. Jadła właśnie łazanki.
– Żaden chłopak cię nie będzie chciał jak będziesz tyle jadła – powiedziała ciocia Ela. Sama była otyła i wiedziała, co to znaczy. O stryjka Stefana musiała walczyć jak lwica. Właściwie kupiła go za nowe ferrari. Wujkowi było wszystko jedno. Kochał samochody i mógł poświęcić serce i reputację wśród znajomych, dla których piękno i chudość to nierozłączna para telewizyjnego show.
Generalnie, oni wszyscy dużo mówili o tym, dlaczego Małgośka tak dużo ciągle wpycha w siebie pokarmu. Nikt z rodziny nie znał jednak rzeczywistego podłoża jej zachowania. Również psychologowie, do których chodziła nasza bohaterką, formułujący swoje teorie o niskim poczuciu własnej wartości i kompensacji seksualnych potrzeb na jedzenie, nie byli bliscy odkrycia prawdy. Dziewczyna bowiem tak jak normalna młoda kobieta miała ochotę na płciowe zabawy i była świadoma swoich popędów. Co więcej, zaspokajała te fantazje, mimo że nikt z najbliższych o tym nie wiedział. Nikomu o tym nie mówiła, bo bała się, że ludzie będą uważali ją za wariatkę. Pewnego dnia po prostu, kiedy jadła krupnik, w tafli wody zupiej ujrzała jego – pięknego księcia o tajemniczych oczach. Weszła więc do środka tej pospolitej potrawy uchodzącej w ujęciu stereotypowym jako pierwsze danie obiadowe:
– Cześć mała – powiedział książę, kiedy już Gosia znalazła się w zupie – fajnie, że wpadłaś
– Cześć – odpowiedziała niepewnie dziewczyna
– No co się boisz. Siadaj na pufie
– Kim jesteś?
– Przyjacielem, chcę twojego szczęścia
Młodzi padli sobie w objęcia pośród gęstych traw krainy zupiej
– Muszę wracać – rzekła melancholijnie po wszystkim dziewczyna – już pewnie nigdy się nie zobaczymy
– Nie wiem – odpowiedział tajemniczo chłopiec
Leżeli nago jeszcze pół godziny patrząc sobie namiętnie w oczy
– To idę – powiedziała w jednej chwili Gosia i wstała
– Wypatruj mnie we wszystkich potrawach, które jesz – rzekł na do widzenia książę
Mijały kolejne miesiące. Gosia ciągle jadła, wzdychając do wszystkiego, co następnie przechodziło przez jej przewód pokarmowy. Co jakiś czas książę pojawiał się i zapraszał dziewczynę do siebie na miłosne igraszki. Ona jednak chciała więcej. Chciała ciągle i ciągle wtulać się w pierś księcia z zupy. Ubzdurała sobie nawet, że kiedy go dotyka stają się razem słońcem i księżycem. Niemniej, musiała też wykonywać codzienne obowiązki. Chodzić na uczelnię i robić referaty. Pomagać wieszać firanki i prać dywan. W każdej wolnej chwili starała się coś jeść. Wyglądało to czasami naprawdę zabawnie, kiedy idąc do Biedronki, Gosia wpatrywała się w jedzoną przez siebie bułkę z masłem jak społeczeństwa pierwotne przyglądają się naszym wspaniałym, zachodnim wynalazkom technicznym.
Książę zapraszał ją do siebie nieregularnie. Po prostu, kiedy mu się chciało. Ona oficjalnie nie wymagała niczego od księcia, ale skrycie marzyła o dalekiej z nim podróży do miejsca, w którym pogoda zawsze dopisuje, nie ma chorób, samopoczucie zawsze jest pełne radości a człowiek nigdy nie ma dość drugiego człowieka, ciągle chce z nim współpracować i bawić się z nim śmiejąc się wesoło. W domu tymczasem rodzice Gosi podjęli pewne kroki, aby ratować córkę:
– Postanowiliśmy z matką – zaczął ojciec uroczystym tonem, kiedy nasza bohaterka wróciła z uczelni do domu – postanowiliśmy, że sfinansujemy ci operacyjne zmniejszenie żołądka.
Gosia stanęła jak wryta. Klucze wyleciały jej z rąk na drewnianą podłogę w przedpokoju wydając charakterystyczny dźwięk upadku, gwałtownego kontaktu jednej rzeczy z drugą.
– Nie możecie – odpowiedziała, a jej oczy wypełniły się łzami – ja kocham jeść, wy nic nie rozumiecie!!!
– Słuchaj dziewczyno – chwycił swoją córkę za ramiona ojciec – nie mamy już pieniędzy, żeby finansować twoje obżarstwo
– Nienawidzę cię!!! – krzyknęła dziewczyna i trzasnęła drzwiami od swojego pokoju. Leżała przez chwilę z głową schowaną w poduszce, ale szybko zorientowała się, że w pomieszczeniu, w którym się znajduje, nie ma w zasadzie prawie nic do jedzenia. Na parapecie leżał jedynie pokarm dla rybek, które pływają sobie w akwarium w sypialni rodziców. Ostatnio Gosia je karmiła i przyniosła przez przypadek torebkę z pokarmem do siebie do pokoju. Teraz w jednej chwili rzuciła się gwałtownie w jej kierunku i zaczęła jeść po najmniejszym kawałku płatka wpatrując się weń jak w obraz. Książę się nie pojawiał. Gosia dalej przeżuwała płatki sztucznych glonów, szlochając spazmatycznie. W pewnym momencie nie mogła złapać tchu od tego płaczu. Poza tym w buzi kleiło jej się od rybiego żarcia. Wtedy do pokoju weszła matka:
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła skonsternowana w kierunku córki i objęła ją ile miała sił w rękach
– Mamo, udusisz mnie – wybełkotała ciągle przeżuwając Gosia
– Dzień dobry – odezwał się niespodziewanie książę, który przed momentem niezauważony wyszedł z pustej torebki po rybim przysmaku
– Mamo, chciałabym ci kogoś przedstawić – odezwała się próbująca zakamuflować swój wstyd cała czerwona i rozmazana na twarzy dziewczyna – to jest Janusz
– Dzień dobry – odpowiedziała zdziwiona matka – a jak pan tutaj wszedł?
– Janusz był tu od rana – ubiegła chłopaka Gośka – prosiłam go, żeby zrobił mi program na zajęcia. Janusz jest informatykiem.
– Henryk!!! – krzyknęła matka w kierunku ojca – ty wiesz, że u twojej córki jest jakiś chłopak
– W dupach się wam poprzewracało – odpowiedział ojciec – dajcie wy mi wszyscy święty spokój!!!
– Przepraszam pana – powiedziała matka do księcia Janusza z zupy – mój mąż miał dziś ciężki dzień w pracy. Zapraszam na obiad
Udali się we trójkę do jadalni. Gosia wyglądała jak po przebyciu huraganu. Była rozczochrana, brudna na twarzy i miała dziwnie poprzekręcane na ciele ubranie
– To powiedzcie skąd się znacie – zaczęła matka podając tackę kotletów mielonych
– No znamy się… – próbował odpowiedzieć Janusz
– Poznaliśmy się na stołówce – odpowiedziała szybko i bezmyślnie dziewczyna
– Tak, na stołówce – potwierdził tajemniczy gość
– Może pan jej przemówi do rozumu – zwróciła się do księcia matka, której wyraźnie w oko wpadł nowy znajomy córki – Gosia ciągle je
– No mamo no, wcale nie jem tak dużo – odpowiedziała z wyrzutem dziewczyna
– No weź sobie kotlecika – szydziła dalej matka
– Nie jestem głodna
– A ja się chętnie poczęstuję – powiedział Janusz
– A proszę – wstała matka sięgając po tackę, aby podać ją pięknemu nieznajomemu – jednego dwa trzy?
– Może trzy
Córka zakryła twarz w dłoniach, a matka spojrzała podejrzliwie na chłopaka.
– Nie, nie, żartowałem, jednego poproszę – powiedział książę próbując ratować sytuację
– Henryk!!! – zawołała do leżącego w salonie męża matka – A ty nie chcesz jeść?!
– Niech twoja córka zeżre wszystko i wybuchnie!!! – odkrzyknął ojciec Gosi, która po tej uwadze rodzica jeszcze mocniej poczerwieniała
– O przyjechał Stefan – próbowała zmienić temat matka – może chce pan obejrzeć jego ferrari?
– A z miłą chęcią – odpowiedział Janusz i udał się pod rękę z matką na podwórko zostawiając bijącą się z myślami, upokorzoną Gosię samą w mieszkaniu
– Gosia to dobra dziewczyna – powiedziała matka do księcia, kiedy byli sami – ale charakter ma po ojcu
– Cześć Dzidka – przywitał się radośnie ze szwagierką stryjek Stefan
– Cześć Stevie – odpowiedziała filuternie matka – to jest nowy kolega Gosi Janusz
– A witam – zwrócił się do nieznajomego stryjek mocno ściskając jego dłoń – a już myślałem, że pan rogi przyprawiasz mojemu bratu
– Patrząc na mamę Gosi rzeczywiście można tak pomyśleć – odpowiedział zalotnie książę
– No, no, uważaj pan – zakamuflował poważnym tonem żart dowcipniś Stefan i zwrócił się do matki – Heniek w domu?
– W domu – odpowiedziała matka – ale nie w humorze. Posprzeczali się z Gochą
– A to dlatego tak sobie spacerujecie sami – zaśmiał się stryjek
– Ładny ma pan wóz – wtrącił się Janusz
– A no ładny – odpowiedział z wyniosłością stryjek Stefan – jak pan będzie ciężko pracował, to…
Nie zdążył skończyć, bo przerwał mu krzyk ojca. Pobiegli wszyscy do mieszkania. Gosia leżała z podciętymi żyłami. Plama krwi na podłodze z każdą sekundą zwiększała swoją objętość.
– Szybko, dzwoń po karetkę – krzyknął jako jedyny zachowujący trzeźwy umysł stryjek do księcia Janusza z zupy.
Po krótkiej chwili przyjechało pogotowie. Gosia została odratowana. Janusz zaś postanowił odwiedzić swoją ukochaną, przyszedł do niej do szpitala z kwiatami:
– Jak się czujesz? – zapytał troskliwie osłabioną dziewczynę
– Dlaczego tu przyszedłeś? – oburzyła się Gosia
– Do ciebie przyszedłem. Dla ciebie zostawiłem krainę wiecznej sytości i będę tu z tobą żył.
– Nie możemy być razem – powiedziała chłodno niedoszła samobójczyni
– Dlaczego? – wymamrotał blady Janusz
– Bo masz krzywego chuja

Konie to takie zwierzęta, które lubią biegać po łące. Skaczą radośnie w galopie i jedzą siano, że aż huczy. Renatka z kolei zbiera kwiatki i śpiewa. Po niebie latają bociany. Słodziutkie cukierki dla dzieci na talerzyku leżą i cieszą oczęta. Mama upiekła placek z morelami i zgotowała kompot ze śliwek. Dmuchajmy balony kolorowe na sznurku. Galaretka się studzi na parapecie okna. Słoneczko praży i w piłkę kopią chłopaki. Pan z chlebem przyjechał swoim dostawczakiem. Pachnie pieczywo już w całej krainie a motyl usiadł na brzegu stolika. Jabłuszko soczyste po wargach muskające. Życiodajny strumień płynie krystalicznie czysty. Podskakuje piesek z wywalonym ozorem radośnie. Pogłaszczą go dzieci bawiące się w berka. Przeleciał samolot po niebie i zostawił ślad za sobą. Korale na szyi ozdobią Beatę i będą adorować ją absztyfikanci. A tato traktorem pomyka do lasu. Nazbiera choinek na Boże Narodzenie. Jarzębina czerwona na drzewie już kwitnie. Sowa zawiadamia, że idzie polować. Wietrzyk tak przyjemny unosi do góry liście, które spadły lub spadną niebawem. Robi na drutach stara Pani jedna. Sweter wydzierga swojemu wnukowi. Życzliwy łoś Antek z dobrymi oczami spogląda na skałę na wzgórzu wypiętrzoną. Na ścianie dostojnie wisi szabelka, co z Napoleonem o boku walczyła. Kolejka zabawkowa jeździ w garażu. Dogląda jej Marian, co robi u Zbycha. Wodospad refleksji jest narodzinami, gdy słońce zachodzi już za horyzontem. Kanapka z ogórkiem, lecz nie z pieczarkami, do buzi wędruje głodnego ojca rodu. Owieczka zbłąkana, odnalazł ją Paweł, co szyszki wyzbierał na cmentarz dla iglaka. Przez trzciny wędruje zając, który lata, uszami pomacha i wzbije się do nieba. To Ikar współczesny ten zając odważny, lecz rozumu nie ma i nie ma wyobraźni. Wartownik na straży stoi i pilnuje wielkiego zamczyska, siedziby margrabiego. A zbóje dziewczyny całować chcą z bliska, a nie tylko wysyłać całusy z czubka drzewa. Gdy rosa opadnie przed świętą doliną, to wszystko się skończy i szalik będzie ciepły. Pozdrawiam ja wujka i ciocie prosto z beczki, w której z ogórkami mieszkała i selerem.

Tapetował Jacek ścianę pani Basi. Byli w końcu sąsiadami. Nie mógł odmówić, gdy poprosiła go o przysługę, bo był zobowiązany prawem spadkowym: jego ojciec miał w stosunku do tej nieszczęśliwej kobiety dług wdzięczności, którego nie zdążył spłacić, bo zwyczajnie umarł. Kiedyś w dziewięćdziesiątym trzecim pani Basia uratowała życia ojcu Jacka – zdrapała go z drzewa, odcięła sznurek. Staruszek opuścił ziemski padół więc dopiero w 2007-mym zostawiając synowi pokaźną sumkę zrobioną na nieruchomościach. Sama bohaterka z kolei nigdy o nic nie prosiła ani Jacka ani jego ojca. Do dzisiejszego dnia, w którym tapetował pani Basi Jacek ścianę w dziecięcą tapetę.
Sąsiadka Jacka to taka kobieta około pięćdziesiątki, prosta gospodyni na pierwszy rzut oka. Zwykle sprawiała wrażenie człowieka zamkniętego, mocno dotkniętego przez los i raczej niezbyt pałającego energią. Pani Basia jako dwudziestoczteroletnia kobieta straciła dziecko. Ktoś porwał niemowlaka spod samych drzwi. Młoda kobieta weszła tylko do mieszkania, żeby zostawić zakupy i kiedy wróciła, przed drzwiami zastała pusty wózek przystrojony w świecidełka i grzechotki. W furii wszystko spaliła, zaczęła powoli wariować, aż w końcu określiła ją rozlewająca się po każdej komórce jej domu i ciała apatia. Teraz tak jakby się obudziła ze snu. Taka ją niespodziewana zmiana nawiedziła.
Córeczka znalazła prawdziwą matkę. Napisała do pani Basi e-maila i przesłała swoje zdjęcia paszportowe. Sąsiadka Jacka pokazywała je wszędzie płacząc ze szczęścia. Był tam też list z całą historią: młode małżeństwo, które nie mogło mieć dzieci, wywiozło dziecko do Niemiec w 89-tym. Po prostu porwali je i uciekli. Teraz jednak Ci przybrani rodzice Danusi, bo tak nazywa się córka pani Basi, zginęli w wypadku. Całą prawdę ujawnił zaś przyjaciel rodziny, jakiś Cygan – gość, który prawdopodobnie pośredniczył w tym porwaniu. Jacek też słuchał opowieści, tapetując ścianę pani Basi w postacie Disneya.
Córeczka pani Basi na ostrą, twardą babkę wyrosła. W Dortmundzie niejedno męskie serce topiło się w łajnie po krótkich chwilach szczęśliwości ze słowiańską księżniczką. Kilka samobójstw w zagłębiu Ruhry, pomimo że oficjalnie nie ustalonych, plotki miejskie przypisywały właśnie Danusi. Tam, gdzie się wychowywała znana była zresztą głównie jako „polska zimna suka”. Przybrani rodzice, którzy byli polskimi biznesmenami w Niemczech, starali się jak mogli ochraniać swoje oczko w głowie, ale pewne niesprzyjające okoliczności wywołały ciąg tragicznych także dla nich konsekwencji. Niedawno bowiem samobójstwo popełnił młody chłopaczek, syn jakiejś szychy. Ojciec natomiast jako szycha postanowił nie odpuścić, ponieważ wiązał z synem wielkie nadzieje. Wszystko potoczyło się prędziutko. Podpisano wyrok, wyznaczono nagrodę za głowę „polskiej zimnej suki”. Kiedy nie poskutkowały strzały i groźby, w końcu pozbyto się stojących na przeszkodzie Polaków za pomocą podstępu. Drobne ingerencje pod maską nowiutkiego BMW x5 i zginęli opiekunowie naszej wyjątkowo pięknej dziewczyny. Danusia musiała uciekać.
Była słoneczna sierpniowa sobota, gdy Danusia miała wreszcie wrócić do rodzinnego domu. Pani Basia od samego rana dbała, żeby wszystko było zapięte na ostatni guzik. Kwiatki na stole, ozdóbki i świecidełka. W pokoju Danusi, oprócz nowej radosnej tapety, można było znaleźć lale i pluszowe misie, zabawkowy samolot i kuchenkę zabawkową. Wszystko było poukładane w sposób można by rzec idealny. Subtelna, radosna, dziecięca muzyka wydobywała się z głośników przywieszonych pod sufitem. Były to zazwyczaj kołysanki ze starych polskich bajek.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Pani Basia poderwała się gwałtownie
– O, to ty Jacusiu! – wykrzyknęła podniecona szarpiąc chłopaka – to co pomożesz prawda?!
– No tak, tak – odpowiedział chłopak. Był już zmęczony widzimisiami sąsiadki. Wiedział, że to dobra kobieta, ale uważał też, że ma chyba nie po kolei w głowie. Nic jednak nie mówił.
– Jacusiu, nie wiem, jak ci się odwdzięczę. Ona tak sama tu jedzie… Pamiętasz jak wygląda? Ale ty wyrosłeś przez te wszystkie lata – pani Basia wyraźnie nie mogła wydobyć z siebie logicznego toku myśli
– Tak, tak, poradzę sobie – starał się uspokoić kobietę Jacek – jakby co mam telefon pani córki. Zresztą to już duża dziewczyna
Pani Basia spojrzała na Jacka jak na oprawcę, esesmana w Auschwitz:
– Nikt nie zasługuje na takie piekło jakie przeżyło moje dziecko! – wykrzyknęła zaciskając pięści tak, że Jacek pomimo, że na ogół spokojny, cierpliwy, zachowujący zimną krew, zadrżał.
– Proszę się nie denerwować – odpowiedział – nie chciałem powiedzieć nic złego
– Masz tu dżemiku – wcisnęła pani Basia chłopakowi do torby – dasz jej pewnie głodna po tak długiej podróży
– dobrze dobrze – odpowiedział – to może ja już pojadę na ten dworzec
– tak, tak, jedź – kontynuowała swój szalony ton rodzona matka Danusi – żeby nie musiała cię szukać. Zgubi się pewnie na tym wielkim dworcu. Jakieś hultaje, teraz pełną różnych meneli, starych dziadów, narkomanów.
Jacek wyszedł kłaniając się i słuchając szalonego monologu sąsiadki. Wydawało mu się to trochę dziwne, że nagle po latach córka odnajduje swoją prawdziwą matkę. Nie miał jednak większych podejrzeń w stosunku do córki. Wiedział, że pani Basia nie jest starą milionerką i raczej stara się wiązać koniec z końcem niż oszczędza. Bał się tylko tego, jak młoda kobieta zniesie szaleństwa matki, więc postanowił, że musi jakoś Danusie przygotować na to spotkanie.
Czekał na dworcu obok komisariatu policji. Stał zniecierpliwiony i kopał kamień. „Dziewczyna ma teraz 22 lata” – myślał – „może być z niej niezła dupa, ale, pewnie kurwa”. Był coraz bardziej zniecierpliwiony, pociąg przyjechał 15 minut temu, umówił się z Danusią przez telefon, że zaraz przy wyjściu z prawej strony. „Zabłądziła suka” – pieklił się Jacek w swoim umyśle – „Czemu te kobiety muszą być takie tępe?” rozmyślał tak sobie dalej, gdy niespodziewanie za nim pojawiła się naprawdę modna i zadbana, i piękna, niesamowita młoda kobieta w ciemnych okularach. Wyciągnęła telefon i w tym samym momencie rozległ się dzwonek w jego komórce
– O, to ty musisz być Jacek – powiedziała tajemnicza dziewczyna, choć w gruncie rzeczy wiadomo było kim była
– No tak – odpowiedział Jacek, mimo że trochę przy tym zgrzytał zębami – a ty jesteś Danusia. Proszę wsiadaj
Wsiadła. Trzasnęła drzwiami wcześniej rozglądając się nerwowo
– Mogę zapalić? – zapytała, gdy ruszyli
– Może zatrzymamy się na chwilę – zaproponował chłopak niepewnie – wolałbym…, musimy porozmawiać na spokojnie
– O co chodzi? – zapytała Danusia odpalając papierosa jak klasyczne femme fatale
– Chodzi o twoją matkę – westchnął Jacek, nie odwracając się w stronę dziewczyny i sprawiając wrażenie lekko zagubionego
– Co ci jest chłopie? Mów o co chodzi
– To nie jest prosta sprawa
– Dla mnie teraz nie ma prostych spraw – powiedziała tajemniczo Danusia – Tylko jeszcze ty się we mnie nie zakochuj. Jesteś jedyną osobą, którą tu znam
– Nie no co ty – zarumienił się Jacek
– Wszędzie banda idiotów – wymamrotała pod nosem Danusia
– Może i jestem idiotą – uniósł się Jacek – ale twoja matka zachowuje się jakbyś miała 5 lat. Kazała mi tapetować ci pokój w Kubusia Puchatka
– Nie martw się młody – odpowiedziała zalotnie dziewczyna zaciągając się papierosem – jedźmy
Nie mówili do siebie już nic więcej. Jacek tylko zerkał ukradkiem na piękność, która uśmiechała się do siebie. Tak ładnie się uśmiechała, musiała fajne rzeczy przeżyć tak się uśmiechała
Dojechali, gdy na dworze było już ciemno.
– Trochę rudera – westchnęła Danusia – to dobrze, dobrze
– jesteś gotowa na spotkanie z matką? – spytał Jacek – ona bardzo to przeżywa, nie obędzie się bez łez
„Świat nie wierzy łzom, szkoda naszych łez” przypomniała się piosenka Jackowi.
– Prowadź kawalerze – wyrwała chłopaka z zamyślenia „polska zimna suka”, niemiecka femme fatale
Stanęli przed drzwiami, ale nie zastukali. W środku coś się działo. Jacyś mężczyźni krzyczeli i bili starszą kobietę
– Gdzie jest ta kurwa? – wołali
– Zostawcie mnie i moją córeczkę – błagała pani Basia
Jacek zaczął się trząść
– Spierdalamy – postanowiła stanowczo Danusia
Kiedy już oddalili się od domu, Jacek zaczął panikować. Niejako próbował wszystko pojąć, ale nie potrafił wykrzesać odrobiny energii, aby rozwiązać zastany problem. To wszystko go przerastało. Bał się. Do tej pory prowadził nudny żywot. Pracował w call center. Miał własny samochód i mieszkania w różnych polskich miastach odziedziczone po ojcu, które zresztą wynajmował studentom a zyskami dzielił się ze swoim o rok młodszym bratem Andrzejem. Nie utrzymywał jednak z nim dobrych stosunków. Tamten był typem sportowca, pakera, miał takie machistowskie podejście do życia. Jacek z kolei był wrażliwy i zazwyczaj dostawał przez to po dupie. Chodził co jakiś czas z kolegami na piwo, mimo że zawsze robili z niego frajera. Nigdy też nie potrafił utrzymać przy sobie kobiet dłużej niż 2 tygodnie. Zawsze od razu chciał się z nimi żenić i wariował z zazdrości. Wszystkie więc od niego uciekały. Nienawidził też swojej matki, że zostawiła ojca, kiedy jej naprawdę potrzebował.
– Co się tu dzieje?! – krzyczał teraz do Danusi nie ogarniając sytuacji – kim ty jesteś? Kim są ci kolesie? Ja pierdolę
Młoda piękność paliła papierosa milcząc. W końcu odwróciła się w stronę roztrzęsionego młodzieńca, chwyciła go energicznie za przód kurtki i namiętnie pocałowała. Jacek nigdy wcześniej ani później nie doznał takiego seksu jak tego wieczoru na tylnym siedzeniu swojego Renault Clio.
Kiedy się obudził, dziewczyny już nie było, ale w telefonie miał wiadomość: „Nigdy nie czułam do nikogo tego, co wczoraj do ciebie. To jest jednak wojna słodziaku. Może kiedyś los nas jeszcze połączy”. Jacek nie mógł uwierzyć własnym oczom. Znowu został porzucony i znowu płakał rzewnymi łzami. Kiedy otarł twarz z brudu rozmazanego makijażu, ruszył czym prędzej do mieszkania pani Basi. O dziwo zastał niewzruszoną kobietę siedzącą na swoim tapczanie w wysprzątanym domu. Mógł sobie w gruncie rzeczy pomyśleć, że nic się nie zmieniło i ta historia z córką mu się może przyśniła, ale nie. Pani Basia siedziała w skórze motocyklisty, twarz wymalowana miała w barwy wojenne a obok leżał Winchester Model 1887 taki sam jak w filmie „Terminator”. Nieruchomo siedząca do tej pory kobieta spojrzała tępo w kierunku Jacka, podniosła broń i strzeliła tuz obok jego głowy
– Gdzie jest moje dziecko? – wrzasnęła do Jacka, który z kolei niemal zupełnie zaniemówił
– Ja… a… u… y…. – takie dźwięki z siebie wydał
Kobieta wstała i przyłożyła lufę do tętnicy szyjnej młodzieńca
– Gdzie jest moje dziecko?! – powtórzyła
– Nie wiem – wyszeptał Jacek – ale też chcę ją znaleźć
– No to ruszajmy – uśmiechnęła się kobieta strzelając po chwili w sufit tak jak się strzela, kiedy euforią się jest powodowanym.
Wyruszyli. Tego dnia padał obfity deszcz. Powietrze zaś niosło ze sobą zapach przygody i zmiany. Nic już nie miało być takie samo.
– Jacusiu – krzyczała do kierowcy pani Basia – zawsze wiedziałam, że z ciebie będzie najlepszy zięć. Twój ojciec to był porządny chłop, przystojny, ale ja mu się chyba nigdy nie podobałam.
– No co pani mówi – odpowiedział Jacek – pewnie myślał, że pani to nie jego liga i tyle
– Och miły jesteś Jacusiu
– Jestem jestem
Jechali dalej w kierunku ogromnego ognia w oddali. Działo się coś zdumiewającego. Ludzie biegali w panice, martwe psy leżały na ulicach i koty też były zjadane przez szczury. Świat tak jakby pogrążył się w chaosie.
– Dokąd my właściwie jedziemy? – zreflektował się Jacek
– Szukamy Danusi – odpowiedziała bezmyślnie matka dziewczyny
– Wiem, ale nie mamy żadnego planu – zauważył chłopak – coś się dzieje, a my nie wiemy co
– To Bóg nas tak doświadcza
Zjechali do opuszczonego baru przy drodze i tak się dowiedzieli, że wybuchła wojna. Podobno wojska nigeryjskie zajęły całą Europę. Przejmują Polskę kolejnym rozbiorem z jednej strony nigeryjscy szamani a z drugiej buddyjscy mnisi. Między tymi grupami miał się rozegrać nowy rozdział władzy na świecie. Nowa kurtyna żelazna miała się znaleźć na granicy wyznaczonej przez rzekę Wisłę. Kolega Jacka, którego spotkali jeżdżąc od jednego zajętego zarazą miejsca do drugiego, powiedział im, żeby uciekali do lasu. Znajomek ów miał tam jaskinie, w której trzymał fanty kradzione w ramach przestępczych działań. Kiedy tam dotarli okazało się jednak, że jest to swego rodzaju pole bitewne. „Nic to, pod latarnią podobną najciemniej” myślał Jacek, zresztą w tej przysłowiowej opuszczonej chatce z piernika można było doświadczyć partyzanckiej metafizyki. Na porządku dziennym były tu walki na noże i kastety 2 przeciwnych sił kontrolowanych przez 2 odrębne jakieś rytuały magiczne, wykraczające w każdym razie ponad jednostkowość ludzką. Czyli, że ego to ułuda. Buddyjscy mnisi z „Czarnymi panterami” walczyli na polanie w lesie jak kibice na jednej z „ustawek” w czasach pokoju. Jacek i pani Basia obserwowali to wszystko przez około 3 tygodnie. W końcu zdecydowali się sami działać. Ich sprawa była dla nich ważniejsza niż wszystko inne. Życie, śmierć, kultura, moralność, polityka, strach, wolność. Przyjaciel Jacka zostawił naszym bohaterom spory arsenał obronny. Od noży po bomby ogromnego kalibru. Pewnej nocy wysadzili więc Jacek z panią Basia cały las i rozstrzelali jeńców, których trzymano w stodołach na wioskach. Właścicieli stodół również zabili, a także zgwałcili bagnetami ich czworonożne zwierzęta. Zaczęli już wariować od tego wszystkiego. Tak po prostu. Mijały tygodnie i miesiące, a oni nawet na najmniejszy ślad poszukiwanej przez siebie, ukochanej osoby nie trafili.
Zaczęli siać terror we wioskach. Wszyscy się ich bali. Mieszkańcy i też partyzanci stron globalnego konfliktu. Niejednokrotnie próbowano się pozbyć naszych towarzyszy broni, ale zawsze wychodzili z tego cało. Miłość ich prowadziła i wola zwycięstwa. Połączeni wspólną sprawą i chorobą psychiczną bohaterowie plądrowali różne wioski i świątynie lokalnego województwa dawnego białostockiego, aż w końcu napotkali na coś, co mogło ich zainteresować. W oborze jednego z rolników wypatrzyli Niemców z Dortmundu. Starych gangusów Zagłębia Ruhry. Oni dobrze pamiętali Danusię. Jacek posłał w ich stronę trochę śrutu z automatu i to był błąd. Agenci wywiadu buddyjskich mnichów posłali po Niemców, aby założyć zasadzkę na Jacka i panią Basię. Prawie się udało, aczkolwiek się nie udało, bo dzięki sprytowi i politycznej kalkulacji sfustrowanej do szpiku kości matki cały „klasztor” buddystów został spalony we wsi w jednej ze stodół przez „Czarne pantery”. Pani Basia po prostu wysłała znak do Nigeryjczyków a ci spalili swoich przeciwników jak węgiel czarny się kiedyś palił w kominku. Tak zaczęła się krótka współpraca z czarnoskórymi bojownikami. Umowa była taka: pani Basia z Jackiem mieli zdobyć ważne informacje na temat technik medytacji buddyjskiej w śmiertelnie niebezpiecznej dla siebie akcji. W zamian murzyni zobowiązali się oddać im Niemców, których w razie niewywiązania się naszych bohaterów z zadania, mieli zabić. Uczciwa umowa. Tak Jacek i pani Basia mieli ruszyć w kolejny etap swojej podróży, tym razem jednak dowiadując się czegoś o Danusi.
– Skąd mamy wiedzieć czy to nie szwindel? – zastanawiał się mimo wszystko Jacek
– Masz jakieś inne wyjście? – odpowiedziała mu pytaniem pani Basia
– Ci Niemcy to jakaś frajernia, a z tymi buddystami to wszystko może pójść się jebać
– A masz inny pomysł?
– Musimy się dowiedzieć czy ci Niemcy coś wiedzą
– Niby jak?
– Normalnie
Szli tak rozmawiając i w końcu doszli do obozu buddystów. Nie czaili się jednak za wzgórzem ani z drzewa. Weszli a Lama Oli Nudehl przyjął ich w swoim namiocie lewitując
– Fatalnie się stało, że stało się tak jak się stało i nie stało się to co się stać nie musiało – powiedział do Jacka i pani Basi na powitanie
– Tak – odpowiedział Jacek
– Co chcielibyście mi powiedzieć? – zapytał Lama – zdaje się, że szukacie Danuśki
– Skąd to wiesz skurwysynu?! – wrzasnęła pani Basia, ale nie mogła nic zrobić, bo wszelką broń odebrano im wcześniej
– Spokojnie, spokojnie – zachował trzeźwy umysł chłopak – przyszliśmy tu właśnie w tej sprawie
– Słucham – odrzekł buddysta
– Wy coś wiecie i my coś wiemy
– Ta wiedza to ułuda, ta wojna nie istnieje – odpowiedział Oli Nudehl – to, co robicie, to wasza smycz. Uwolnijcie się od tego
– Zajebię zaraz kutafona – rzuciła się w stronę lewitującego pani Basia, ale odbiła się od niewidzialnego pola mocy, które go otaczało.
– Danusia jest w Krakowie – odpowiedział Lama
– Dziękujemy – odpowiedział Jacek i podał wszelkie współrzędne „Czarnych panter”
– Jestem już tak zmęczony – odpowiedział Oli Nudehl
Nasi bohaterowie wyszli.
– Dlaczego ich puściłeś mistrzu? – zapytał prosty buddyjski żołnierz swojego przełożonego
– Cierpienie się nigdy nie skończy – odpowiedział tajemniczo Lama
Jacek i pani Basia szli piechotą a później płynęli barką do Krakowa. W oddali słychać było obijanie noża o nóż oraz swąd palonego ciała było czuć. To już zostawili za sobą. Teraz w końcu mieli odnaleźć to, czego szukają. Kraków podczas wojny stanowił siedzibę neutralności na terenie dawnej Polski – nie odbywały się tu ani przymusowe medytacje buddyjskie ani w szkołach gry na bębnie nauki przymusowe. Mimo wszystko, ludzie żyli tu w ciągłym napięciu. Przestępcy z całej Europy Wschodniej zjechali do siedziby wawelskiego smoka i utworzyli coś na kształt nieformalnego nurtu władzy miejskiej. Ściągali haracze, rabowali domy, przydzielali talony na żywność. Co gorsza, oficjalna władza nie potrafiła i nie chciała się temu sprzeciwić, bojąc się najazdu którejś z wrogich armii. Jacek i pani Basia chcąc nie chcąc musieli się więc włączyć w mroczne życie miasta. Po tygodniu, można powiedzieć, wyrobili sobie wizerunek twardych, lecz akceptujących reguły podziemnego świata mieszkańców Krakowa. Nasi bohaterowie rozpoczęli też swoje poszukiwania. Chodzili wszędzie i pytali. Śledzili wszelkiego rodzaju nielegalne dyskoteki i chodzili na nie. Tańczyli w prowizorycznych klubach i pili nielegalne drinki, aby się tylko czegokolwiek dowiedzieć. Kiedy już wyczerpani amokiem alkoholowym codziennych imprez, byli gotowi spalić całe miasto w ramach zadośćuczynienia, zemsty za swój wewnętrzny ból, okazało się, że Niemcy z Dortmundu nie zginęli, a zwyczajnie w świecie prowadzą niecne interesy na Nowej Hucie.
– To wszystko mi śmierdzi – powiedział Jacek do pani Basi
– Chyba masz rację – odpowiedziała kobieta
– To jakaś polityczna ściema to całe miasto. Może jej tu w ogóle nie ma
Zaplanowali zatem misternie spotkanie z Niemcami. Uzbrojeni po zęby udali się nocą na Nową Hutę. Tam w kościele, gdzie papież Polak msze odprawiał kiedyś, teraz znajdował się urząd do spraw transportu, w gruncie rzeczy była to jednak siedziba przemytników. Jacek wystrzelił harpun na dach kościoła i wspiął się tam po ścianie. W tym czasie serię z karabinu Velmet m62 posłała do środka pani Basia. Skonsternowani Niemcy wybiegli w panice i zaczęli strzelać na oślep. Jacek wtedy wślizgnął się do środka i wyniósł cenne dokumenty, które Germanie w sejfie trzymali. Jacek z pozoru taki niepozorny, ale od dzieciństwa miał smykałkę do zamków. Tak właśnie nasi bohaterowie postawili dortmundzkich przestępców przed alternatywą: Danusia albo dokumenty trafią w ręce Francuzów. Niemcy wpadli w szał:
– Co to, kurwa, za śmiecie?! – krzyczał Gerard
– Zajebiemy polskich kutasów – wtórował mu Stefan
– W ogóle wiecie, gdzie jest ta szmata? – próbował wreszcie trzeźwo spojrzeć na sytuację Jurgen
– Widziałem ją ostatnio koło wzgórza Piłsudskiego przez chwilę, ale gdzieś zniknęła – powiedział Helmut
– Co tym pajacom przyszło do głowy, że się będziemy tą kurwą zajmować? – pieklił się ciągle Gerard
– Już z tymi czarnuchami była jakaś chora akcja – odezwał się też Andreas – kim ta kurwa jest, że wszyscy chcą nagle lizać jej cipę?
– Trzeba będzie w końcu ją sprzątnąć – zdecydował Jurgen
– Tylko znajdź ją – powiedział sfustrowany Stefan
– No ta zdzira zawsze miała talent do zakopywania się pod ziemię – zauważył Helmut
– No nic, mam plan – wypowiedział w końcu złowieszczo Jurgen, a jego towarzysze zamienili się w słuch.
W tym czasie Jacek z panią Basią czekali na sygnał od Niemców
– A co jeśli oni nie wiedzą, gdzie jest Danusia? – martwiła się już mocno znerwicowana matka dziewczyny
– Trzeba będzie się trochę postrzelać – powiedział z zimnym spokojem chłopak. Był już wyczerpany. Marzył o wielkim łożu, w którym, mógłby spędzić 2 tygodnie wakacji bez żadnych zmartwień i wymogów formalnych i nieformalnych ze strony świata zewnętrznego. Nie potrafił jednak już teraz odpuścić. Jakaś niewyjaśniona siła ciągnęła go w tą otchłań bez dna.
Następnego dnia Niemcy wysłali wiadomość do naszych bohaterów, że nie mają Danusi, ale wiedzą, gdzie może przebywać.
– Mówiłam, że nie wiedzą, gdzie ona jest – płakała pani Basia
– To jakaś ściema – próbował odczytać zamiary przeciwnika Jacek
W umówionym dniu zgodnie z przewidywaniami Niemcy zastawili pułapkę na Jacka i panią Basię. Niemniej, nie udało im się do końca, bo w strzelaninie zginęło sporo ich ludzi a Jacek został jedynie postrzelony. Ranny w rękę biegł za panią Basią, słyszał za sobą głosy goniącego go wroga. Strzelał do tyłu, ale nic to nie dało. Kiedy wydawało się, że to już koniec w jednej z klatek zobaczył swojego brata Andrzeja.
– Boże, Andrzej pomóż mi – krzyczał ranny chłopak a brat otworzył mu drzwi. Pani Basia uciekała dalej i w końcu też udało jej się schować. Zrezygnowani Niemcy wracali strzelając do bezpańskich psów i przeklinając los, który nie pozwolił im dopaść „jebanych Polaków”.
– Bracie, nie widziałem cię wieki – powiedział po wszystkim Jacek stojąc w jakiejś nieznanej sobie ciemnej kamienicy
– Nie pierdol cioto – odpowiedział brat
– Dobra, widzę, że dalej masz do mnie uraz. W każdym razie dzięki
– Matka nie żyje.
– Co ty mówisz?
– Wypierdalaj stąd!!! – krzyknął Andrzej, więc ranny Jacek wyszedł bezmyślnie na zewnątrz. W pobliskim parku zobaczył 2 ciemne postacie. Kiedy się zbliżył okazało się, że pani Basia klęczała naprzeciwko Danusi, która jak gdyby nigdy nic wyprowadzała psa. Czworonóg właśnie robił kupę.
– Córuś – krzyczała pani Basia – tak długo cię szukałam, już nigdy cię nie zostawię
Danusia spojrzała z obrzydzeniem na spoconą, brudną kobietę, która podawała się za jej matkę.
– Nie jestem twoją córką stara ruro – odpowiedziała i strzeliła w głowę pani Basi z zakończonego tłumikiem pistoletu Walther P99. Kobieta padła martwa. Wtedy Danusia zobaczyła Jacka.
– Wiedziałam, że w końcu mnie znajdziesz – rzuciła się w ramiona skonsternowanemu chłopakowi i pocałowała go namiętnie w usta.
– Dlaczego ją zabiłaś? – wymamrotał Jacek
– Bo to śmieć – odpowiedziała dziewczyna i po chwili milczenia zmieniła temat – to mój pies. Wabi się Diana.
W tej chwili zza drzewa padły 2 strzały. Jeden w głowę psa, a drugi w serce Jacka. To młodszy brat naszego bohatera Andrzej – agent globalnego ministerstwa sprawiedliwości.
– Już zawsze będziesz sama suko – powiedział do Danusi – takie jest twoje przeznaczenie.
Kiedy to powiedział sam padł martwy. Po prostu nie wytrzymał naporu sumienia i przegryzł ampułkę z trucizną.
Ostatecznie władzę nas światem przejęli Indianie z Panamy. Danusia zaś ciągle chodzi po tej planecie. Dożyła już 120 lat. Możesz sam/sama ją zapytać jak to było. Musisz jednak uważać na zatrute strzały.

Życie piratów nie jest łatwym życiem. Trzeba się po pierwsze nie lada nabiedzić, żeby w ogóle morskim lwem zostać, żeby się liczyć w pływaniu, żeby ster własny był sterem rozpoznawalnym, takim, z którym się liczą sterem inni groźni przedstawiciele krainy nikczemnych okrętów z trupią czaszką.
Był raz, wiecie, pirat Carlie. Nie był on być może wielkiej postury piratem, lecz miał w sobie to coś. Coś takiego, co w niewyjaśniony sposób topi szczury lądowe we własnych odchodach. Nawet wojsko królewskie drżało przed walką z okrętem złowrogiego korsarza, albowiem Carlie nigdy nie cofał ręki. Nie chciałbyś na niego trafić, mieć z nim do czynienia. Tego dnia w porcie również szeptano, w powietrzu czuło się niepokój bliskiej obecności przestępcy. Niejedno piwo w obskurnych knajpach wylało się na podłogę, gdy ktoś wypowiadał tylko imię „Carlie”. Czasami były to wprawdzie jedynie głupie żarty jakiegoś miejscowego pijaczka, lecz nikt nie śmiał się nawet sekundy.
Carlie, pomimo złowrogiego wizerunku wśród pospólstwa, w gruncie rzeczy miał dobre serce. Do teraz wspomina on ciągle swoje dzieciństwo w górskiej dolinie. Błogi, dziecięcy czas zakończył się tym, że spaliły jego wioskę wojska nieprzyjacielskie. Chłopak uciekł, uciekł najdalej od tego, co kochał, uciekł do tego, czego nienawidził.
Pierwszy raz zobaczyłem Carliego, gdy jako młody chłopak roznosiłem w porcie broszury rządowe. Nagle wszystko pociemniało, ciemne chmury zebrały się nad terenem portu. Błyskawice w oddali pozostawiały niezapomniane wrażenie ostatecznego upadku. Carlie splunął. W jednej chwili zorientowałem się, że naprzeciw niego i jego służalczej kompanii jestem jedynie ja. Wszyscy marynarze pochowali się w mgnieniu oka. Podszedł do mnie. Pamiętam ten niezwykły majestat. Czułem się jak w obecności bohatera, który zmienia historię. Wiedziałem, że kiedyś będzie o nim głośno.
– Zapalisz? – zaproponował
– Dziękuję, to dla mnie zaszczyt – odpowiedziałem
– Czyli nie zapalisz – zaśmiał się Carlie, a jego kompani zawtórowali mu z hukiem tysiąca armat
– Co tam masz? – Carlie wyrwał mi z ręki ulotki o podatkach dla króla
– Ja…, ja tylko…., kazali mi… – nie mogłem się wysłowić, czułem, że jestem cały mokry od potu
– Zakochałeś się? – zadrwił szef piratów – cały się trzęsiesz
Wtedy poczułem pewnego rodzaju iskrę. Tak się właśnie poznaliśmy.
Przez następne miesiące byłem chłopcem na posyłki piratów. Doznałem niejednego upokorzenia ze strony uliczników, zepsutych, złych, wyciągniętych z rynsztoka postaci. Pewnego dnia jednak Carlie zauważył jak jeden ogromny podległy mu pirat imieniem Rob wycina mi nożem na plecach jakieś okropieństwa. Nie krzyczałem, wiedziałem, że nie mogę. Wiedziałem, że muszę to znosić, jeśli mam marzyć o przeżyciu i wyrwaniu się z tego świata. Właśnie wtedy, kiedy Rob wycinał mi nożem na plecach kolejną obelgę wobec mojej osoby, Carlie rzucił się jak lew na zdemoralizowanego olbrzyma. Po morderczej walce Rob padł martwy. Następnie cały wieczór całowaliśmy się z Carliem w jego kajucie. Przeżywaliśmy cudowny czas, mijały tygodnie, miesiące i lata. Żaden z piratów nie śmiał zasiać choćby ziarenka pogardy. Zresztą okazało się, że z 30% piratów ma skłonności gejowskie i teraz dymają się pod pokładem jak króliki. Mój chłopak – tak teraz mówię o Carliem – w tej chwili wyjechał załatwiać pewne sprawy, ale ja już się nie boję. Wiem, że jestem dla niego ważny i już nigdy nie stanie mi się krzywda. Jemu też łatwiej. Razem można wszystko zwyciężyć. Jestem gotów oddać za niego życie, wypompować z siebie całą krew z żył i tętnic. Jutro godzina próby, jutro decydująca walka z wojskami króla. Potem uciekniemy razem i zamieszkamy w górskiej dolinie, gdzie nikt nas nie znajdzie i nikt nie rozpozna. Chciałbym urodzić mu dziecko, ale wiem, że i bez tego nasza miłość nie zgaśnie.

Komisarz Filip siedział na krześle w komisariacie. Letnie powietrze wdzierało się przez stare drewniane okna. Mieli już dawno wymienić na plastikowe. W zasadzie 2 lata je wymieniają, ale ciągle jakieś wymówki, trzeba ciąć koszty i jakoś wypada z obiegu ta kwestia: a to powódź, a to strajk kolejarzy. Okna więc dalej z drewna. W zeszłym miesiącu Filip kazał swoim podwładnym Wojtkowi i Szymonowi pomalować chociaż je ładnie, ale młodzi jak to młodzi wszystko robią niedbale, za dziewuchami by się tylko uganiali.
Komisarz Filip siedział i wydawać by się mogło, że się nudził, że nie było dla niego roboty, że packą muchy zabijał, przed gorącem uciekał myślami. To jednak tylko pozory. Komisarz Filip się zastanawiał. Nie wiedział jak ugryźć pewną sprawę, która, kiedy już się wydawało, że zbliża się do rozwiązania, okazywała się jeszcze bardziej zaplątana. Tak zaplątana, że jej supły sięgały głębiej niż najmroczniejsza pieczara demonologii.
Na początku marca komisarz Filip skończył sprawę przestępców napadających na pasażerów pod dworcem PKP i wyłudzających od nich pieniądze. Pokazywała całą akcję miejscowa telewizja, wszystko było nagrywane. Dostali przestępcy 100 lat pracy w kajdanach, darmowej pracy na budowie autostrady A2. Skończył tą sprawę i zaraz potem wpadła mu nowa, która się ciągnie i ciągnie, nie widać końca. Opiszmy pokrótce jakie to tajemne rzeczy wydarzyły się na planecie Ziemi, które nie pozwalają spokojnie zasnąć komisarzowi Filipowi, o wakacjach myślenie jego zakłócają.
Chodzi o tajemną szajkę, o porywanie zwierząt. Zwierząt porywanie ludziom w różnym wieku, różnej płci, o wykształceniu różnym i dochodach, o różnych cechach demograficznych rzec by można. Wszyscy właściciele czworonogów, bo to przecież o psy i koty głównie chodzi (choć i o jednego konia też), byli kursantami szkół jazdy, jedni zdawali egzaminy, inni się dopiero zapisywali na nie. Podejrzenie więc siłą rzeczy padło na ośrodek WORD-u we Wrocławiu. Niektóre jednak tajemne sugestie z głębi duszy kierowały uwagę na okoliczności, które mogłyby w jakiś sposób zmylać trop stróżów prawa. To wydawałoby się zbyt oczywiste ten WORD. Tym bardziej, że poprzedniego dnia okazało się, iż zwierzęta nie są porywane w celach zarobkowych, a bardziej jest to związane z praktykami sadystycznymi, a może nawet satanistycznymi. Ktoś więc musiał wszystko misternie zaplanować i zakamuflowywać samochodowym stresem.
Wczoraj martwego psa znaleziono pod komisariatem. To było chyba ostrzeżenie i tylko dzięki przypadkowi i regułach komisarza Filipa nie doszło do zakażenia chorobą. Policjanci bowiem ćwiczyli w kombinezonach ochronnych reakcję na atak chemiczny terrorystów i dzięki przytomności umysłu, wyobraźni komisarza ich nie zdjęli. Za zdjęcie kombinezonu przed czasem obowiązują zresztą surowe kary w całej Polsce.
Komisarz Filip planował. Planował wielka akcję. Chciał złapać przestępców. Od dawna to robił, kiedyś pałował robotników, potem w procesji szedł w Boże Ciało. Naprawdę żałował błędów. Po prostu nie wiedział, że to jest złe. Tak go nauczyli. Dopiero kiedy spotkał brata Apoloniusza odkrył w sobie duchowe piękno, wszystko mu się rozjaśniło. Dobro i zło wyszło na wierzch.
Gdy tak komisarz Filip siedział na komisariacie i się tak zastanawiał, do pracy przyszedł posterunkowy Andrzej. Był lekko podchmielony, ale komisarz go krył, bo tamten znał jego przeszłość w SB i też wiedział, że zastrzelił księdza Popiełuszkę komisarz Filip. Wpadł sierżant Andrzej na komisariat jak piorun kulisty:
– Co tu dzisiaj mamy komisarzu? – wybełkotał
– Chodź tu Andrzejku – odpowiedział komisarz Filip przywołując palcem swego współpracownika – jest akcja, musimy ruszyć z miejsca
– Dobra – zachwiał się posterunkowy
– Weź prysznic, wstrzyknij sobie glukozę i ruszamy z koksem
– Trzeba coś z tym zrobić – zgodził się posterunkowy Andrzej
Komisarz Filip wyjaśnił Andrzejowi swój doniosły plan prowokacji. Miały być w niego zaangażowane specjalne jednostki zdających w prawojazdowym egzaminie praktycznym tajniaków. Koszty tego przedsięwzięcia były ogromne, ale niecierpliwość całej rzeszy właścicieli czworonogów pozwoliły na jego realizację. W górnych strukturach policji bano się zresztą, że może dojść do jakiegoś niesprawiedliwego samosądu.
2 dni później młodszy aspirant Bernard z komendy komisarza Filipa zdawał na prawo jazdy podobnie jak trzystu innych policjantów. To właśnie temu młodemu policjantowi przypadło jednak odkrycie prawdy, choć zapłacić musiał za to cenę najwyższą. Jechał sobie młodszy aspirant, prowadził samochód. Pan egzaminator z wąsem surowym wzrokiem i oceną surową prześwietlał umiejętności Bernarda do kierowania pojazdem. Nagle wydarzyło się coś dziwnego, można by rzec paranormalnego. Przed pojazdem przebiegł na dwóch łapach czarny kot taki jak w „Mistrzu i Małgorzacie” kot behemot. Egzaminator gwałtownie wcisnął dźwignię hamulca roboczego, jego oczy zaś napełniły się krwią:
– Proszę wysiąść, nie zdał pan, nie upewnił się pan, wyślemy pocztą wszystkie wyjaśnienia
– Ale czy coś się stało? – zapytał Bernard – chciałbym wrócić do ośrodka, przysługuje mi takie prawo
– Wysiadaj, kurwa – wrzasnął egzaminator i ryknął złowieszczo, krew wypłynęła mu z ucha
– Policja, proszę wysiąść – zareagował natychmiast stróż prawa i przez telefon nadał komunikat – mam coś, jestem na Brochowie pod kościołem…
Nie zdążył dokończyć, bo monstrualna ręka egzaminatora oderwała dłoń z telefonem Bernardowi a wielkie zęby niedźwiedzia przebiły tętnicę szyjną policjanta.
Komisarz Filip natychmiast nie czekając na posiłki ruszył za nadajnikiem, który miał przy sobie Bernard. W zasadzie nie musiał daleko jechać. W ustronnym miejscu w krzakach za dworcem Brochów ogromny niedźwiedź zżerał ciało młodego policjanta.
– Stój – krzyknął komisarz celując broń w stronę wściekłego zwierzęcia
Potwór wyglądający jak zmutowany niedźwiedź z czerwonymi ślepiami wampira rzucił się w stronę naszego bohatera. Komisarz Filip wykazując niesamowity refleks strzelił w szyję dziwnemu stworzeniu, które momentalnie padło martwe, zamieniając się na powrót w człowieka. Kiedy nasz strażnik porządku czynił głębokie westchnienie ulgi przecierając czoło chusteczką higieniczną, coś niespodziewanie powaliło go i stracił przytomność. Obudził się dopiero w starej szopie. Przed nim stał elegancko ubrany, gładko ogolony około czterdziestoletni na oko biznesmen z psychotycznym wzrokiem. Rzucała się bowiem w oczy jego wyprostowana postawa i wrażenie jakby patrząc na coś prześwietlał to na wylot:
– Witam pana panie komisarzu – powiedział, gdy zobaczył, że stróż prawa odzyskuje przytomność
– Co się stało? – próbował dojść do siebie komisarz Filip – gdzie ja jestem? Kim pan jest?
– Proszę się nie martwić – odpowiedział tajemniczy arystokrata – jesteśmy w bezpiecznym miejscu
– Co to ma znaczyć? – kontynuował dalej swoją próbę ogarnięcia policjant – Jesteście jakimiś satanistami? To jakaś sekta?
– Proszę się uspokoić – przyjaźnie i delikatnie odpowiedział elegancki pan gładząc naszego bohatera po włosach – mamy do pomówienia, a to wymaga mniejszego nakładu emocji
– Dlaczego więc jestem związany? – próbował w dalszym ciągu rozwikłać zagadkę nasz bohater
– Nie chcemy żadnych niepotrzebnych gwałtownych ruchów. Jedna ofiara w ludziach to chyba wystarczająca tragedia
– Wypuść mnie dostojniku za 3 grosze
– Wypuszczę cię. Przecież nikt nie chce, żeby komukolwiek więcej stała się krzywda
– Jesteście chorzy – oburzył się po raz kolejny pan komisarz
– Widzi pan panie komisarzu. Każdy ma swoje zajęcie, ma swoje cele, które to mają mniej lub bardziej społecznie akceptowalne strony – tłumaczyła złowroga postać – pan też ma swoje tajemnice panie komisarzu… Wszyscy przecież chcemy żyć spokojnie i móc kontynuować swoją pracę. Mam dla pana propozycję…
– Jak mniemam nie do odrzucenia
– Można by to tak nazwać. W końcu propozycje nie odrzucenia są wyjątkowo atrakcyjne
Komisarz Filip milczał
– Widzi pan panie komisarzu. Zginęło kilka psów i kotów a zrobiła się z tego afera na pół Polski – kontynuował tajemniczy człowiek
– Kurwa, człowieku kilka psów i kotów – uniósł się stróż prawa – Zginął policjant na służbie pożarty przez jakiegoś stwora.
– Niech się pan nie unosi panie komisarzu. Każdy z nas ma w sobie monstrum.
– Boże… – westchnął zrezygnowany komisarz Filip
– Pan też – oznajmiła postać pełna wdzięku i zgrozy
– Wtedy byłem kimś innym – uniósł się policjant – każdego dnia żałuję tego, co zrobiłem. Nie pomoże mi żadna spowiedź
Wtem za tajemniczą postacią zjawił się sierżant Andrzej.
– Panie komisarzu – powiedział – pan nic zupełnie nie rozumie. Za dużo pan przebywa na tej plebanii.
– Tak panie komisarzu – dodał tajemniczy gość – nie możemy na to pozwolić
Tajemnicza postać włączyła pilotem ogromny telewizor, który wcześniej wysunął się z drewnianej ściany szopy. Na ekranie ogromny niedźwiedź ujeżdżany był przez brata Apoloniusza. Ksiądz Popiełuszko z kolei pił krew młodszego aspiranta Bernarda, chwaląc co chwilę jej niesamowite walory smakowe
– Nie, to nieprawda!!! – krzyknął tocząc pianę z ust komisarz Filip – w co tu się gra?
Sierżant Andrzej i tajemniczy, złowrogi elegancik rozstąpili się a za nimi zawieszona lśniła różowa szubienica. Nieznajomy wyciągnął swoją dłoń, jego długie paznokcie jakąś niewyjaśnioną mocą uniosły naszego bohatera. Po chwili komisarz Filip wisiał ze spuszczonymi spodniami w dłoni dzierżąc swojego penisa. Wokół niego leżało 10 psów i 2 koty. Fotoreporterzy nie mogli wyjść ze zdumienia. Sierżant Andrzej niedługo potem został generałem. Zasłynął tym, że odkrył prawdę o tragedii w Smoleńsku. Wszystko kręcił ukrytą kamerą do „Śmiechu warte”.

Jechali obaj tramwajem. Dwaj przyjaciele sprzed lat. Jeden z wąsem a od drugiego cuchnęło na kilometr potem zmieszanym z odorem fajek. Śmierdziało tak, że inni pasażerowie nie siadali bliżej niż w odległości czterech krzesełek od naszych kompanów. Sami przyjaciele nie zwracali na to uwagi. Rozmawiali. Mówili o piwach w Tesco, że podrożały a przez cały ten czas rozmowy czuli, że gadają bez sensu, że tak naprawdę są z innej gliny ulepieni. Po prostu jakaś tajemnicza więź łączyła ich bardziej niż atomy spajają wielki głaz. Bez względu na wszystko.
Nie zawsze byli ze sobą tak blisko. Kiedy chodzili do szkoły, najdelikatniej mówiąc, nie przepadali za sobą. Obaj byli szefami podwórkowych grup. Należeli do różnych subkultur. Jeden był punkiem, drugi gitowcem. Nie lubili się i raz na tydzień okładali żelaznym łańcuchami po plecach. Wybijali sobie zęby i wbijali kastety w policzki, choć w sumie bardziej cierpiały na tym jednostki, którym przewodzili niż oni sami. Obaj, jako samce alfa w swoich stadach, konkurowali też, jak to zwykle bywa, o najładniejszą dziewczynę na osiedlu. Piękność o kruczoczarnych włosach i ciemnej karnacji. Dziewczyna traktowała adoracje ze strony chłopców jako pochlebstwo. Cieszyła się z ich chorej, pełnej agresji rywalizacji. Chłonęła całą sobą taki stan rzeczy i nawet nie próbowała się domyślić, że doprowadzi to wszystko do tragedii.
Marian, Dariusz i z drugiej strony Elżbieta. Fatalny trójkąt. Nie ma w takiej konfiguracji miejsca na normalność, odrobinę zdrowego rozsądku. Wszystko zdaje się przypadkowe i nieregularne, niezgodne z regułami i nie wynikające z żadnych przepisów ani praw niepisanych. Wszystko jest takie szybkie, nie sposób nawet zapamiętać kolejności zdarzeń. Wystarczy na moment się zapomnieć, przez przypadek nie wyjść i nie trzasnąć drzwiami. Długo chłopcy walczyli ze sobą o względy Elżbiety, lecz nic z tej walki dla nich nie wynikało. Ona nie dopuszczała ich do siebie, dość wyraźnie wykazując wyższy nad nimi status. Obserwowała tylko jak stroszą piórka, często kierując w stronę jednego czy drugiego namiętne, zachęcające, samicze miny ukradkiem. To wszystko musiało w końcu pęknąć. Nie mogło trwać wiecznie.
Tamtego czerwcowego popołudnia siedemnastoletni Marian siedział przed swoim blokiem z kolegami. Pili jabola i pluli na chodnik. Czekali na moment, kiedy jakiś zbłąkany harcerz zapędzi się w te okolice. Trochę znęcali się nad takimi. „Sługusy komuny” mawiali. Kopali delikwenta i okładali łańcuchami. Niemniej, tego dnia Marian nie napotkał na swojej drodze żadnego harcerza, spotkał ją, a raczej zobaczył w oddali jak idzie sobie chodnikiem z siatką zakupów. Nie było to w sumie nic dziwnego. Już wiele razy widział Elę, lecz zawsze się bał. Czerwcowa pogoda ma jednak to do siebie, że dodaje energii, wigoru i odwagi. Świat wydaje się wyraźniejszy nawet wtedy, gdy smog z komina widoczność ogranicza dość znacznie. Ruszył więc raźnym krokiem Marian nie zważając na śmiech swoich kompanów pod trzepakiem. Ona udawała, że go nie widzi, nie zwracała w ogóle na niego uwagi. Poprawiała sobie włosy na środku placu, wypinając do przodu swoje jędrne piersi. On szedł pewnym krokiem. Miał w sobie coś z bohatera wojennego. Takiego, co idzie w ogień, za ojczyznę i za piłkę nożną ginąc męczeńsko. Kiedy się do niej zbliżał, kiedy wydawało mu się, że już ją dotyka, poczuł, że coś uderzyło go w głowę. To kamień rzucony przez Dariusza. Dariusza stojącego razem z sześcioma kolegami, śmiejącego się szyderczo. Elżbieta parsknęła zażenowana, podniosła zakupy i powoli ruszyła w stronę bloku, w którym mieszkała razem z matką.
– Co brudasie? – krzyknął Dariusz – na amory cię wzięło?
– Spierdalaj – odpowiedział Marian
– Chłopaki – zwrócił się teraz do swojej bandy Dariusz – napierdolmy chuja
– Eeeeeee – krzyknął Marian w stronę trzepaka, lecz ten był za daleko. Punkowcy byli zresztą już wyraźnie upojeni tanim winem i nie tylko nie słyszeli swojego kolegi, ale właściwie nie byliby w stanie zrozumieć dramatyzmu sytuacji
– Co? Boi się nasz malutki? – zakpił Dariusz
– To sprawa między nami – próbował ratować się Marian
– Ona i tak ma cię w dupie, bo jesteś brudny
– A ty, kurwa, jesteś pierdolonym orangutanem
Zapadła cisza
– To jak, napierdalamy chuja? – spytał po chwili jeden z gitowców wyglądem przypominający neandertalczyka
Dariusz uderzył swojego kompana w twarz, że ten upadł, a następnie kopnął go w okolice nerek
– Jak ważni ludzie milczą, to, kurwa, nie przerywaj debilu – zbulwersował się szef git-ludzi
– Ona obu nas ma w dupie – powiedział Marian do Dariusza
– Musimy do niej pójść – rzekł Dariusz – niech się zdecyduje
Poszli zatem. Drzwi otworzyła matka
– Jest Elka? – wybełkotał Marian. Matka Elki razem z jego matką pracowały w fabryce produkującej maszyny do szycia
– Co z ciebie wyrosło chłopcze? – zadumała się matka dziewczyny i po chwili stanowczo odparła – co wam do Elki? Ona pójdzie na studia prawnicze
– Dobrze proszę Pani – zniecierpliwił się jeszcze próbujący zachować pozory savoir vivre’u Dariusz – chcielibyśmy jednak wcześniej z nią porozmawiać
– A ciebie to widzę ciągle tutaj przesiadujesz – odpowiedziała napastliwie kobieta – niszczysz płoty i plac zabaw
Dariusz nie wytrzymał, odepchnął matkę Elki wtargnął do mieszkania, by po chwili wywlec z niego samą piękność
– Jak wam nie wstyd? – krzyczała matka Elki – milicja, milicja!!!
Skonsternowany Marian odruchowo bez zastanowienia kopnął kobietę w głowę w taki sposób, że straciła przytomność, a następnie wciągnął ją do mieszkania i zatrzasnął drzwi. Elka zupełnie się tego nie spodziewała, odebrało jej mowę. Nie potrafiła zmusić się do jakiegokolwiek zdecydowanego ruchu. Była w stanie ulec wszystkiemu. Zresztą Dariusz energicznie zawlókł ją w niedalekie, lecz w rzadko uczęszczane przez ludzi miejsce za boiskiem.
– Musisz się zdecydować, nie? – zagadał do niej – ja czy on?
Wskazał na Mariana, który w tej chwili czuł, że huczy mu w głowie niesamowicie. Nie wiedział czy to dlatego, że trochę wypił czy z powodu tego kamienia czy może z jakichś innych przyczyn. W każdym razie sytuacja ta podniecała go ogromnie
– Nikt cię tu nie goni – powiedział wrażliwy punkowiec – możesz się zastanowić
– Masz pół godziny! – zadecydował stanowczo Dariusz
Dziewczyna się rozpłakała
– Nie wiem, nie wiem – szlochała – obaj jesteście cudowni
– Jak, kurwa, obaj? Mamy się napierdalać o ciebie? – spytał Dariusz cały już purpurowy
– Daj jej spokój – próbował trzeźwo myśleć Marian
– Co daj jej, kurwa, spokój? – oburzył się Dariusz – najebię cię, kurwa
– Przestańcie chłopcy – rzuciła się między nich Elżbieta – ja mam kogoś
– Co, kurwa? – obaj wydali z siebie niemal jednocześnie jęk zdziwienia
– Kto to, kurwa, jest? – spytał wojowniczo nastawiony Dariusz
– Ktoś przy kim czuję się bezpieczna – odpowiedziała wreszcie pewnie i dumnie Ela
– O ja pierdolę. Kto to jest? – nie dawał za wygraną Dariusz szarpiąc kobietę swoich snów jak worek ziemniaków niesiony z piwnicy.
Trząsł nią około 15 minut, więc dziewczyna zaczęła dygotać. Można się było przestraszyć. Nagle ni z tego, ni z owego za poszarpaną, posiniaczoną i zapłakaną Elką stanął Marian i równie zaskakująco uderzył ją łopatą w tył głowy. Nie wytrzymał. Spojrzał na Dariusza i momentalnie zorientował się, że ten czuję to samo. Rzucili się na półmartwe ciało i zaczęli je w dość niekontrolowany sposób jeść. Gryźli, kroili, szarpali zębami i połykali kawałki surowego mięsa z ciała swojej wielkiej platonicznej miłości. Kiedy dokończyli dzieła, udali się do jej mieszkania. Tam udusili jej matkę a następnie wywlekli w dywanie, aby zakopać za boiskiem obok szczątków córki. Od tamtej chwili są prawdziwymi przyjaciółmi i nic nie potrafi zniszczyć tego, co jest w nich. Tylko piwo w Tesco coraz droższe a Chińczycy autostrad nie budują na Euro 2012.

Niezbyt dobrze chodzić po deszczu bez parasola. Za to najlepiej się przed deszczem schować. Schować do bunkra świętego, gdzie Święty Franciszek odprawiał szatańskie praktyki po cichu. W tym bunkrze współcześnie ukrywa się kobieta-wąż. W gruncie rzeczy miła dziewczyna, lubi czytać, dobry film obejrzeć. Świat bywa jednak wielowymiarowy, albowiem ma ona również na koncie śmierć kilku mężczyzn i nic nie zamaże jej winy, jej grzechu, grzyba na pięcie, kropki na czole. Umierali po cichu po kilku dniach od spotkania z piękną nieznajomą. Basia, bo tak na imię ma kobieta-wąż, posiada w sobie niewyjaśnioną przypadłość, którą zresztą odkryła dopiero po fakcie i to całkiem przypadkiem.
W wieku dziecięcym Barbara była raczej skryta. Kiedy miała 5 lat połykała żywcem różne zwierzęta – malutkie kurczątka, dżdżownice, uszy królika, które odcinała nożyczkami. Pewnego dnia połknęła jednak coś, co zmieniło jej życie, pokierowało jej losem, przyszłością jej. Zjadła na żywca żmiję zygzakowatą. Długo potem leżała w łóżku z bólami wszelkimi, wymiotami i biegunką. Lekarze nie dawali jej zbyt wielu szans. Mimo to po trzech dniach Basia wstała jak gdyby nigdy nic rozpromieniona i poszła bawić się hula hop. Rodzice i sąsiedzi nie mogli wyjść ze zdumienia. Zorganizowano festyn, była uczta do białego rana. Napili się ludzie jak smoki.
Dziewczynka zaś dorastała, przeżywała okres buntu. Wtedy pierwszy raz się całowała. Z Krzyśkiem z sąsiedztwa. Chłopak zmarł niedługo potem w niewyjaśnionych okolicznościach. Podobno został otruty. Legenda o tym wydarzeniu do dziś krąży po zakamarkach miasta rodzinnego Basi, która z kolei po śmierci ukochanego zamknęła się w sobie i zamiast stawać się atrakcyjną kobietą dla ludu, popadła w zaniedbanie i opryskliwość jakąś taką. Chłopaki z klasy nazywali ją daunem. Nauczyciele zastanawiali się czy aby nie jest upośledzona. Ona jednak rozwiązywała zadania z matematyki poprawnie i znała też daty bitew. Pisała także ciekawe prace klasowe, prace klasowe o Potopie Henryka Sienkiewicza. Lubiła Kmicica, wydawał jej się idealnym partnerem, ceniła też sobie Bohuna i doktor Judym się rozdzierał tak urokliwie.
Zdała maturę i poszła na studia – filologie czeską. Wtedy też zapisała się na erodate i zaczęła umawiać się z panami w różnym wieku na niezobowiązujące spotkania. „Czemu nie?” – pomyślała sobie – „nie mogę całe życie dziewicą przecież być”. Tak właśnie spędzała sobie czas nasza mała. Przyjaciół raczej nie miała, ale i nie chciała ich mieć. Spotykała się więc z kolesiami co jakiś czas. Zawsze były to jednorazowe spotkania. Wszystko dyskretnie i profesjonalne. Trwałoby to pewnie jeszcze długo, gdyby nie to, że policja teraz się rozwinęła komputerowo i informatyk Szymon trafił właśnie na trop Baśki. Wszyscy mężczyźni, z którymi się umawiała, jak już było wspomniane i nietrudno się domyślić, w męczarniach opuścili ziemski padół, o czym nasza bohaterka nie miała zielonego pojęcia. W związku z tym przesłuchali funkcjonariusze kobietę-węża. Cała się trzęsła, gdy na nią krzyczeli, że otruła trucizną jakąś groźną niewinnych obywateli. Żeby się przyznała wołali. Ojciec zaś ją wydziedziczył i rzekł, że powinna umrzeć wtedy w dzieciństwie. To hańba była dla niego, że tak się puszcza córa jego ukochana. Dziewczynka tatusia. Ale ona duża była, miała prawo. Poza tym żadnych dowodów na nią nie znaleziono, mimo że ciągle pozostawała w kręgu podejrzeń, pod ciągłą obserwacją.
Dziewczyna po tym całym zamieszaniu początkowo nie wychodziła nigdzie ani z nikim się nie spotykała. Tylko dom – praca, praca – dom – studia – praca – dom. W końcu jednak powiedziała „stop” i wtedy wszystko wyszło na jaw. Feralnego wieczoru Baśka wracała do domu z kina. Była na nowym filmie z Danielem Olbrychskim. Szła sobie jak gdyby nigdy nic pogwizdując, gdy niespodziewanie w przejściu między blokami chwycił ją gwałtownie za rękę jakiś zbir, rzezimieszek i próbował pociągnąć w kierunku piwnicy. Dziewczyna w akcie obrony koniecznej ugryzła swojego oprawcę w łokieć. Zaraz potem zza krzaków wybiegli spóźnieni funkcjonariusze śledzący naszą bohaterkę. Przestępca został zatrzymany a Basia wróciła bezpiecznie do domu. Następnego dnia otrzymała telefon, że ręka prześladowcy zsiniała, zgniła i trzeba było ją amputować. Miała się Barbara zgłosić na komisariat, poddać się gruntownym badaniom, ale teraz gdy wszystko zrozumiała, gdy pojęła, że zabiła ludzi, których kochała i tych, którym się oddawała, którzy sprawiali jej przyjemność, niekiedy brzydzili, nie mogła pokazać się światu. Zabijała mężczyzn przez ich pożądanie, nieświadomie wprawdzie, nie wiedząc, że popełnia zbrodnie, ale jednak. Właściwie, gdyby nie żyła, świat dla nich wszystkich kręciłby się normalnie jak zegarek szwajcarski, Wygasaliby w wieku starszym. Tak by pomyśleć można i tak myślała nasza bohaterka, więc uciekła. Uciekła do jaskini, w której Święty Franciszek oddawał się sodomii i następnie ascezie w ramach rozgrzeszenia.
Siedzi więc teraz w tej pieczarze zmarznięta istota przy dogasającym ognisku, na zewnątrz błyska a coraz większe krople spadają zgodnie z prawem grawitacji w stronę ziemi, w kierunku gruntu. Kobieta-wąż siedzi podpierając ręką brodę i nie ma ochoty nawet, żeby się rozpłakać, nie ma nawet parasola, żeby wyjść i nie zmoknąć.

Iwan i Delfin znaleźli się na Lwiej Skale. Na chrzcie Simby zaproszeni przez Zazu. Zadziwiające, prawda? Ludzie w świecie dzikich zwierząt jak na pielgrzymce papieża. Można by rzec, iż to nieprawdopodobne, a jednak cała sawanna ich akceptowała. No prawie cała.
Pokrótce scharakteryzujmy naszych bohaterów. Iwan to Rosjanin z Syberii. Delfin z kolei mutantem był zrodzonym z człowieka, lecz z miłości z delfinem powstały w oceanarium. Istotną informacją dla czytelnika będzie zapewne też to, że Iwan i Delfin byli parą gejowską. Przyjechali razem na lwie święto. Wśród zwierząt mamy większą tolerancję niż w polskiej krainie. Zresztą sam Mufasa lubił karcić analnie swojego brata Skazę od czasu do czasu, przez co złowrogi stryj Simby czuł się upokorzony. Samemu bowiem nigdy żadnego lwa ani lwicy mu się posiąść nie udało. Tylko te hieny i hieny. Czasami jeszcze ewentualnie jakiś chory bawół, ale to by było na tyle.
Stali więc Iwan i Delfin na Lwiej Skale. Pili mleko z kokosa. Spoglądali na paradę żyraf i antylop. Iwan był w Moskwie niedawno, to widział defiladę wojskową. Jakże teraz ludzki świat wydawał mu się wysoce niedoskonały w porównaniu ze światem zwierzęcym.
– Witam moich gości – rzekł dostojnie Mufasa do naszych wspaniałych przyjaciół,
– A witamy – odpowiedział Iwan rumieniąc się Iwan,
– Bardzo niesamowita uroczystość – dodał Delfin uprzejmie,
– Tak moi mili – podniośle i mężnie zaakceptował tę rację Król Lew senior. – My lwy wiemy, co to majestat.
Iwan i Delfin uśmiechnęli się do siebie skrycie tak jak to robią uczniowie w szkole, kiedy nauczyciel wypowiada jakąś mądrość życiową. W gruncie rzeczy nie wiedzieli czemu zostali zaproszeni. Zazu znali tylko o tyle, że kiedyś mieszkał w klatce u generała Andersa, a napruty Iwan przez przypadek ją otworzył, bo pomylił z lodówką. Nieomal by wtedy zjadł naszego ptaszka. Ostatecznie jednak Zazu uciekł na sawannę i po latach uznał naszego Iwanka dobroczyńcą oswobocicielem.
– W sumie fajnie mają te zwierzaki, nie? – zagadał Iwan do Delfina
– No tak – odpowiedział Delfin. – Ojciec mi zawsze mówił, że przez swoje człowieczeństwo zatracam cząstkę siebie.
– Jak się w ogóle trzyma? – zmartwił się o los „teścia” Iwan,
– No już ledwo ciągnie, woda w oceanarium to nie to samo, co ta w morzu. Solona solą kuchenną. Poza tym dzieciaki ciągle chcą pływać na Delfinach. To już nie te lata,
– Ech, wszystkich nas to czeka,
– Aż strach pomyśleć,
Zapadła krępująca cisza
– Kocham cię Delfiinku, wiesz? – roztkliwił się Iwan,
– Wiem, ja ciebie też kocham – odpowiedział Delfin i przytulił swojego chłopaka.
Tymczasem uroczystość trwała na dobre. Słonie trąbiły hymn sawanny, a reszta zwierząt próbowała śpiewać, lecz słychać było jedynie jeden chaotyczny ryk, kakofonia taka. Kiedy zaś Rafiki uniósł Simbę w górę, Iwan i Delfin stali się świadkami czegoś niesamowitego. Zwierzęta zwariowały z euforii. Zaczęły skakać, Żyrafy całowały się na środku placu, bawoły gryzły się po brzuchach, a kolczatki wystrzeliwały kolce miłości w strone zebr. Coś nieprawdopodobnego. Jeszcze bardziej zadziwiająca była cisza, która zapanowała na całą Lwią Krainą w chwilę potem bez żadnej przyczyny. Zwierzęta uklękły, więc i nasi chłopcy uczynili to samo składając do tego ręce z przyzwyczajenia.
Po wszystkim podleciał do nich Zazu:
– Jak się macie chłopcy? – zapytał. – Niczego wam nie brakuje?
– Nie, nie – odpowiedział Iwan. – Naprawdę jest bardzo miło.
Wtem ni z tego ni z owego ktoś silnie uderzył królewskiego majordomusa, że ten poleciał na kamień
– A więc to są nasze naczelne – zadrwił wyłaniający się z mroku Skaza. – Wyciągniecie swoje strzelby?
– Nie ruchasz, to nie wyżywaj się na mniejszych!!! – trzeba przyznać, że Zazu był bardzo wyszczekany jak swoją role na dworze królewskim,
– Jeszcze się spotkamy małpeczki – rzucił na odchodne Skaza oblizując się lubieżnie.
Iwan i Delfin stali jak skamieniali. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Miały dziać się rzeczy piękne, miedzygatunkowa przyjaźń, wspólne polowanie, przygoda w sercu Afryki, a tu prawdziwy drapieżnik, który jednym ruchem mógłby zmiażdżyć człowieka, wysyła wyraźne sygnały, że kolorowo nie będzie. Iwan zresztą zsikał się w majtki ze strachu. Na szczęście były to jednorazówki kupione w japońskim samolocie.
Zazu zaprowadził ludzkich gości do komnaty i zaraportował o całym wydarzeniu Mufasie. Tego wieczoru w oddali słychać było stękanie lwa i na pewno nie lwicy, gdyż wszystkie one zebrały się wokół nowo narodzonego, przyszłego króla Simby.
– Po co my tu przyjechaliśmy? – rozpłakał się Iwanek, kiedy nasi bohaterowieleżeli po zmroku na skórach Gnu w swojej komnacie-jaskini
– Nie martw się misiu, wszystko będzie dobrze – pocieszał go Delfin
– Mam złe przeczucia
– No już cichutko, cichutko. Jestem przy tobie.
Zasnęli przytuleni, a kiedy się obudzili nie byli już w bezpieznym pomiszczeniu w pałacu Mufasy. Znajdowali się w mrocznym, śmierdzącym padliną miejscu. Było to cmentarzysko słoni. Ktoś w sobie tylko wiadomy sposób przeniósł ich tam, kiedy jak gdyby nigdy nic sobie pogrążeni we śnie marzyli o lepszym świecie.
– Co jebane pedały?! – warknęła hiena Shenzi,
– Kogo my tu mamy? – zawtórował jej towarzysz Banzai,
– Hooihuohoiohpou – tocząc pianę z pyska wypowiedziała się też trzecia hiena Edi,
– Chyba będziemy mieli kolację – uradował się Banzai.
Iwan tym razem zesrał się w spodnie, bo majtek nie miał.
– Może się jakoś dogadamy – próbował ratować sytuację Delfin. – W sumie ja w pewnym sensie jestem jednym z was,
– Jednym z nas? – zdziwiła się Shenzi, a wszystkie hieny wybuchły śmiechem tarzając się po prochach zmarłych słoni.
– Tak – odpowiedział Delfin – jestem pół człowiekiem, pół delfinem.
Hieny zaśmiały się jeszcze głośniej:
– Nie dość, że pedał, to jego matka ruchała się z rybami – rzekł, ledwo łapiąc dech Banzai,
– Delfinem – poprawił go Delfin
– Ty – zwróciła się do naszego odważnego bohatera Shenzi. – Nie bądź taki kozak. Popatrz na swego ukochanego. Przynajmniej wie, co go czeka.
Iwan od jakiegoś czasu klęczał i wymiotował. W tej chwili nie miał już czym i wydalał z siebie krew i żółć.
– Chłopcy – rozległ się ni z tego, ni z owego głos Skazy. – Bierzcie obesrańca, a ja się zajmę naszym chojraczkiem,
– Czemu zawsze dostajemy padlinę? – oburzyła się Shenzi,
– Bo jesteście jebanymi śmierdzielami!!! – ryknął Skaza. – Marginesem, kurwa, kulturalnym!!!
Mrucząc coś pod nosem hieny rzuciły się na nieprzytomnego już Iwana
– Nieeeee!!! – rozpaczliwie rzucił się w ich stronę Delfin, lecz Skaza zabiegł mu drogę
– Ściągaj spodnie naczelny – ryknął szalony, zboczony lew.
Delfin zaczął uciekać. Biegł co sił w nogach, lecz Skaza go dogonił, zerwał garderobę i włożył w odbyt swego wielkiego, czarnego, lwiego penisa. Delfin krzyczał, lecz nikt go nie słyszał. Po wszystkim zaś hieny zżarły go tak samo bez szacunku jak jego ukochanego. Jeszcze żył, gdy rozrywały go na strzępy.
– Kto, do cholery, jest za to odpowiedzialny?! – ryczał oburzony Mufasa, gdy się o wszystkim dowiedział. – Zaraz zlecą się ludzie ze swymi strzelbami, bombami, sieciami i wywiozą połowę Lwiej Skały gdzieś do Zoo w Europie!!!
– Panie, spójrz na to z innej strony – wtrącił się Zazu. – Myślę, że powinieneś być łaskawszy dla swojego brata, bo w przyszłości może podnieść nie tylko rękę na ciebie, ale przede wszystkim na Simbę.
– Pierdolisz ptaku – nie zgodził się Król Lew. – Takich jak on trzeba trzymać krótko. Skaza od dzisiaj nie będzie ruchał już nic!!!

Następnego dnia w wiadomościach telewizji kenijskiej podali, że dwaj niezrównoważeni turyści podeszli zbyt blisko lwów oraz hien. Zwierzęta broniąc swoich młodych i swojej przestrzeni rozszarpały szaleńców na kawałki. Nic z nich nie zostało. Świat zwierząt i ludzi to dwa różne światy. Pewnych granic przekraczać nie wolno.

Piesek

Statystyka

stat4u stat4u stat4u
%d blogerów lubi to: