Bez parasola

Archiwum autora

„Teraz już nie ma w Polsce muzyki” mawiają żołędzie w szare, bure, czarne, ale i jasne dni. Takie przeświadczenie jest, że kiedyś to były zespoły zakładane szczerze i autentycznie. Był przekaz, była walka, były emocje. Teraz już nie ma, bo teraz to nie wiadomo, co jest. Tak można by sparafrazować pewne frazy poetyckie albo cytować ludzkie głosy z ulicy ruchliwej i cichej w różnych miejscach betonowych lub liściastych. Istnieje oczywiście środowisko interesujące się muzyką, jeżdżące na festiwale, chodzące na koncerty, przeglądające całymi nocami jutuba i spotifaja, ale, jak pozwolę sobie śmiało założyć, wielu ludzi, tzw. szarych, nie czuje potrzeby odnajdywania się w tej kwestii. Nie obchodzi ich tekst polskiej piosenki współczesny, bo przecież Niemen, Nosowska, bo przecież Markowski i no, co tu dużo mówić Jolka, Jolka pamiętasz. Pamiętasz prawda? Trudno mi ocenić prawdziwe proporcje z jakimi te haniebne reakcje ludu się odbywają. Być może coś zmyślam, a wszyscy muzyką się interesują i poszukują. Może to kwestia pokoleniowa. Może powinienem śledzić więcej talent szołów. Niemniej sam osobiście zetknąłem się z tym pozbawionym skrupułów oraz wrażliwości zjawiskiem, jakim jest nieznajomość realiów twórczości muzycznej polskiej ostatniej dekady. Grając sobie jak gdyby nigdy nic nad rzeką swoje piosenki, pewnego razu przysiadła się do mnie dziewczyna młoda i głośna z całą nogą wytatuowaną w fantazyjne bohomazy erogennie oddziałujące na męską populację, a przynajmniej na mnie. Według pewnych wzorów kulturowych, które miałem zakodowane, zinterpretowałem tę sytuację, że mam do czynienia z artystyczną duszą, która wreszcie będzie ze mną dyskutować nad polską twórczością i że może… . Jakże zawiodłem się , gdy otworzyła paszczę:
– Lady Pank znasz? – wygrzmociła swym gruboskórnym głosem i wrzucając mi 3 zł do pokrowca dodała – Płacę, więc wymagam. Klient nasz pan
– Ja nie mam nad sobą panów ani królów – odpowiedziałem emocjonalnie, lecz piskliwie, ciągle nie umiejąc w swoim umyśle poradzić sobie z fantazyjnym tatuażem na nodze.
Dalej było już gorzej – jęk, wycie, perorowanie o wyższości piosenki znanej nad nieznaną, znajdowanie tekstów oraz akordów w internecie na smartfonie i co najgorsze śpiew podniosły dziewki, że być zawsze tam, gdzie ty. Gdybym był młodszy, niechybnie przeżyłbym traumę (od tamtej pory zresztą nie kręcą mnie już żadne dziary). Ja jednak doświadczony losem postanowiłem złe bodźce przekuć w coś wartościowego. Nie jestem wszak w ciemię bity i wiem, że przecież piosenki ciągle powstają i że warto ich słuchać nawet, jeśli trudniej się młodym kapelom przebić niż kiedyś. Niestety lub stety w ten jakże patetyczny czas uświadomiłem sobie rzecz nad wyraz wstydliwą, że przez ostatnie 10 lat, to ja osobiście, a nie ci źli inni, nie wiem, czy przesłuchałem nawet 10 całych jakichś nowych płyt śpiewających po polsku artystów starszych i młodszych, że sam zagubiłem się w jutubowym chwilowym odtwarzaniu muzyki i ocenianiu powierzchownym w prostej skali „fajne – nie fajne”. Piszę ten artykuł dla właśnie takich osób jak ja, które nie miały środków, możliwości czy chęci uczestniczenia w kulturze popularnej polskiej w dziedzinie muzyki w ostatnich latach w takim stopniu, w jakim sobie wyobrażają, że powinni. Poza tym dekada się kończy i wypadałoby w końcu zrobić jakiś ranking. W moim przypadku nie będzie pierwszych i ostatnich miejsc, gdyż sam w życiu współczesnymi podziałami kastowymi się brzydzę. Zresztą każdy z twórców, który do mnie dotarł (a przesłuchałem w ostatnim czasie z 50 płyt), wnosi przecież coś innego do naszych potencjalne skomplikowanych emocjonalnie dusz, z których za kilka miliardów lat zresztą wyewoluujemy w jakąś niezwykłą rasę dobrodusznych oraz kochających istot bez rywalizacji i niszczenia środowiska naturalnego, wód, ziemi, powietrza, lasów tropikalnych, a także tych naszych rodzimych.
Chciałbym więc przedstawić artystów, płyty, piosenki, które mnie mniej lub bardziej urzekły. Przez niektórych z was być może będą nieznane w ogóle, przez innych osłuchane do nieprzytomności na licznych koncertach, na których bywacie co 2 dni. Być może ktoś ze znawców powie, że rzucam tu współczesnym chłamem, ktoś inny, że komercją, że pominąłem wielu wartościowym twórców, do których po prostu nie dotarłem, ale nie jestem tu po to, że ogarnąć wszystko i zadowalać wszystkich. Napisałem to by zwyczajnie w świecie powielić obudzoną we mnie nadzieję, że choć słaby ze mnie patriota w klasycznym, walecznym ujęciu, to jeszcze Polska nie zginęła, póki po polsku śpiewamy.

P. S. Mam nadzieję, że ostatnie zdanie czytaliście na baczność.

 

Ostatnie tchnienia polskiego rocka wczesnej ery kapitalizmu

 

Każda dekada ma swoje odkrycia. Nie jest jednak tak, że świat wcześniejszy zostaje w jakiś niewypowiedziany sposób postawiony do okopu przeciw temu nowemu.
W latach 2010-2019 ciągle działali starzy wyjadacze jak Kazik Staszewski z nieśmiertelnym Kultem czy KNŻ-etem, ale też nowym, ciekawym projektem razem z Kwartetem ProForma, KSU zrobił bardzo ciekawy pomysł koncertowy razem z folkową grupą Matragona, Nosowska zarówno solowo jak i z zespołem Hey kontynuowała drogę wytyczoną w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku, romansując zaciekle z szeroko pojętą alternatywą rockową i nie tylko, Artur Rojek nagrał solową płytę „Składam się z ciągłych powtórzeń”, odpowiadając na świetny bądź co bądź „1.577” – album reszty członków zespołu Myslovitz razem z poznańskim wokalistą Michałem Kowalonkiem.

 

Jedną z najlepszych swoich płyt, według mnie, nagrał w tej dekadzie T.Love. Chodzi o album „Old is gold” z piękną interpretacją piosenki Boba Dylana z polskim tekstem Zygmunta Staszczyka „Lucy Phere” i wieloma nawiązaniami do twórczości amerykańskiego country i rocka lat 50 i 60.

 

Nagrywał Grabaż i zespół Strachy Na Lachy, Tymon Tymański nie próżnował, choć w tej dekadzie najbardziej znanym jego projektem był film „Polskie Gówno”. Nie zniknął również Wojciech Waglewski, a jego wspólną wraz z synami Fiszem i Emade płytę „Matka, Syn, Bóg” osobiście wyróżniam za nowe, jak na polskie warunki i jak dla mnie nie będącego fanem polskiego bluesa przedstawienie słuchaczowi tego rodzaju muzyki, a przynajmniej wielu do niego nawiązań.

 

Nie mógłbym także pominąć projektów trójmiejskiego muzyka i tekściarza Grzegorza Nawrockiego – w szczególności płyty grupy Nawrocki Folk Computer Band z 2013 roku, ale także dwóch albumów zespołu Kobiety, który jest według mnie najbardziej niedocenionym w Polsce przedsięwzięciem artysty pokolenia urodzonego w latach 60 XX wieku.

 

 

Osobny punkt i różowy dyplom oraz puchar należy się, według mnie, Maciejowi Maleńczukowi. Nikt jak on nie uczynił tak ogromnej edukacyjnej pracy na rzecz naszego biednego społeczeństwa w tym dziesięcioleciu. Nie jestem wielkim fanem jego ostatniej autorskiej twórczości. Jako rockman w głębi duszy do końca życia uznawał będę jedynie Homo Twist. Niemniej przypomnijmy Maleńczuk od 2010 roku nagrał po kolei najpierw płytę z piosenkami rosyjskiego poety i barda Włodzimierza Wysockiego; następnie bardzo dobre „Psychocountry” w dużej mierze z polskimi interpretacjami i tłumaczeniami utworów Johnnego Casha, ale nie tylko; jazzowy krążek „Jazz for idiots” czy wreszcie album z utworami Wojciecha Młynarskiego, a ostatnio jakieś rzeczy jazzrockowe inspirowane podobno… Sepulturą. W każdym razie wypromowanych przez Maleńczuka w tej dekadzie artystów twórczość wcześniej znałem mocno wybiórczo, a teraz znam trochę lepiej.

 

 

Sieroty i wdowy po polskim rocku i alternatywie

 

Może być to nie lada kontrowersją, że zespół Lao Che umieszczę właśnie w tym podrozdziale, a nie w tym dla doświadczonej życiem Wielkiej Rady Starych Rockmanów (w skrócie WRSR). Wszak członkowie grupy to już poważni ponad czterdziestoletni panowie (wokalista Hubert „Spięty” Dobaczewski jest młodszy od Katarzyny Nosowskiej o 3 lata, a od Tymona Tymańskiego o lat 6). Uczynię tak jednak pewnie i bez żadnych wątpliwości. Lao Che to grupa, która według mnie wyprzedza pod względem technicznym i produkcyjnym, ale i w kwestii eksperymentowania z różnymi gatunkami zespoły, jak to roboczo, nazwę starego dobrego polskiego rocka o co najmniej jedno pokolenie. Każda płyta którą nagrali w tej dekadzie, a była ona dla Lao Che niezwykle płodna, wnosiła do polskiej muzyki coś nowego. Nie wszystkie, co oczywiste, były dla mnie osobiście powodem do omdleń, ale album „Dzieciom” z 2016 roku wraz z takimi utworami jak „Wojenka” czy „Bajka o misiu (tom I)” mogę śmiało nazwać dziełem tego dziesięciolecia.

 

Kolejnym punktem tego podrozdziału będzie wspomniany już wcześniej wraz ze wzmianką o płycie „nowego” Myslovitz gatunek szeroki i niezbyt ścisły jakim jest Indie Rock. W tym dziesięcioleciu to właśnie poprzez odejście ze śląskiej supergrupy Artura Rojka świat mógł się dowiedzieć o projektach jej nowych wokalistów – poznańskiej grupy Snowman Michała Kowalonka oraz katowickiego Lorein Łukasza Lańczyka. Ponadto pojawiły się młode zespoły jak trójmiejski Mjut (czekam na nową płytę, którą zapowiada świetny utwór „Nie chcę prawdy”) czy Hoszpital rodem z Poznania. Właśnie ta ostatnia formacja zasługuje, w mojej nieskromnej opinii, na szczególną uwagę ze względu na spójność każdej z płyt (a wydali ich 3). Zdaję sobie sprawę, że Indie Rock to studnia bez dna w Polsce jak metal czy hip hop, ale tak się złożyło, że z całego tego śmietnika właśnie Hoszpital zawładnął w pewnym momencie moim życiem płytą „Weszoło” z 2015 roku.

 

 

Nie mógłbym napisać tego niezwykłego artykułu, gdyby nie pogrobowcy polskiego Punk Rocka. Nie sposób pominąć w tej materii gdańskiej grupy Gówno czy wyrastającej z niej formacji Nagrobki. Są to projekty trójmiejskiego środowiska artystycznego, młodych absolwentów ASP kreujących swój wizerunek na wojowniczych punków rodem z demówek Dezertera czy innych Moskiew i jarocińskich bekań lat 80. Nie są to moje zabawy, ale niech będzie dla nich nobilitacją, że bliska memu sercu pisarka Dorota Masłowska wykonała cover Gówna „Ballada o siatce foliowej” – wielkiego hitu, który przeszedł już do historii.

 

Innym godnym uwagi i dużo bardziej do mnie przemawiającym zespołem nawiązującym do prostoty punk rocka w ostatnich dziesięciu latach jest olsztyńska formacja Romantycy Lekkich Obyczajów. Damian Lange, czyli wokalista grupy, udziela się również w bardziej złożonym instrumentalnie zespole Transsexdisco, ale to właśnie Romantycy Lekkich Obyczajów ze względu na swój akustyczny, minimalistyczny charakter i nieśmiertelne przeboje jak „Poznajmy się”, „Urodziny” czy nieśmiertelny hit „Lodziarka” wpisali się do encyklopedii polskiej piosenki po polsku.

 

Ostatnim najmniej mi bliskim, aczkolwiek niemożliwym do pominięcia zjawiskiem w ostatnim dziesięcioleciu, jest młody polski rock i alternatywny pop z talent show i festiwali takich jak „Męskie Granie”. Mamy tu takich artystów jak Damian Ukeje, projekty rockowe Fisza i Emade, czyli Kim Nowak, Korteza, Skubasa, Natalię Przybysz, Brodkę, Melę Koteluk, Dawida Podsiadło, Organka czy Krzysztofa Zalewskiego. Choć doceniam każdego z tych artystów, cenię melodię i warsztat muzyczny, a czasami też (choć rzadziej) tekstowy, czegoś mi w nich brakuję, żeby zawładnęło to moim wnętrzem i żebym zapragnął w ich imieniu sprzedać duszę diabłu.

 

Nie pozostawię jednak tego podrozdziału bez wyróżnień. Szczególną moją uwagę zwracają bowiem single Meli Koteluk (choć całych jej płyt ciężko mi się słucha) jak „Melodia ulotna” czy „Fastrygi” oraz teksty Fisza zarówno w Kim Nowaku, w mniej już w tej dekadzie hiphopowym Tworzywie Sztucznym oraz we wspomnianym wcześniej projekcie międzypokoleniowym Waglewski Fisz Emade.

 

Podoba mi się też album Krzysztofa Zalewskiego „Złoto” z 2016 roku ze wszystkimi jego singlami, a także, abstrahując od głośnego w ostatniej dekadzie aborcyjnego skandalu, niektóre piosenki Natalii Przybysz za warstwę muzyczną i aranżacyjną.

 

 

Polska elektronika i hip-hop alternatywnego mainstreamu

 

Nie na rocku się kończy świat. Ubolewam nad tym, ale niestety muszę przyjąć istnienie innych światów. Szczególnie ciężki jest dla mnie do zaakceptowania świat elektroniki i techno. Mamy tu projekty docenione w pewnych kręgach jak Nivea i Wojciech Bąkowski, których nie potrafię osobiście zrozumieć w ogóle, ale nie wypada mi nie wspomnieć o nich skoro wiem, że zaistniały w tej dekadzie. Niezbyt pochłania mnie również kreacja Marii Peszek, która także nagrywała w tym dziesięcioleciu muzykę elektroniczną. Nie przemawia do mnie, mimo że świat ten jest mi raczej bliższy niż dalszy i również nie jestem skłonny na ten moment ginąć na wojnie, jej przekaz jakby z transparentu jakiejś lewicowej manifestacji albo wiecu. Mamy wreszcie wspomniany wcześniej projekt pisarki Doroty Masłowskiej Mister D., który wyróżnia się, co nie powinno dziwić, ze względu na formę warstwy tekstowej. Odstręcza tu jednak trochę niezatajona nawet próba kopiowania wykonawców zagranicznych jak Die Antwoord i innych, których nie potrafię określić, ale ktoś mi powiedział, że zostało tu to jawnie skopiowane i w jego ocenie nieudolnie się to odbyło. Ja tym głosom zaufałem, bo nie mogę się opędzić od wrażenia, że ta kreacja nie z tego świata pochodzi. Niemniej płyta Masłowskiej w całości jest dla mnie nawet śmieszna, jak się ma oczywiście nastrój na takie śmiesznostki. Zresztą posłuchajcie sami, ja się nie znam się na technie.

 

Niech nikt nie śmie myśleć jednak, że zostawię tę obcą mi polską elektronikę jedynie z dystansem i wysublimowaną pogardą. Tak nie będzie, albowiem wyniosę na piedestał zabrzański (lub już warszawski?) projekt The Dumplings Justyny Święs i Kuby Karasia (urodzeniu w drugiej połowie lat 90 XX wieku). Pomimo elektronicznego charakteru muzyki, można tu wyczuć w nielicznych, aczkolwiek najbardziej znanych utworach po polsku wrażliwość bliską memu sercu. Ponadto wokalistka i autorka tekstów pochodząca z artystycznej, aktorskiej rodziny w wywiadach stara wytworzyć się wokół siebie aurę intelektualizmu, chętnie mówi o książkach, które mają być dla niej niesłychanie ważne. Może komuś to nie odpowiadać, może śmieszyć, ale dla mnie to po prostu najciekawsza kreacja w porównaniu do tych wszystkich, które opisałem wcześniej.

 

Kolejną nawiązującą do elektroniki, ale bardziej spokojnego, ambientowego (czasami jednak męczybułowego) charakteru, jest twórczość Błażeja Króla wcześniej znanego z Indie rockowej formacji Kawałek Kulki z Gorzowa Wielkopolskiego. W tej dekadzie artysta ten zawładnął umysłami polskich melancholików poprzez projekty UL/KR, KRÓL czy Kobieta z wydm. Przedsięwzięcia te nie są, w mojej opinii, wybitne, ale na pewno intrygują szczególnie pod względem tekstowym.

 

Jeśli chodzi o świat rapu i blokowisk, to jest to ciągle uniwersum nieskończone. W każdej miejscowości możemy znaleźć domorosłego rapera coś tam mamroczącego o blantach, beznadziei, policji czającej się w krzakach i innych hajsach. Porzućmy jednak stereotypy, bo hip-hop też może być wartościowy dla polskiej kultury. W moim jakże ograniczonym dojściu do tego gatunku posłużę się tylko dwoma przykładami artystów działających latach 2010-2019. Pierwszym będzie znany już z pierwszego dziesięciolecia XXI wieku Szczecinianin Łona. Artysta swobodnie posługujący się środkami poetyckimi i ironią, która stała się zresztą jego znakiem firmowym, tym razem proponuje bardziej dorosły i społeczny w swoim wyrazie rap.

 

Drugim raperem wyróżnionym przeze mnie będzie odkryty i uznany przez wielu, a ostatnio promowany przez Krzysztofa Piątka (piłkarza AC Milan) Taco Hemingway. Przygotowując się do napisania tego artykułu przesłuchałem co prawda jedynie płytę „Marmur” z 2016 roku, ale i tak bał się nie będę i się wypowiem. Album jest czymś na kształt relacji z terapii jaką artystą odbył w jakimś miejscu w Trójmieście – tytułowym hotelu Marmur. Co ponadto możemy tu usłyszeć? Autor bardzo zgrabnie posługuje się językiem polskim przedstawiając lęki i wątpliwości egzystencjalnie wrażliwców z dużych polskich miast wkraczający w dorosły świat pieniądza i układania sobie życia. Może powinno tak być, ale jednak nie moje to klimaty. Niemniej twórca na pewno warty uwagi.

 

 

Moje prywatne odkrycia – wewnętrzni przyjaciele

 

Nie jestem wielkim fanem Czesława Mozila. Kiedy byłem na studiach, nuciłem sobie co prawda pod nosem „Maszynkę do świerkania”, ale w zasadzie nie kojarzę specjalnie więcej hitów w twórczości projektu Czesław Śpiewa. W tym dziesięcioleciu bardziej utkwiła mi w pamięci „afera” z wyrzuceniem z koncertu hałasujących, pijanych fanów zagłuszających artystę. Promowało to płytę o emigracji, których rzecznikiem Czesław Mozil chciał się stać i nawet może i się stał, ale jakoś mnie to nie pochłonęło (płytę „Księga Emigrantów. Tom I” promował singiel „Nienawidzę cię Polsko” – mimo wszystko zachęcam by się zapoznać). Może dlatego, że nie jestem emigrantem, a może powodem jest to, że jestem głupi i się nie znam. Nie wiem tego, ale wiem jedno, że wcale nasz poczciwy twórca duńsko-polski nie zostawił nas w tym dziesięcioleciu z niczym. W 2011 roku powstała bowiem  mało znana (co prawda doczekała się nominacji do Fryderyków, ale uznajmy, że nikt o tym nie wie) w szerokim obiegu płyta „Czesław śpiewa Miłosza” i za to właśnie jestem Mozilowi wdzięczny dogłębnie. Dzięki temu w moim życiu pojawił się bodziec do czytania poety-noblisty. Płyta nie jest buńczuczna i wyegzaltowana jak klasyczne twory poezji śpiewanej, ale i nie jest też niedbała i byle jaka. Z czesławową charakterystyczną manierą śmiem twierdzić, że te interpretacje Miłosza są po prostu piękne i na swój sposób urocze. Warto też zapoznać się z teledyskami do różnych utworów projektu Czesław Śpiewa. Są naprawdę niezłe.

 

 

Innym autorem biorącym, choć już w mniejszym zakresie i mniej, moim zdaniem, udanie na warsztat wiersze Czesława Miłosza jest warszawski piosenkarz Paweł Sołtys powszechnie zwany jako Pablopavo. Wyrosły z tradycji polskiego reggae i ragga jako jeden z wokalistów zespołu Vavamuffin największą paletę swoich możliwości tekstowo-muzycznych zaprezentował jednak grając poza formacją, która przyniosła mu rozgłos (Pablopavo wciąż jednak udziela się w Vavamuffin). O ile wykonanie wspomnianego wiersza Miłosza „Piosenka” wyszło mu, moim zdaniem, kiepsko, o tyle autorski rozwój artysty szczególnie w projekcie Pablopavo & Ludziki był dla mnie odkryciem można powiedzieć milowym. Szczerze przyznam, że późno zabrałem się zapoznawanie się z twórczością warszawskiego artysty, wmawiając sobie w duchu, ze ja przecież na ragga nie mam teraz nastroju, że to nie dla mnie. Jakie było moje zdziwienie, gdy wreszcie się przemogłem i w pociągu relacji Wrocław-Katowice zapuściłem sobie album „Ladinola” z 2017 roku. Zdając sobie sprawę, że nie jest to najwybitniejszy warsztatowo wokalista w porównaniu z tymi wszystkimi występującymi na wszelakich konkursach telewizyjno-festiwalowych, poczułem z nim pewnego rodzaju więź artystyczną. Pablopavo wzbudził we mnie niemal już umarłą nadzieję, że świetny tekst po polsku może obronić warsztat śpiewu artysty. Niech dowodem mojego uznania będzie umieszczenie trzech piosenek pod tym jakże wadliwym opisem. Niech sztuka broni się sama.

 

 

 

Skoro mam już swojego platonicznego artystycznego przyjaciela, który nie wie, że jego przyjacielem jestem, to i wypadałoby mieć taką platoniczną artystyczną miłość, która mojej miłości oczywiście nie podziela. Nie wiem, co prawda, jak ma na imię (boję się tego dowiedzieć, gdyż mogłoby to moją miłość zniszczyć), ale wiem, że zespół Domowe Melodie to jedno z najwspanialszych zjawisk, które spotkały ten kraj w ostatniej dekadzie. Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o rozwiązaniu się grupy kilka miesięcy po tym jak się o niej w ogóle dowiedziałem i jak ratowało mi to życie w moim poznańskim epizodzie życiowym. Tak mi smutno, że nie wiem, jak to skomentować. Słuchajcie po prostu Domowych Melodii – dwupłytowego albumu „3”, który jest moją osobistą relikwią, ale i debiutu, który przyniósł zespołowi rozgłos. Po prostu weźcie znajcie i lubcie ich.

 

 

 

Ostatnim moim odkryciem mijającego dziesięciolecia polskiej muzyki jest względnie najnowszy, choć wcale nie znikąd wzięty zespół Kwiat Jabłoni. Skromny na pierwszy rzut oka projekt rodzeństwa Sienkiewiczów wyrósł ze znanej z polsatowego talent show grupy Hollow Quartet. To jednak dopiero w Kwiecie Jabłoni możemy usłyszeć subtelność, delikatność i poetyckość, których zabrakło w bardziej złożonym instrumentalnie wcześniejszym bandzie. Mojego podziwu dla muzyki zespołu nie zmienił też fakt, o którym dowiedziałem się nieco przypadkiem, że rodzeństwo to dzieci znanego i cenionego przeze mnie piosenkopisarza Kuby Sienkiewicza z zespołu Elektryczne Gitary. Mam takie zboczenie, że czytam stare wywiady z muzykami, a w jednym z nich z 2014 roku autor nieśmiertelnych „Dzieci” (jakkolwiek by to dwuznacznie nie brzmiało) wypowiedział się o swoich latoroślach Kasi i Jacku, że mają zespół, ale na razie nie chce im mieszać w głowie, niech się rozwijają i sami odkrywają mroczny świat szołbizu (coś w ten deseń). Elektryczne Gitary miały też piosenkę, pt. „Kwiat jabłoni”. Mamy więc medialną sensację dla Faktu, ale mamy też muzykę i świetny album „Niemożliwe” z początku 2019 roku. Zresztą wydaje mi się, że w perspektywie następnych lat może powstać z  inicjatywy uzdolnionego rodzeństwa wiele jeszcze lepszych rzeczy. Ponadto osobiście mam skrytą nadzieję, że też zostaną moimi wyobrażonymi kolegami, a ich ojciec w razie czego będzie mnie leczył we snach.

 

 

P.S. Wiem, że już pozamiatałem i wszystko zostało umieszczone, jęk zawodu już dawno wybrzmiał, a ci co mieli  nie przeczytać tego jakże wadliwego i subiektywnego rankingu, to i tak go nie przeczytają, ale poczułem, że przeoczenie, którego dokonałem może mieć opłakane skutki dla świata i spowodować pożogę oraz śmierć milionów. Mowa tu  o płycie zespołu Tęskno, pt „Mi” z 2018 roku, z którą się zetknąłem wcześniej, ale nie zdążyłem się zapoznać, wyrzuciłem gdzieś do kosza na pranie i zapomniałem. Teraz, gdy już wszystko zostało napisane, wyjąłem to z tych brudów, myśląc sobie, że to kolejny projekt jak te wszystkie inne miałkie rzeczy, że przesłucham sobie dla formalności z oceną, że ble. Na szczęście późno, lecz nie wcale stwierdziłem, że nie miałem racji. Po kolei jednak, Tęskno jest to dziewczyński projekt Hanny Raniszewskiej i Joanny Longić wspomaganych przez sekcję smyczkową. Ubolewam nad tym, ale osobiście jako ignorant tych artystek nie znałem wcześniej, a jak sobie zdążyłem poczytać, to nie do pomyślenia taka nieznajomość, gdyż działają one na rynku polskiej muzyki od dobrych kilku lat. Przyznaję sobie w związku z tym karę chłosty i zapraszam do słuchania wszystkich miłośników czegoś co mógłbym nazwać indie krainą łagodności, ale nie będę nazywał, bo w sumie nie jestem w tym najlepszy. Płyta „Mi” zespołu Tęskno to po prostu bardzo ciekawy krążek, którego  nie mógłbym pominąć mówiąc o polskojęzycznej muzyce drugiego dziesięciolecia XXI wieku. Niech mój wybór wzmocni fakt, że w 2019 roku Gazeta Wyborcza nagrodą Sanki (również usłyszałem o niej po raz pierwszy) dla największych nadziei polskiej muzyki uhonorowała pierwszym miejscem artystkę o pseudonimie Hania Rani, czyli jakby się ktoś nie domyślił, jedną z liderek właśnie zespołu Tęskno.

 

 

 

***

 

To by było na tyle drogie dziewczyny z tatuażami na nodze i chłopcy z brodami na skos. Możecie na mnie psioczyć, że nie znam tylu wspaniałych wykonawców, że artyści starsi i młodsi, że Piotr Bukartyk, że Bitamina, że Żywiołak, że Grubson, że O.S.T.R., że Marika, że Nocny Kochanek, że wrocławskie z grupy Hurt się wywodzące  – Evorevo i DDA, że Muzyka Końca Lata, że Mikromusic (dopisałem po interwencji Toma Cruise’a) i wiele innych niesamowitych zespołów i wykonawców, niezwykłych tekściarzy, wokalistów, instrumentalistów, na których świat się jeszcze pozna i takich, o których nikt nigdy nie usłyszy. Ja wiem, że oni wszyscy istnieją. Sam wszak nim jestem . Nawet jeśli nie mogę w danym czasie czegoś przyjąć swym uchem, znam tylko z nazwy, nie miałem czasu się zapoznać albo nigdy nie słyszałem, to w sercu ich wszystkich czuję i cenię. W zeszłym roku odeszli z tego świata Kora i Robert Brylewski, umarł w tej dekadzie Wojciech Młynarski. W następnej pewien świat się już na dobre będzie kończył, ale muzyka polskojęzyczna będzie istnieć póki będziemy chodzić po tej planecie i posługiwać się tym językiem. Póki będziemy po prostu pisać piosenki po polsku. Takie coś coraz mniej potrzebne komukolwiek, ale dużo bardziej trwałe i autonomiczne niż wasze karty kredytowe, ubezpieczenia, struktury organizacyjne, wojny hybrydowe, sztuczne plemiona polityczne, supermarkety i kryzysy finansowe. Kwestia, żeby robić to dobrze. No i tyle. Podniośle zacząłem, to i podniośle kończę. Teraz idę umrzeć z głodu. Cześć.

 

 

 

Płyty, które polecam (bardziej lub mniej):
1. Maleńczuk – „Wysocki Maleńczuka” (2010), „Psychocountry” (2012), „Maleńczuk gra Młynarskiego” (2017)
2. Lao Che – „Prąd stały/Prąd zmienny” (2010), “Dzieciom” (2015), “Wiedza o społeczeństwie” (2018)
3. Kim Nowak – „Kim Nowak” (2010), „Wilk” (2012)
4. Łona i Webber – „Cztery i Pół” (2011)
5. Czesław Śpiewa – „Czesław Śpiewa Miłosza” (2011)
6. Kobiety – „Mutanty” (2011), „Podarte sukienki” (2015)
7. Romantycy Lekkich Obyczajów – „Lejdis & Dżentelmenels” (2012), „Kosmos dla mas” (2013)
8. Domowe Melodie – „Domowe melodie” (2012), „3” (2014)
9. T.Love – „Old is gold” (2012)
10. UL/KR – „UL/KR” (2012), „Ament” (2013)
11. Waglewski Fisz Emade – „Matka Syn Bóg” (2013)
12. Nawrocki Folk Computer Band – „Nawrocki Folk Computer Band” (2013)
13. Myslovitz – „1.577” (2013)
14. KRÓL – „Nielot” (2014)
15. Natalia Przybysz – „Prąd” (2014)
16. Mister D. – „Społeczeństwo jest niemiłe” (2014)
17. Pablopavo&Ludziki – „Polor” (2014), „Ladinola” (2017), „Marginal” (2018)
18. Hoszpital – „Weszoło” (2015)
19. The Dumplings – „Sea You Later” (2015)
20. Krzysztof Zalewski – “Złoto” (2016)
21. Taco Hemingway – “Marmur” (2016)

22. Tęskno – „Mi” (2018)

23. Kwiat Jabłoni – “Niemożliwe” (2019)

 

Kosmos to nieprzenikniony jest. Każde dziecko to wie i każdy, kto w gwiazdy patrzeniem się zachłysnął doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Wielu marzy o podróży w bezkresie galaktyk, czarnych dziur i w czasie. Sam często wyobrażałem sobie spotkanie z obcym jako niezwykle fascynujące doświadczenie, które mogłoby odmienić mój los. Ale co ja mogę? Jestem tylko chorym człowiekiem, a ludzie nawet o zdrowych zmysłach projektują w mózgu sobie różne cuda na kiju. Tak naprawdę jednak w kosmosie zwykłe rzeczy się dzieją jak w serialu. Nieistotne są tu różnice w pojmowaniu czasu i przestrzeni, w poziomie cywilizacyjnym czy też miejscowych obyczajach. Wszyscy jesteśmy zbudowani jak nasze słońca z tych samych pierwiastków i nic innego w nas nie ma. To taka chemia, która pozwala nam żyć i dobrze się czuć, a innym razem umierać, czując się źle jak diabli. Opowieść, którą poniżej przytoczę wyczytałem z czystego nieba, gdy nie mogłem spać z powodu wycia wilków i kolejnego niezbyt udanego przedsięwzięcia w normalnym ziemskim życiu. Będę ją opowiadał ziemskim językiem i ziemskimi kategoriami. Jestem tylko posłannikiem. Inaczej tego opowiedzieć nie umiem, a poza tym, gdy serce krwawi, ukojenie można uzyskać tylko w wodzie i gwiazdach. Na wodę było za ciemno.

***

To była kraina jak inne krainy, ale też była to kraina niepowtarzalna jak żadna inna. Tutaj zawsze świeciło słońce. No, w wyjątkowych sytuacjach, gdy było go w bród, to wtedy spadał deszcz, bo pogoda zawsze przynosiła ukojenie i nigdy nie była uciążliwa, a woda była smaczna i wcale nie zatruta ani jakaś kwaśna. Nikt nie był głodny ani przepracowany. Ludzie byli dla siebie mili, martwili się o siebie i w ogóle nie przeklinali. Na środku placu miasteczka, które przedstawiało się jak sielankowa sceneria z westernów lub serialu Doktor Quinn siedzieli dwaj kolesie. Jeden miał kowbojski kapelusz, a drugi pióropusz indiański. Ten w kowbojskim kapeluszu spał zakrywszy twarz nakryciem głowy swym, a drugi osobnik o rdzenno amerykańskiej osobliwości od 10 minut oglądał swoje dłonie ze wszech stron. Gapił się na nie jakby badał muchę pod mikroskopem. Z przenikliwością badacza-odkrywcy tak je sobie obserwował. Kowbojowi świszczał lekko otyły brzuch przez pępek jakąś dziwną parą, a z otworu gębowego wraz z zielonym obłokiem od niemycia zębów wydobył się bełkotliwy komunikat:
– Kocham cię, kocham cię
Indianin przestał obserwować dłonie zaciekawiwszy się majaczeniem swojego kolegi. Przez kilka minut widać było jakby bił się z myślami, kręcił głową i przewracał oczami. W końcu nie wytrzymał, sięgnął po zardzewiałe wiadro zapełnione końskim łajnem i wylał zawartość na swego towarzysza od spędzania wolnego czasu.
– Och, co się stało?? – zaniepokoił się Kowboj po swym gwałtownym przebudzeniu i zorientowawszy się w sytuacji zapytał – Dlaczego mi to uczyniłeś złośliwie drogi Zaprzęgu Przeciągu?! – tak nazywał się Indianin.
-Drogi Paluszku Okruszku – odpowiedział również bezpośrednio do swojego kolegi Indianin. – Krzyczałeś przez sen, więc bardzo się zmartwiłem. Nie mogłem znieść Twojego cierpienia pod czystym niebem naszym i drzewem Baobabem będącym naszym centrum i życiodajnym sokiem naszym.
Drzewo rzeczywiście było siedzibą lokalnych bogów i wyrocznią. Przemawiało raz w roku na temat losów najważniejszych przedstawicieli lokalnej społeczności. Niektórzy szeptali co prawda, że to oszustwo, że starszyzna wszystko zmyśla i nagrywa na magnetowid lub walkman, ale komunikaty miały wielką moc i wpływ na ludzi, bo zawsze lepiej z siłami metafizyki się nie mierzyć samymi grabiami czy też palmą kokosową. To może nie zadziałać, gdy się okaże, że tam po drugiej stronie czeka nas surowość i brak wyrozumiałości.
– Pamiętasz Wyrocznię? –zapytał Zaprzęg Okruszka zatroskanym głosem pełnym powagi i dostojeństwa.
– Nie pamiętam – odpowiedział zrezygnowany Okruszek – Ja nic nie pamiętam. Ciągle bym tylko spał.
Ostatnio nasz poczciwy Kowboj chodził smutny i samotny. Serce mu krwawiło.
– Więc ci przypomnę: „Ci co zeszli z nieba, będą mówić we śnie”. Tak brzmiał komunikat – rzekł jeszcze bardziej podniośle Indianin.
– To kłamstwo jest i tchórzostwo – odparł ledwo słyszalnym mruczeniem Okruszek.
– A więc może inaczej, kogo kochasz przyjacielu? – zapytał Zaprzęg Przeciąg zatroskany losem swego kompana, który w tym czasie odwrócił głowę jak dzieci, gdy nakrzyczy na nich rodzic za niegrzeczność. – Kogo kochasz?! – zatrząsł Indianin Kowbojem chwyciwszy obiema dłońmi ramion lewego i prawego swojego kolegi.
– Ja nikogo nie kocham i nikt mnie nie kocha! – odparł emocjonalnie zalewając się łzami Paluszek Okruszek. – Jakbym miał 15 lat, to może bym ją kochał, a teraz to tylko jednego dnia chcę uprawiać z nią miłość na świętym drzewie, drugiego chcę uratować przed siłami natury, które właśnie na nią się uparły i chcą jej zguby, trzeciego służyć i sprawiać, żeby szczęście i tylko szczęście było jej przeznaczone, czwartego miłą prowadzić dyskusje bez zobowiązań pełną szczerości i wyznań, które niewidzialną energię przemieszczają między balkonami naszych dusz. A w pozostałe dni bym tylko spał, bo się to nie spełni nic a nic. – jeszcze głośniej zawył jak jakaś małpa albo koza na równinie w epileptycznym szale Kowboj romantyk.
Ostatnio Paluszek Okruszek spotkał się 3 razy z córka lokalnego ogrodnika, czarującą Ekierką Serdelką i tak się złożyło, że bardzo przypadła mu do gustu. Ona też lubiła kowboja, lecz miała rozliczne obowiązki względem społeczności, nauki, sztuki, dwóch ładnych, żądnych przygód absztyfikantów, czterech sędziwych bezdomnych psów, siedmiu starszych małżeństw bez umiejętności włączania włącznika od światła oraz, jakby to głupio nie zabrzmiało, wobec jednego pokrętła od radia, które za każdym razem odpadało, kiedy się kręciło ruchem przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Długo by to jednak wyjaśniać i nie warto. Nie miała w każdym razie czasu dla naszego bohatera, choć czuła, że to szkoda trochę i że nie jest dla niego obojętna, to przecież nie dla niego jednego taka nie jest, a przecież się nie rozdwoi albo nie roztroi. Dlaczego miałaby to robić zresztą i po co?
– Jejkuś, jejkuś – zmartwił się Indianin, gdy wszystko starał się złożyć do kupy po wypowiedzi przyjaciela. Zapomniał też o swoich dłoniach, które tak go nurtowały od kilku dni – O rety, rety, rety – dodał także.
– Co żesz mówisz tak jakoś nieskładnie? – zaniepokoił się Paluszek przez chwilę racjonalnie, po czym załkał znowu nad swym losem, wydając z siebie nienaturalne skrzeczenie pelikana.
– Och przyjacielu. Nie wiesz, co tu się wydarza! – zakrzyknął podskoczywszy wzniesion palec ku niebiosom Indianin. Oczy miał zamglone dziwnym mlekiem wewnętrznym jakby głosił proroctwo. – Był tu jeden człowiek, powiedziałbym, że cały na biało, ale niezupełnie był cały na biało, bo jego, ubiór, garnitur i spodnie garniturowe białymi były, lecz pokryte także figurami geometrycznymi różnego typu.
– Mówże do rzeczy kumplu – zaproponował coraz bardziej zdezorientowany Kowboj.
– On to wszystko przewidział!

***

Kalindungulu Tulugulululu siedział na tarasie w swojej daczy na Planecie Nibiru. Musiał wziąć jeden dzień wolnego. Ta cała sprawa była dziwna i nie do końca wiedział jak ja ugryźć, żeby wszyscy byli zadowoleni, a ściśle jego przełożeni (bo przecież nie ci, których sprawa się tyczy). Od trzech przepływów komety pełnił na czwartej planecie od głównej gwiazdy w galaktyce Obłoku Magerlana funkcję Naczelnika ds. Kontroli Przepływów Bękarckich i pierwszy raz mierzył się z tak skomplikowaną sytuacją. Sytuacją trójkąta lub Szacha nie Mata jak nazwał to kiedyś jeden z nibiriańskich profesorów.
-Niech to szlag! – rzucił prawie pełną szklanką Borbembu, czyli ojczystego napoju zdrowia i urody o twarde, pokryte szczerym złotem podłoże, po którym stąpał i które jako jedyne doskonale rozumiał. Teraz coraz częściej musiał obcować z dziwnym żwirem lub piachem. Mierziło go to i brzydziło niewyobrażalnie, mimo to przełykał tę gorycz w imię kariery międzyplanetarnej. Właściwie nie pamiętał, kiedy ostatnio spędził tyle czasu we własnym domu. Niczego już nie poznawał. Ciągle się o coś potykał i nie mógł nic znaleźć. Ponadto nie potrafił zrozumieć jak mógł o wszystkim tak głupio zapomnieć, jak mógł to przeoczyć. Sprawa z jednej strony wydawała się spalona, ale nie z takich opresji wychodził w normalnych okolicznościach. Tutaj była jednak strona druga, a raczej trzecia, bo i trzeci był bok trójkąta bękarckiego. Co teraz robić? Odciąć jeden bok i zobaczyć jak się potoczy sprawa dwóch pozostałych. Może wszystko samo ucichnie i umrze śmiercią naturalną. Być może, ale to i tak duże ryzyko, bo osobnik A dostrzegł pstryczek u osobnika B, a do tego osobnikowi C sam powiedział, gdzie się jego miejsce docelowe znajduje. Po co w ogóle poszedł do tego dziwnego stworzenia i mu mówił o jego przycisku rozpoznania? To wszystko przez ojca, który ciągle mu robił wyrzuty, ze go nie odwiedza. Wiecznie jakieś pretensje i fochy. Chciał wcześniej wracać, więc zrobił wszystko na hop siup i bęc. Wydawało mu się, że z tej strony to rozwiążą szybko i sprawa ucichnie ze względów obyczajowo-preferencyjnych. Zresztą najwyżej dwa boki się znajdą i wrócą, a trzeci zostanie – pomyślał. Najwyżej dostanie naganę. Co mu zrobią? Kto zamiast niego będzie chciał się łajać w tym bagnie? Tak sobie dumał, ale wiedział, że musi przedsięwziąć pewne stanowcze kroki. Oczywiście bez przemocy. Ta była zakazana na Nibiru wobec autochtonów różnych planet od wielkich połaci czasu czy też wieków liczonych trochę inaczej niż u nas i na planecie Życie, na której dzieje się ta opowieść. W każdym razie Kalindungulu Tulugulululu wiedział, że problem trzeba będzie rozwiązać perswazją i manipulacją. Jak zwykle zresztą.

***

Nibirianie mają zdolność transformacji do jednej formy miejscowego bytu na różnych planetach, dostosowują się również do miejscowego czasu, dób i pór roku. Posiadają także oczywiście zdolność teleportacji. Jeszcze niedawno, w poprzednim pokoleniu przemierzali lata świetlne galaktyk i mieszali się z miejscowymi ludami. Kilka lat nibiriańskich temu zostało to jednak prawnie zakazane i biologicznie zablokowane specjalnym zastrzykiem zaraz po urodzeniu. Jak głosiły wątpliwe w niektórych kręgach analizy mieszanie bytów na różnym poziomie rozwoju miało prowadzić to do naruszenia ekosystemu planet i prawidłowego rozwoju ewolucyjnego stworzeń w kosmosie. Być może było w tym źdźbło prawdy, niemniej potomkowie takich związków mieszanych ciągle żyli we wszechświecie, często bez świadomości kim są i przede wszystkim bez możliwości wykorzystania swojego potencjału do jakiego zostali genetycznie predestynowani. O nich też nowe prawo nie zapomniało i uregulowało przepływy do niezbędnego minimum. Tylko najwybitniejsze jednostki, których wielkie moce i upór były nieprzejednane pomimo przeciwności miały mieć możliwość powrotu na planetę wyższego rzędu. Nie było jednak, jak nietrudno się domyślić tak, że wszyscy mieszkańcy planety Nibiru byli zadowoleni z nowych rozwiązań, choćby z tego powodu, że nowe prawo na zawsze miało rozdzielić rodziców z dziećmi, a także pary multiplanetarne nigdy więcej nie miały zasmakować rozkoszy miłości wzajemnej. Specjalny dekret ustalił tu bowiem, że za pomocą kapsułki specjalnego środka tzw. Barciu zatracą takie osoby zdolności komunikacyjne ze swoimi bliskimi na innych planetach, a także nie będą czuć pożądania względem innych galaktycznych ras. Krewnym ich na planetach niższego rzędu z kolei zagmatwano pamięć w strukturę snu i nie wiedzieli już, co było jawą, a co światem marzeń. Wielu Nibirian czy jak kto woli Annunakich w związku z tym protestowało i sabotowało nowe przepisy, za co znikali w niewyjaśnionych okolicznościach karani za swą działalność wywrotową. Ciągle działali opozycjoniści- wędrowcy o wyjątkowych zdolnościach psychokinetycznych, a także filozoficzno-logicznych, którzy w bardzo delikatny sposób (zbytnia gwałtowność mogła prowadzić do szaleństwa) uświadamiali tzw. bękartów o ich pochodzeniu, możliwościach i o tym, że zawsze mają wybór, czy pozostać na ich planetach wychowania czy wyruszyć w podróż do świata ich szczytu zdolnościowego. W skrócie mówili im, że mogą prowadzić wybitne życie jako Annunaki albo takie, którym żyli dotychczas i które do tej pory dawało im szczęście i jasność zasad. Kosmiczni śmieciarze często znajdowali szczątki tych mobilnych opozycjonistów przyklejone do meteorytów dziwnymi taśmami jakby ktoś chciał, żeby cały bezkres kosmosu zobaczył, jaki los spotkał „rzezimieszków”, którzy odważyli się podnieść rękę na świętą, wyższą mądrość i władzę. Tych jednakże nie ubywało. Działało to podobnie jakby odciąć głowę Hydrze – na jej miejsce powstawały nowe dwie. W ramach przeciwwagi rząd Nibiru stworzył więc specjalny urząd, który miał zajmować się kontrolą losów bękartów na planetach wychowania i w razie potrzeby utrudniania im emocjonalno-preferencyjnie podjęcie decyzji o powrocie. Choć przemoc wzajemna na Nibiru była rzeczą, jeśli nie powszechną, to po prostu występującą, to na planetach, z których dóbr Annunaki korzystali, wobec autochtonów, jak już było wspomniane, była zakazana. Jak dotychczas, udawało się tę zasadę utrzymać. No i życie sobie płynęło – gwiazdy wybuchały, galaktyki się zderzały, czarne dziury wciągały, czas się naginał. Ktoś walczył w imię czegoś przeciw czemuś lub komuś, a ktoś występował również z jakimiś założeniami, żeby zachować status quo.

***

Paluszek Okruszek obejrzał swe oblicze w lustrze, po czym zwymiotował. Miał ostatnio takie dziwne reakcje nie wiadomo skąd i dlaczego. Ciągle myślał o córce ogrodnika. Zazwyczaj dobrze i miło, ale czasami chciał jej wyznać coś innego – uczucie, którego nie potrafić nazwać, chciał wyznać jak rani go jej nieczułość wobec prawdziwości jego uczuć i nieprzejednanego poświęcenia wiecznego, i w związku z tym, że powinna ponieść z tego tytułu jakąś odpowiedzialność. Chciał też niejednokrotnie uczynić kilku osobom, z którymi przebywała, prawdziwie wyuzdaną krzywdę i co kompletnie niezrozumiałe w jego świecie, chciał to zrobić umyślnie. Raz kiedy zobaczył Ekierkę Serdelkę ze Sportowcem Wielkiego Nurtu Bocianem Kasztanem całą noc ostrzył łopatę, żeby sprawić mu nią ból i przykrość. Na szczęście potrafił uświadomić sobie, że pomysły te przynieść mogą jedynie zgubę miast ukojenia, którego łaknął i do którego dążył wewnętrznie od najmłodszych lat. Po przebudzeniu skopał więc ogródek, żeby zapomnieć o swych emocjach nienazwanych, które w innych częściach wszechświata znamy jako gniew, złość, zazdrość czy chorobliwe pożądanie. Poza tym martwił się o swojego przyjaciela Zaprzęga. Ostatnio zachowywał się jakby w ogóle nie sypiał lub zażył przez przypadek roślinność psychoaktywną. Indianin ciągle go ostrzegał, bełkotał coś żeby się nie zakochiwał, że to zguba, że jakiś człowiek w trójkąty i kwadraty go ostrzegał, że otworzy się brama piekła. Ciągle też obsesyjnie gapił się na swoje dłonie jakby zwariował. To jednak Okruszka nie interesowało. Jemu inna część ciała nie pozwalała spokojnie zjeść posiłku. Miejsce między łydką a udem na zgięciu Ekierki Serdelki. Ten moment, kiedy to ujrzał, był czymś na kształt przełomu. Od tej chwili, kiedy to zobaczył, mógł uczciwie się przyznać przed samym sobą, że ją kocha, a przynajmniej, że ciągnie go do niej jakiś dziwny magnetyzm. Czym jednak miałby on być jak nie miłością? Nie poznał co prawda wcześniej tego uczucia, ale tak go opisywali starsi, więc to chyba to. Tak sobie bujał w obłokach, gdy ni z tego, ni z owego rozległ się donośny stukot do drzwi. To dosyć osobliwe, biorąc pod uwagę, że było nad ranem, a każdy mieszkaniec miał w mieście swój własny domek i zakłócanie nocnej ciszy wiązało się z rzeczą naprawdę nagłą. Czyżby ktoś z rodziny umarł? A może to Zaprząg kompletnie oszalał? Wygramolił się z łazienki do przedpokoju, w którym znajdowały się drzwi wejściowe. Nie były zamknięte na klucz, ale wolał nie otwierać ich na razie na oścież. Niezbyt się dobrze czuł po zwymiotowaniu i na pewno źle wyglądał:
– Co się dzieje?! – zakrzyknął przez drzwi – Któż mi niesie nieprzychylne wieści?!
– Bardzo przepraszam, że się naprzykrzam – rozległ się dziwny, ciepły, kojący wszelkie rany życia wiecznego głos. – Mam dla pana bardzo ważną wiadomość, a nie mam zbyt wiele czasu.

***

„Za co los mnie pokarał, że musiałem trafić na tą planetę śmierdzących obiboków?” – pomyślał Kalindungulu Tulugulululu. Na planecie Życie nikt nie musiał bowiem pracować w sensie przymusowo-zarobkowym i nie pracował. Nie było takiej potrzeby. Mieszkańcy realizowali się w swoich drobnych hobby albo zajmowali się nic nie robieniem, a wyrocznia kontrolowała tylko, aby niczego nie brakowało i nie następowały żadne tarcia czy też sprzeczności. Zresztą genetyczna budowa organizmu Życianina nie zawierała ośrodków odpowiedzialnych za jakąkolwiek konfliktowość czy to w mózgu czy w żadnych innych organach. Również narządy rodne nie produkowały znanych nam hormonów, które mogły prowadzić do agresji czy w ogóle złośliwości. Żadnego prztyczka w nos ani zemsty jakiejś. Stuprocentowy Życianin kompletnie tego nie czuł i nie znał. Zwyczaje tego rodzaju doprowadzały do szału urzędnika nibiriańskiego, który niejednokrotnie odwiedzając planetę oczywiście nieoficjalnie i bardzo z pozoru przypadkowo opluwał, kopał czy lżył autochtonów. Ci reagowali jednak kompletną obojętnością lub krótkotrwałym grymasem, co czyniło jeszcze bardziej rozsierdzonym przedstawiciela rasy Annunaki. Za każdym razem, kiedy musiał wejść w bezpośrednią interakcję z tubylcem czuł się najdelikatniej mówiąc nieswojo, a teraz musiał tak uczynić z miejscową samicą – bękartem o niezwykłych zdolnościach nibiriańskich o charakterze zjednywania. Oczywiście nie była ich świadoma i używała swoich zdolności bardzo nieudolnie, ale tego osobnika mógł Kalindungulu Tulugulululu zaakceptować oficjalnie jako bękarta z potencjałem. Problemem była dwójka pozostałych. Ten, z którym ostatnio próbował się skomunikować wydał mu się kompletnym idiotą. Totalny chaos. Może gdyby się uporządkował w myślach coś by z niego było, ale póki co zwierzę, zwykłe zwierzę. Ten drugi z kolei, ten, który zobaczył miejsce to na razie trudno powiedzieć właśnie ze względu na zbyt dużą na raz dawkę struktury świadomości, którą przyjął. Póki co reagował w sposób bardzo irracjonalny i potrzeba było czasu, żeby można było na trzeźwo ocenić jego postawę i możliwości. W każdym razie jakby wrócił z samicą, to jeszcze jemu Kalindungulu Tulugulululu łba by nie urwali. Nie on pierwszy jako urzędnik ds. powrotów bękarckich zrobiłby takie uchybienie. Później albo odsyłano takich powrotem, co generowało niepotrzebne koszty, albo jeśli bardzo nie chcieli wracać, przeznaczano na badania dla potrzeb naukowych nibirianskich uczelni. Stawali się królikami doświadczalnymi, które były z tego powodu najszczęśliwsze na świecie. Nigdy nie mógł zrozumieć, skąd w tych stworzeniach tyle głupoty. Gorzej sprawa by się miała jakby przywiózł dwóch zwierzaków i to jeszcze spokrewnionych. Tego nie można robić, jeśli chce się uchodzić za kompetentnego. Wtedy specjalna komisja, surowa ocena, degradacja, to najmniejsze stresy, jakie mogły go spotkać. Rozmyślał tak czekając w miejscowej kawiarni, w której obsługą były zwierzęta przypominające wiewiórki. Myślałeś „chcę wodę” i zwierzaczek ci ją przynosił. Parsknął. Różne dziwy widział we wszechświecie, ale to akurat go bawiło. Jednego takiego gryzonia zabrał nawet na Nibiru. Niestety w nowych warunkach stworzenie popadło w jakiś dziwny marazm i szybko zdechło.
– Dzień dobry Panu – obudził go z zadumy śliczny, melodyjny głos miejscowej samicy. – Ma pan bardzo ładny garnitur zupełnie niespotykany w naszych stronach. Pewnie mieszka pan za wulkanem. Tam moda dużo ciekawsza niż u nas na prowincji.
– Dzień dobry – odpowiedział Kalindungulu Tulugulululu świergolącym głosem miejscowego amanta. – Bardzo się cieszę, że zgodziła się pani ze mną usiąść. Napiję się pani czegoś?
Ekierka Serdelka wybuchła śmiechem, a po bardzo krótkiej chwili wiewiórka przytargała jej w specjalnym koszyczku na grzbiecie szklaneczkę różowawego miejscowego napoju zwanego syntezją. Dziewczyna przytuliła zwierzaczka, a gryzoń dziobnął ją delikatnie po policzku, na co Serdelka zareagowała rozkosznym wzdrygnięciem.
– Ale z pana dowcipniś – zachichotała. – To prawda, co o panu mówią, że pan artysta komik jesteś. Przepraszam może byśmy przeszli na ton nieoficjalny. W naszych stronach wszyscy mówimy sobie po imieniu. Ekierka jestem – zaproponowała Półżycianinka-półnibirianka.
– Charles Bronson – odpowiedział z pewnością siebie i dużą dawką energii Nibirianin. Zasłyszał tę nazwę kiedyś na studiach, gdy odwiedził trzecią planetę w galaktyce Mlecznej Drogi. Bardzo go to imię rozśmieszyło. Zresztą na Ziemi, bo tak nazywali swoją planetę tamtejsi mieszkańcy, było trochę lepiej niż tu. Co prawda pomimo wielkich odległości sama forma bytowa, sceneria, architektura, ubiór, te głupkowate nakrycia głowy, a nawet jęki, wynaturzenia czy zwierzęcy strach były niemal identyczne, ale tam tubylcy przynajmniej jakoś reagowali na bodźce. Można było ich w ramach obrony własnej unosić telepatycznie i obracać w wirze. Ile było śmiechu, gdy jeden z drugim wydalali z siebie w tym czasie przez swe ubrania różne płyny i substancje. Ile by dał, żeby przeżyć to znów. Oczywiście mógł przenieść się do tego świata raz jeszcze, ale sam nie byłby już tak beztroski jak wtedy. Bagaż doświadczeń zrobił swoje.
– Jesteś naprawdę śmieszny Charles – nie mogła wyjść z zachwytu nad nowym znajomym Ekierka Serdelka. – To taki pseudonim artystyczny prawda?
– To mój kosmiczny kamuflaż – odpowiedział tonem zawadiaki urzędnik.
W tej chwili powłócząc nogami zza rogu wyszedł Paluszek Okruszek, za nim jak jakiś cień i strażnik podążał Zaprząg Przeciąg.
– Cześć Okruszku i Przeciągu cześć!!! – zawołała z wielkim entuzjazmem dziewczyna.
Paluszek odmachał uśmiechając się od ucha do ucha. Ożywił się jakby dostał jakiegoś turbodoładowania. Zupełnie inaczej zareagował jego przyjaciel o powierzchowności Indianina. Z bardzo zatroskaną miną podszedł do stolika i przemówił do postaci w białym garniturze przyozdobionym w figury geometryczne:
– Dzień dobry Panu. Cieszę się, że postanowił pan zatrzymać postępującą korozję naszych dusz i spotkał się z naszą przyjaciółką.
Następnie odwracając się w kierunku Serdelki chwycił ją za ramiona tak jak wcześniej kilka dni wcześniej swojego przyjaciela:
– Proszę! – zakrzyknął z jakby nieobecnym wzrokiem. – Przysięgnij, że nie pójdziesz z Paluszkiem Okruszkiem na żadną przechadzkę i nigdy więcej nie wymówisz do niego zdań wielokrotnie złożonych! Zrób to w imię naszej przyjaźni i dobroci, która w naszej krainie panuje od wieków!
Dziewczyna zmieszała się dość znacznie. Miała już przysiąc dla świętego spokoju targana przez dotychczas bardzo miłego jej sąsiada, gdy wtrącił się Kalindungulu Tulugulululu:
– Panie Zaprzęgu – rzekł spokojnym, lecz mocno pogardliwym tonem dyplomaty wojennego. – Proszę napić się wody. Przebiec dookoła studni i więcej tutaj już dzisiaj nie przychodzić.
Wszyscy obecni Życianie, którzy znajdowali się nieopodal i dotychczas zajęci byli swoimi sprawami nawet podczas „występu” Zaprzęga Przeciąga w jednej chwili odwrócili wzrok i skierowali go na Nibirianina.
– Ty tak grasz Charles prawda? – spytała z prawdziwym strachem w głosie, nie pojmując sytuacji i tego jak jedna osoba może być dwoma osobami Ekierka Serdelka. – To tylko taki aktorski występ?
– Zwierzęta – wycedził przez zęby Kalindungulu Tulugulululu. Wstał w majestacie, ostentacyjnie i wyniośle zapiął guziki w swoim garniturze, a następnie zniknął tak szybko jak się pojawił. A zawsze pojawiał się znikąd.

***

Nie był rad z postawy swojego przyjaciela. Indianin ciągle za nim łaził i zaglądał nawet do talerza. Zanim Paluszek założył buty, Zaprząg musiał sprawdzić podeszwy. Szafę przerzucał Okruszkowi co 2 godziny. W końcu Kowboj nie wytrzymał i przemówił do swojego przyjaciela:
– Proszę cię Zaprzęgu Przeciągu zaprzestań tego rodzaju praktyk. Potrzebuję intymności i samotności, a ty, choć wiem, że się o mnie martwisz i bardzo się cieszę, że jesteś, to czuję, że naruszasz moją prywatność. Chciałbym pobyć trochę sam.
– Och przyjacielu – odpowiedział Indianin. – Wiem, że moje zachowanie może być dla ciebie bardzo uciążliwe. Jednakże robię to dla wyższego celu. Mogę jednak się zgodzić na to, abyś pobył tej nocy w swoim domu samotnie. Ja będę jednak stał na straży i ani nie mrugnę. Śpij spokojnie, nie będę hałasował.
Kowboj westchnął. Odechciewało mu się wszystkiego, coś dziwnego kazało mu mówić głosem donioślejszym o większym poziomie decybeli, ale nie rozumiał tego i bał się, jak mogłoby to zostać odebrane. Ciągle też myślał o spotkaniu z tym dziwnym człowiekiem w łachmanach z torbą listonoszką zarzuconą przez ramię. Obcy opowiadał w jakiś taki zaczarowany sposób, że nie jest się kimś jednym na zawsze, ale można być wieloma i widzieć dużo więcej, nie musząc się obracać czy nawet otwierać oczu. Jakby słyszał Wyrocznię. Pragnął Ekierki, ale tajemniczy jegomość powiedział mu rzecz, która go zamurowała:
– W pewnych okolicznościach przyrody i kontekstu fizykalno-duchowego w innym świecie, do którego należycie jest ona twoją siostrą. Aby dowiedzieć się więcej będziesz musiał z nią jednak współżyć. Musi zobaczyć twój przycisk rozpoznania i musicie się połączyć czymś ważnym w tym czasie.
– Jaki przycisk rozpoznania panie nieznajomy? – zadziwił się nieufnie Paluszek Okruszek.
– Tam na zgięciu na nóżce znajduje się jej i to już wiesz, a twój jest w trochę mniej wyszukanym miejscu – na bioderku – odpowiedział Listonosz z Gwiazd.
Nam Ziemianom mogłoby się wydawać to romantyczne, że biodro i łydka takie miejsca erotycznie silne, lecz niekoniecznie bezpośrednie znalazły tutaj swoje zastosowanie. Nie jest to jednak wcale takie magiczne jakby się mogło wydawać, a można by rzec, że nawet bezpośrednio wulgarne. Życianie-mężczyźni bowiem swoje narządy płciowe posiadają w okolicach prawej strony ziemiańskiej miednicy, czyli właśnie tam, gdzie wskazał nibiriański opozycjonista-telepata. Kobiety zaś po lewej. Stosunek płciowy wygląda tu w związku z tym jakby się dwa byty ocierały bokami. W każdym razie po usłyszeniu wiadomości od nieznajomego z krainy baśni Paluszek Okruszek w każdej wolnej samotnej chwili przyglądał się własnemu fallusowi, szukając, co też być mogło niezwykłego w nim bardzo. Teraz też tak robił, ale niczego się nie doszukał, więc znowu począł się martwić wariacjami Indianina. „Kiedy mu się w końcu znudzi?” – myślał, choć podskórnie wiedział, że jak się jego przyjaciel na coś uprze, to ciężko cokolwiek zrobić. Myślał tak i nie mógł zasnąć, a cienie na suficie tworzyły obrazy, których nigdy wcześniej nie widział. Nie były to barany, które codziennie zwykł liczyć przed zaśnięciem, a jakieś dziwne, gorące substancje niosące ból i zniszczenie. Bał się ich, ale ciekawiły go też wyjątkowo łapczywie. Jakby jakieś zwierzę chwyciło jego rękę w swoją paszczę. Byłby tak leżał to samego rana, gdyby w drzwiach nie ujrzał konturów jakiejś postaci:
– Drogi Zaprzęgu – przemówił zrezygnowany. – Obiecałeś dać spokój mojemu domowi tej nocy
– Ćśśś – odezwał się szeptem kobiecy głosik. – To ja Serdelka. Musiałam się z tobą rozmówić, więc wkradałam się do domu twego i siedziałam dzień cały w twojej piwnicy, aby właśnie teraz nocą do ciebie przyjść.
Kilka chwil temu oddałby wszystko wobec takich okoliczności. Teraz miał jednak wielki rozgardiasz w swojej głowie. Wszystko wydawało mu się inne w każdej kolejnej sekundzie.
– Słucham – powiedział, a ślina z jego ust poleciała na podłogę.
– Trzeba to wytrzeć – przejęła się Ekierka Serdelka.
– Zostaw proszę – odpowiedział Paluszek Okruszek. – Ślinię się na ciebie, a nie powinienem tego czynić jak pewnie wiesz, jeśli rozmawiałaś z panem Listonoszem z Gwiazd.
– Rozmawiałam – odparła dziewczyna – i właśnie dlatego tu jestem. Chcę się z tobą kochać, chcę poznać swoje korzenie.
Paluszek Okruszek wstał i ruszył niezgrabnie w kierunku swojej dotychczas platonicznej miłości. Po chwili jednak się zatrzymał, impulsywnie się odwrócił i pobiegł do łazienki. Najpierw zwymiotował, a potem się zmasturbował.
– Niestety – oznajmił oschle, gdy wrócił do swojego pokoju. – Dzisiaj nie jestem gotowy.
– Nie szkodzi – odpowiedziała Serdelka. – Wrócę jak będziesz.
Odprowadził ją do drzwi frontowych, pod którymi chrapał w najlepsze Indianin
– Do zobaczenia – powiedziała jakby nigdy nic.
Paluszek Okruszek nie odpowiedział, ale poczuł jakby kamień spadł mu z serca prosto na głowę.
– Co się dzieje? – przebudził się Przeciąg
– Chodź do środka – zaproponował Okruszek. – Niedługo przywiążą cię do drzewa i będą leczyć ziołami, jak będziesz się tak zachowywał.

***

Baltulu Zarego obudził się nagle w miejscu, do którego nie wie jak i kiedy trafił. Wszechogarniające światło sprawiało mu ból fizyczny, na który wszakże gotował się od dawna. Wiedział, że tak robią i już dawno przestał się bać. Trochę wzdrygał się na myśl o torturach, o których wiedział, że będzie musiał doświadczyć, ale przez dużą część życia, od momentu kiedy stracił rodzinę, się do nich przygotowywał. Robił to zresztą nie tylko dla siebie. Na Nibiru miał przyjaciela takiego od dzieciństwa, który tak jak on został sam z powodu tej całej absurdalnej eugenicznej polityki. Jego druh nie wytrzymał i skoczył w otchłań. On został i poprzysiągł, że dzieci przyjaciela dowiedzą się o swoim pochodzeniu. Do swoich dotrzeć nie mógł, jego postać była dla nich wypikselowana, a słowa które wypowiadał były tylko bolesnym świstem. Musiał więc skupić się na bękartach, które nie były z nim spokrewnione i naturalnym było dla niego, że powinien wybrać właśnie te. Pamiętał jak się rodzili, jak wzruszony upojony niezwykłym uczuciem świeżo upieczony ojciec wpadł z dobrą nowiną o narodzeniu wszystkich trojga. Jak przyszedł wtedy do ich sielankowego nibiriańskiego domu, w którym Baltulu Zarego sobie żył ze swoją prostą, wcale niewybijającą się niczym poza urodą i opiekuńczością żoną oraz dwójką dzieci jak grupa kosmicznych dziwactw pełnych nieskończonej miłości. Dookoła świat wyklinał takie rodziny jak jego i maszerował. Ktoś krzyczał złowróżbne hasła i wieszał transparenty wieszczące zagładę. Na niebie wznosił się dym i czuć był ulotność wszystkiego, co dotychczas zdawało się wiecznym udogodnieniem, ale wtedy się tym nie przejmował i kompletnie nie chciał o tym nawet pomyśleć. Był najszczęśliwszą istotą we wszechświecie. Dzieci przychodziły na świat zaraz po sobie. Nie były jednak w związku z tym jednakowe genetycznie jak na Ziemi, bo czas ciąży był naprawdę krótki. Jak pstryknięcie palcem. Tak to już było na Nibiru. On miał dwoje i nigdy ich już nie zobaczy. Nawet, jeśli jakiś z jego kompanów ze szkoły psychokinezy, kiedyś by je sprowadził z powrotem, to on nie mógł siedzieć i czekać. Nie taką miał strukturę, żeby więdnąć. Teraz zaś leżał unieruchomiony, oślepiony śmiertelnym światłem i od kilku sekund ogłuszany piskiem, który rozrywał najtrwalsze ciała w kosmosie. Umiał nad tym panować, wyłączać zmysły, zatrzymywać bodźce i je zapętlać. Taką miał zresztą wrodzoną zdolność, więc nawet nie musiał się w tym zakresie doszkalać medytacyjnie. Myślał tylko o swoich dzieciach, z którymi nie mógł się skomunikować i o dzieciach przyjaciela, z których dwójka już wszystko wiedziała. Nagle wszystko ucichło.
– No chłopie – odezwała się spokojnie, lecz emanując skrywaną paniką postać, której ze względu na światło nie mógł rozpoznać. – Niezłego bigosu nam narobiłeś
– Bigos to jadłem na talerzu jak mi leżał – odpowiedział impertynencko rymem, bo lubił się tak bawić słowem powstaniec-opozycjonista, a zdanie to w nibiriańskim języku rymowało się bardziej nawet niż w ziemskim.
– Możesz jeszcze wszystko odszczekać – powiedział swym kojącym głosem Kalindungulu Tulugulululu, bo to on się krył za złowieszczą postacią. – Możesz odszczekać albo lewitować w kosmosie i nigdy nie umrzeć. Mamy taki środek – wyciągnął tajemniczą kapsułkę – który pozwoli ci wiecznie żyć w unieruchomieniu nasz poczciwy terrorysto, bo, bądź co bądź jakbyście o sobie nie myśleli, nimi właśnie jesteście.
Baltulu Zarego zaśmiał się buńczucznie, po czym zniknął. To znaczy umarł, skoczył w otchłań, a jego fizyczność zmieniła się w rój czarnych motyli z żółtym okiem na skrzydełkach.
Naczelnik głęboko westchnął. Niby dokładnie obszukali jegomościa i znaleźli pięć samobójczych substancji w różnych miejscach jego ciała, ale ci gnoje, jak myślał o opozycjonistach Kalindungulu Tulugulululu, ciągle potrafili przynajmniej jedną ukryć. Jeszcze te motyle, których nienawidził od dzieciństwa. Zawsze wiedzieli, jak obrzydzić życie urzędnikowi, gdy ze sobą kończyli. „Co za śmierdzące, brudne istoty. Powinno się ich degradować do roli zwierząt i trzymać w klatkach. Dobrze, że tego śmiecia już nie ma, jeden problem z głowy” – myślał przedstawiciel rządu na prowincji, ale w głębi duszy coraz bardziej się bał.

***

Paluszek Okruszek i Ekierka Serdelka siedzieli na łóżku trzymali się za ręce. Obok nich chrapał jak gdyby nigdy nic Zaprząg Przeciąg. Zaciągnęli go tu podstępem, odurzając senną substancją z ziół lokalnych i czekali na Człowieka Z Listonoszką, czyli Baltulu Zarego. Tak się z nim umówili, że wszyscy troje zostaną przez niego przeprowadzeni. Ekierka dowiedziała się od tajemniczego przybysza, że braci ma dwóch, a nie jednego. W związku z tym sprawa się trochę skomplikowała. Właściwie oni dwoje z Okruszkiem mogli przejść poprzez wzajemny stosunek płciowy, ale nie chcieli zostawiać brata, który uparł się wszystko negować i według tajemniczego Nibirianina nie był do końca gotowy na przejście. Mieli się spotkać wszyscy i spróbować jeszcze biednego Zaprzęga uświadomić poprzez specjalny nibiriański rytuał. Wtedy miał zostać też ujawniony przycisk rozpoznania Zaprzęga.
– Miał już być dawno temu – wyszeptała skulona Ekierka Serdelka drżąc na całym ciele jakby przewodziła prąd.
Paluszek okruszek westchnął, a na twarzy pojawił mu się dziwny grymas. Krew zdawała się napłynąć mu do twarzy. Nagle wziął krzesło i jak gdyby miało to być jego codzienną gimnastyką wybiegł poza pokój i rozbił je o oparcie schodów. Słychać też było niezrozumiałe krzyki oraz dźwięki kopania materialnych przedmiotów. Dziewczyna zakryła twarz w dłoniach i załkała, Indianin zaś przewrócił się na drugi bok i jak gdyby nigdy nic chrapał sobie dalej.
– Przepraszam – powiedział cały poszarpany Paluszek Okruszek, gdy wrócił do pomieszczenia. – Nie mogłem nad tym zapanować. Ciągle mi się to śni i boję się tego bardzo. Może to i lepiej, że nie będziemy parą.
– Chodź tutaj – wyciągnęła rękę Ekierka Serdelka. – Przytul się do mnie.
Kowboj ciągle jednak stał z nieobecnym wzrokiem i patrzył w ścianę jakby chciał przeniknąć bezkres oceanu. Dziewczyna podeszła więc delikatnie do niego.
– Rozmawiałam z tatą, gdy przycinał ogród – powiedziała obejmując brata. – Powiedział mi co nieco o naszej matce.
– Nie chcę tego słyszeć – odpowiedział cały purpurowy Paluszek Okruszek.
– Podobno nie wróciła z nami z Nibiru, a wcześniej była najpiękniejszą kobietą w naszym mieście – ciągnęła, mimo protestów, Ekierka Serdelka. – Nasi tutejsi ojcowie kochali się w niej jak szaleni, ale ona nie potrafiła usiedzieć w tym świecie i przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjechała najpierw za wulkan, a później jak się okazało na inną planetę. Dlatego przyjęli nas jakbyśmy byli częścią najpiękniejszego wspomnienia, jakie ich spotkało.
Po policzku Paluszka Okruszka popłynęła łza.
– Jesteś moją siostrą, ale też jesteś najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek poznałem – wyszeptał chłopak.
– O tym co się z nią stało wiedzą tylko te dranie jak Charles Bronson. Co to w ogóle za dziwne imię – nakręciła się piękność życiańsko-nibiriańska i po chwili jakby zorientowawszy się w sytuacji. – Wiem, że mnie kochasz nie do końca jak brat siostrę, ja ciebie też kocham i kochałam, ale trochę inaczej, nigdy nie byłeś mi obojętny. Zresztą tutaj nikt dla nikogo nie jest obojętny – uśmiechnęła się do siebie Ekierka Serdelka.
– Jak chcemy poznać prawdę nie mamy wyjścia… – rzekł oschle przez zęby Kowboj, a dziewczyna, całkowicie oddając się magii chwili, mocno chwyciła go za rękę i zaprowadziła do pokoju na parterze. Tam energicznie i namiętnie rozebrała siebie i swojego nibiriańskiego brata. Najpierw pocałowała Okruszka jakby świat się skończył, a potem, kiedy spojrzała na jego przyrodzenie, doznała nigdy wcześniej niedoświadczonej, błogiej ekstazy. Wszak odkryła przycisk rozpoznania swojego kosmicznego brata.
– O Wyrocznio – westchnęła Ekierka Serdelka.
Chłopak dotychczas wykonując wszystko z apatycznym posłuszeństwem, również spojrzał na przycisk rozpoznania swojej ukochanej i siostry w jednym, po czym jego penis naprężył się jak zaczarowany dzwon.
Kochali się, a cała struktura dotychczasowej materii ich świata zaczęła stopniowo znikać z każdym uniesieniem ich zatapiających się w sobie ciał. Nagle przestali widzieć cokolwiek, a jedynie wszechogarniające światło. Po chwili znaleźli się w dziwnym pomieszczeniu a przed nimi pojawił się poruszający się spiralny tunel, na którego końcu miała czekać na nich odpowiedź. Weszli zatapiając się w niewyobrażalnej gmatwaninie panoramicznie przedstawionych chwil ze swojego dotychczasowego życia. Było to kojące i oczyszczające. W jednej chwili wszystko zrozumieli, co jest ważne , a co nie. Trwało to i trwało, a przez ten czas ani przez moment nie przestawali tulić się do siebie. Nagle znaleźli się w cudownym, jasnym i czystym pomieszczeniu, siedząc osobno każde przed swoim monitorem. Mieli tu możliwość wszystkie wydarzenia swojego życia przewijać o odtwarzać od nowa. Przed nimi zaś za monitorami stała ubrana na biało postać kobieca i uśmiechała się do nich, promieniując uczuciem bezgranicznej akceptacji i ciepła.
– Witajcie w przedsionku nibiriańskim, w naszej miłej i skromnej strefie buforowo-bezcłowej – przemówiła z lekkim dowcipem kobieta-anioł, ciągle się uśmiechając – Obserwowałam was od dawna i tak jak w przypadku każdego, który tu trafia przysięgam, że trzymałam kciuki za wasze szczęście.
Paluszek Okruszek i Ekierka Serdelka siedzieli jak wryci. Z jednej strony byli zachwyceni całą otaczającą ich aurą, z drugiej tkwiła w nich jakaś wyrwa, pytanie, które nie pozwało im zrobić kroku naprzód.
– Już dziś będziecie mogli dostąpić zaszczytu zostania obywatelami Nibiru, czyli Annunaki – kontynuowała niebiańska, dobrotliwa postać a dookoła rozległy się oszałamiające fanfary, które trwały dobre kilka chwil. – Przykro mi, że wasz brat nie mógł dostąpić z wami tego zaszczytu, ale biorąc pod uwagę jego poziom rozwoju naprawdę przysięgam wam, że będzie szczęśliwszy na planecie Życie – dokończyła, gdy ustały oklaski.
– Co się stało z naszą matką i ojcem? – zapytała nieśmiało, cała drżąc Ekierka Serdelka.
– Spodziewałam się tego pytania, choć przyznam, ze raczej już na planecie Nibiru podczas okresu zapoznawczego. To bardzo skomplikowana historia i wszyscy żałujemy, że się tak skończyła jak się skończyła. Chcieliśmy to rozwiązać jak najbardziej humanitarnie, ale niestety oni wybrali zupełnie inaczej – przekonywała Nibirianka-przewodnik, a po chwili na monitorach znajdujących się przed oczami naszych bohaterów pojawiła się historia śmierci ich prawdziwych rodziców. Były to jednak scenki całkowicie pozbawione jakiegokolwiek kontekstu. Śmierć matki przedstawiona została jako katapultowanie czy też wystrzelenie się w kosmos kobiety podczas lotu rakietą kosmiczną, gdy obok niej w specjalnych kapsułach leciało troje bardzo małych dzieci. Ojciec zaś umarł zupełnie bez żadnego sensu. W jednej sekundzie sobie siedział, a w drugiej nagle zniknął, zostawiając za sobą gumową piłkę, która odbijała się od ściany, biurka i krzesła tworzących wyposażenie pomieszczenia.
– Rozumiem, że po obejrzeniu tego materiału możecie być wzburzeni, więc waszą ostateczną decyzję o transformacji nibiriańskiej podejmiecie po dostąpieniu zaszczytu nibiriańskiego snu energetycznego.
Ekierka Serdelka i Paluszek Okruszek popatrzyli po sobie.
– Bardzo przepraszam – odezwał się cały purpurowy na twarzy Kowboj. – Nie potrafię wyrazić tego, co w tej chwili czuję. Przez całe moje dzieciństwo na planecie Życie nigdy tego czuć nie musiałem, nikt nie dawał mi powodu. Jeśli coś takiego się pojawiało w moim umyśle, to nocą podczas snu. Teraz jednak wiem, że nie chcę dostępować żadnego zaszczytu. Nie czuję żadnej rozkoszy z tych pozornie słodkich i kojących chwil, które mi państwo tu zaserwowaliście.
– Nie przejdziemy nigdzie bez brata – dodała Ekierka.
– Jeszcze raz powtarzam, że rozumiem waszą emocjonalną perspektywę, ale skoro już tu jesteście, musicie podjąć decyzję racjonalnie – odpowiedziała niezmiennie swym dobrym i pełnym zrozumienia tonem postać kobiety-przewodnika. Po chwili nasi bohaterowie znieruchomieli, a ich świadomość urwała się nagle jakby dostali obuchem w głowę.

***

Niezwykłe rozczarowanie nawiedziło Zaprzęga Przeciąga po przebudzeniu. Nabrawszy pewności, że stał się ofiarą spisku swoich przyjaciół niepomnych na jego ostrzeżenia, poczuł prawdziwą samotność i zaprawdę powiadam wam, że nie wiedział, co począć. Najpierw poszedł do domu rodzinnego, gdzie jego rodzice jak gdyby nigdy nic oddawali się codziennym czynnościom kulinarnym oraz rzemieślniczym. Sam już nie wiedział, co myśleć. Według słów tajemniczego jegomościa ubranego w trójkąty i kwadraty po połączeniu się Ekierki Serdelki i Paluszka Okruszka miało nastąpić coś jakby początek końca świata, miała zmienić się pogoda, nastąpić miała ciemność. Zwierzęta i rośliny miały sczernieć, a na domiar złego wszystko wszystkim miało przestać się udawać. Tu jednak nic takiego się nie miało miejsca. Czy aby na pewno rozsądnie postąpił ufając tajemniczemu przybyszowi, który tak głęboko zawładnął jego umysłem? Indianin co prawda nigdy specjalnie nie uważał się za osobę lotną, ale też uwłaczało mu traktowanie go jak pospolitego głupka i naiwniaka. Pobiegł zatem do Drzewa Życia. Tylko tam mógł uzyskać odpowiedź. Stukał i pukał w korę, naginał gałęzie, kopał korzenie, lecz nic mu nie odpowiadało. Chciał odnaleźć kogoś, kto wskaże mu drogę pośród tego wszystkiego, co niby znał od zawsze, ale nigdy nie czuł jakby było jego. Zawsze miał przeświadczenie, że jest skądinąd. Miejscowi nigdy nie potrafili mu wyjaśnić coś wyczerpująco, a on wciąż i wciąż łaknął tej wiedzy ponad. Zrezygnowany przykucnął. Wtedy zobaczył jego – Charlesa Bronsona we własnej osobie, postać, którą w ostatnim czasie naprawdę podziwiał i zupełnie jej uwierzył, z którą wiązał nadzieje, że wreszcie doprowadzi go do tego, czego od zawsze mu brakowało. Naczelnik podążał ulicami życiańskiej miejscowości z wyraźnym wyrazem zniesmaczenia i zaniepokojenia.
– Szanownie szacowny panie proroku-mesjaszu-mistrzu-wizjonerze!!! – zawołał w kierunku Kalindungulu Tulugulululu nasz poczciwy Indianin ze swoim osobliwym chaotycznym sposobem artykulacji.
Urzędnik zatrzymał się i w jednej chwili jego twarz przybrała dobrotliwy wyraz ojcowskiej miłości, która zawsze sprzyja, wierzy i poda pomocną dłoń.
– Och Zaprząg Przeciąg, wielki człowiek tutejszej krainy. To dla mnie zaszczyt spotkać takiego kogoś podczas porannego spaceru – wygłosił taką przemową Annunaki.
– Panie Bronson – przemówił nie mogąc złapać do końca tchu Przeciąg. – Nie mogę odnaleźć moich przyjaciół. Obawiam się najgorszego.
– Nie lękaj się przyjacielu – rozwarł ramiona w geście otwartości naczelnik. – Morska bryza ochroni nas przed pychą i nieodpowiedzialnością.
Zaprząg Przeciąg stał i gapił się w swoje guru ostatniego czasu z niedowierzaniem. To nie mogła być prawda. Jeszcze kilka dni temu usłyszał od niego, że wszystko się skończy, że nie może do niczego dopuścić, że nie może się patrzeć na ich ciała i że ma nosić rękawiczki, gdy upał na dworze, by zakrywać wnętrze swoich dłoni, na które i tak nikt nie patrzył, a teraz jak gdyby nigdy nic morska bryza i nic się nie stało?
– Przepraszam bardzo Charles, bo chyba tak mogę cię nazywać. Jesteśmy przecież bliskimi sobie znajomymi, prawda? – wypowiedział się Zaprząg.
Kalindungulu Tulugulululu spojrzał z cynicznym uśmieszkiem na Indianina, lecz nic nie odpowiedział. Kontynuował więc dalej swą wypowiedź Indianin:
– Otóż mam nieodparte wrażenie, że zatajasz coś przede mną Bronson. Nie wiem czy sobie żartujesz, czy grasz w jakimś wielkomiejskim reality show albo przedstawieniu teatralnym, czy po prostu konfabulujesz. Być może jesteś chory na mitomanię pospolitą. Nie wiem tego. Natomiast myślę, a nawet jestem pewny, że nie mówisz mi prawdy i jesteś mniej lub bardziej bezpośrednio powiązany ze zniknięciem moich przyjaciół.
Naczelnik dalej patrzył swą pokerową twarzą w oblicze Zaprzega Przeciąga, który nie wytrzymując tego napięcia chwycił jak to miał w zwyczaju za oba ramiona swojego oponenta i krzyknął:
– Gdzie oni są?!
Urzędnik nie zastanawiał się ani chwili. Wreszcie miał możliwość, żeby dać upust swoim sadystycznym skłonnościom, więc to zrobił. Uniósł siłą woli Zaprzęga Przeciąga w powietrze i przygwoździł go całą mocą do wzniesionej ponad ich głowami kamiennej ściany.
– Jesteście naprawdę zabawni – oznajmił cicho pogardliwym tonem Kalindungulu Tulugulululu, a następnie zawołał jakby wszystkie okoliczne przedmioty ożywione i nieożywione miały uszy. – Będziesz tu sobie wisiał aż nie okiełznasz swojej agresji!!!
– Puść go!!! – rozległ się krzyk w oddali. To Paluszek Okruszek unosząc ognistą kulę wypowiedział wyzwanie oponentowi, który zniewolił jego przyjaciela i brata.
Następnego dnia po tym, gdy zamknięto w celu snu energetycznego naszych ukochanych, romantycznych bohaterów, nic się nie zmieniło w ich postawie i woli. Rzucili wszystko w diabły, cała przygodę, powrót do ziemi obiecanej. Zobaczyli z ekranu jak wygląda złota kraina Nibiru, jak cudowne pojazdy i urządzenia można na niej spotkać, jak ludzie tam robią niezwykłe rzeczy, jakie każdy z mieszkańców ma niepowtarzalne zdolności i stwierdzili, że to nie dla nich. A na pewno nie byli gotowi ponosić takiego kosztu, żeby wszystko zostawiać i robić z siebie nie wiadomo kogo bez ukochanego brata Zaprzęga Przeciąga. Dostali co prawda do połknięcia tabletki zapomnienia, ale nie połknęli ich. Nikt zresztą wnikliwie tego nie kontrolował, żeby sprawdzić czy to zrobili. Mieli  wrażenie, że wszyscy, których spotkali w przedsionku Nibiru, w jakiś niewypowiedziany sposób sprzyjali im i rozumieli ich ból. Kapsułki spłonęły więc z ognia palców Paluszka Okruszka. Taką miał moc – sianie pożogi i spustoszenia. A właściwie panowanie nad ogniem to była jego specjalna umiejętność. Wcale go ten dar nie zachwycał, ale postanowił korzystać z niego dla dobrych celów. Bądź co bądź po wizycie w przedsionku oboje postanowili, że będą czynić tylko dobro i przekazywać innym miłość. Niemniej deklaracje deklaracjami, a tak się złożyło, że w tym momencie stał naprzeciw osobistości annunackiej i cel wytworzonej przez niego ognistej kuli był wyraźnie konfrontacyjno-wojenny.
– Paluszku nie rób tego!!! – zawołała wyłaniająca się zza zakrętu Serdelka, lecz ten już skierował swą broń w agresora, który jednak zwinnym ruchem uniknął uderzenia i ogień trafił w Drzewo Życia. Niechybnie wszystko skończyłoby się tragedią i święty Baobab by spłonął, gdyby nie szybka interwencja siły wyższej.
Nagle  bowiem  czas się zatrzymał. Wszystko, co materialne znieruchomiało, a z drzewa wyszła bardzo mała postać wyglądająca jak hybryda Mistrza Yody i Tołdiego z bajki o Gumisiach.
– Bardzo państwa uprzejmie przepraszam – zaczęło swą przemowę tajemnicze stworzenie swym skrzeczącym głosikiem. – Co tu się za przeproszeniem wyrabia? Obserwuję to wszystko w ostatnim czasie i zupełnie nie wiem, kto tu jest największym kretynem. Moi drodzy – zwrócił się do trójki rodzeństwa, którzy w jednej chwili odzyskali świadomość i swobodę ruchów (Indianin został ściągnięty na poziom gruntu z gracją i delikatnością) – szybciutko tu jest gaśnica, wiadra z wodą – wskazał na przedmioty, które pojawiły się znikąd stworek telepata. – Proszę mi to ugasić zanim czas wróci na swe tory i ogień zajmie całość.
Indianin, Kowboj i Serdelka posłusznie ugasili zastygnięty w czasie pożar i stanęli w rządku jak uczniowie na dywaniku dyrektora szkoły.
– Stworzyłem wam naprawdę wygodną krainę bez żadnych niepotrzebnych trosk – rozpoczął połajankę Mistrz Yoda Tołdi, uderzając jednocześnie małym kijkiem jedną dłonią o dłoń drugą nie zajętą żadnym innym przedmiotem. – Dlaczego nie potraficie, więc, do jasnej cholery, w tych swoich ptasich móżdżkach zachować choćby odrobiny szacunku do Świętego Drzewa?
– Bo Panie Wyrocznia – zaczęła niemal płacząc Ekierka Serdelka. – To wszystko przez tą całą historię z tym naszymi rodzicami.
– To żadne wytłumaczenie – odpowiedział surowo Przywódca Duchowy Planety Życie i zwrócił się do Indianina. – Czemu kopiesz korzenie i sprawiasz ból gałęziom drzewa?
– Bo ja….., bo ja….., niechcący – wydukał resztką tchu Zaprząg Przeciąg.
– Brak słów. A z tobą… – dostojny skrzat zwrócił się teraz do Paluszka Okruszka. – …to ja inaczej porozmawiam w gorącej wodzie kąpany pół-Annunaki. Od teraz twój ogień będzie tylko iskierką do rozpalania ognisk. – pstryknął Yoda czarodziejsko i od tej pory z palców Kowboja mógł wytworzyć się jedynie mały płomyk.
– Dobrze o wielki – zgodził posłusznie się z tymi czarami Kowboj trzymający głowę spuszczona najniżej ze wszystkich trojga. Wszak miał ciągle wyrzuty sumienia z powodu przemocy, której się dopuścił.
– Nie wiem, co bym z wami zrobił, gdyby nie to, że z Nibiru przysłali mi tu prawdziwego cymbała – kontynuował wątek mieszkaniec Świętego Drzewa, spoglądając na unieruchomionego Kalindungulu Tulugulululu. – Niestety musimy poczekać, żeby kogoś przysłali stamtąd, bo tak nakazuje protokół dyplomatyczny, że to oni muszą go odwołać, więc sobie jeszcze porozmawiamy – ponownie uderzył kijkiem tym razem z całej siły o swoje udo Tołdi Yoda przechodząc około 30 cm od naszych bohaterów. Wszyscy troje wzdrygnęli się na dźwięk tego trzasku i jeszcze bardziej podkulili ogony.
– Będzie tak – rzekł po dłuższej chwili milczenia przedstawiciel duchowej władzy planety Życie zwracając się do Paluszka Okruszka i Ekierki Serdelki. – Wy dwoje nie chcieliście być Annunaki, to będziecie tutaj sprawować pieczę nad porządkiem życia społecznego, kulturalnego i rodzinnego. Niestety z racji tego, że jesteście rodzeństwem, to wasze fiku miku musi pozostać nieformalne i oficjalnie nie będziecie mogli się ze sobą związać. Znacie jednak zasady, można tu, wierzcie mi, więcej niż gdzieś indziej we wszechświecie, ale pamiętajcie, że nie jesteście zwykłymi życiańskimi niewiniątkami.
Na Życiu ludzie choć byli w różnych związkach, to często wzajemnie wymieniali się partnerami w zależności od preferencji i w danej chwili seksualnej potrzeby. Tak to już było, z kimś się chętniej chodziło na spacery, z kimś innym jadło posiłki, a z kimś innym oddawało uniesieniu miłosnemu. Wszystko musiało oczywiście się odbywać za obopólną zgodą. Dlatego też tak jak na początku opowieści niekiedy jedna strona cierpiała z powodu braku zainteresowania drugiej. Oczywiście większość mieszkańców miało swoich głównych partnerów, z którymi zawiązywali małżeństwa i mieli potomstwo (przynajmniej wspólnie wychowywane), ale nikt się nie obrażał o skok w bok. Nie było przecież zazdrości i gniewu ani żądnego krwi rewanżyzmu. Nie było tego rzecz jasna, jeśli nie było się bękartem i nie miało się takich emocji w genach.
– Dobrze Wyrocznio!!! – zawołali, pomimo tych przeciwności zgodnie Kowboj i Ekierka, gdyż ciągle pragnęli być tymi, co będą nieść dobro i miłość innym.
– Druga sprawa, nasz poczciwy Zaprząg Przeciąg – zwrócił się teraz kierunku Indianina Mistrz Yoda Tołdi głęboko wzdychając. – Z tobą wiążę dużo większe nadzieje. Chciałbym, żebyś odbył staż w drzewie i został naszym dyplomatą w kosmosie. Dlatego jutro wraz z pierwszym odgłosem kwiczenia świniaka przyjdziesz do mnie i rozpoczniesz naukę.
Indianin strapiony spoglądał na swoje buty i sprawiał wrażenie niespecjalnie zadowolonego z nowych obowiązków. Nic jednak nie mówił.
– Nic się nie bój – uspokoił stworek duszpasterz. – Nie będziesz sam ze mną starym. Będzie ci towarzyszył ktoś jeszcze, ale o tym za moment, gdyż właśnie mamy gości z planety Nibiru.
W tym momencie nastąpiło coś na kształt flesza, jakby błysku błyskawicy oślepiającej na ułamek sekundy wszystkich dookoła, usłyszeć też można było dźwięk spięcia prądu. Tak właśnie brzmiał i wyglądał teleport, za pomocą którego na Życiu pojawili się prawdziwie dostojni przedstawiciele Annunaki wraz z grupą ochroniarzy.
– Witam szacownych dostojników- gości z planety Nibiru – zakrzyknął Mistrz Yoda Tołdi.
– Przybyliśmy najszybciej jak mogliśmy – odpowiedział wyraźnie wyróżniający się postawą i emanującą energią najważniejszy z oficjeli. – Żałujemy, że jeden z naszych obywateli pohańbił się złamaniem waszych obyczajów i protokołu dyplomatycznego drogi Portku Wywiertku – tak naprawdę nazywał się Mistrz Yoda Tołdi.
– Proszę nie przepraszać, a po prostu go stąd zabrać – rzekł grzecznym, lecz surowym tonem gospodarz, po czym ożywił Kalindungulu Tulugulululu.
Wysoki rangą przedstawiciel planety Nibiru podszedł do oszołomionego nowym obrotem sytuacji dotychczasowego Naczelnika ds. Kontroli Przepływów Bękarckich na planecie Życie i przemówił w następujących słowach:
– Dostojny Kalindungulu Tulugulululu w związku ze złamaniem protokołu oraz obyczajów tubylczej społeczności planety Życie odwołuję cię ze stanowiska, które pełniłeś dotychczas we wspomnianym powyżej miejscu w kosmosie.
Urzędnik-sadysta padł na kolana, zajęknął i zalewając się łzami histerycznie zawołał nieznane nibiriańskie zaklęcie, a następnie zniknął zamieniając się w rodzinę nietoperzy.
– Hurra!!! – ucieszyła się trójka naszych bohaterów podskakując radośnie do góry.
– W ramach przeprosin pragniemy każdemu mieszkańcowi planety Życie umożliwić jednorazową wycieczkę turystyczną na planetę Nibiru – ogłosił z uśmiechem arcyważny Nibirianin. – Perspektywicznej młodzieży życiańskiej dajemy zaś możliwość stypendium na naszym prestiżowym Międzygalaktycznym Uniwersytecie.
Nasi bohaterowie zaczęli wzajemnie się całować i obejmować. Ekierka Serdelka zaklaskała w dłonie. Tylko Mistrz Yoda Tołdi zachował spokój:
– Dziękujemy. Jesteśmy otwarci na współpracę i zawsze chętnie udostępnimy wszelkie dokumenty na temat danych ekologiczno-demograficznych naszej planety – odparł. – Chętnie skorzystamy też z waszych wysokorozwiniętych propozycji, ale najpierw musimy uporządkować swoje sprawy na naszej planecie.
Po tym oficjalnym wystąpieniu wszyscy udali się na wspólny posiłek, gdzie podpisano kilka bardzo ważnych kosmicznych dokumentów ustalających ramy i reguły przyszłej współpracy obu planet. Po zjedzeniu uroczystego obiadu i wymianie podarków goście z Nibiru powrócili na swoją planetę, a przed odlotem Portek Wywiertek otrzymał jeszcze obietnicę, że kolejny urzędnik Annunaki oddelegowany na planetę Życie będzie się cechował większymi kompetencjami duchowo-empatycznymi niż Kalindungulu Tulugulululu.
Po odlocie gości nasi bohaterowie wraz z licznymi zaciekawionymi tą niezwykłą wizytą z gwiazd mieszkańcami miasta wzięli się do sprzątania całego rozgardiaszu, który niepotrzebnie z całej sytuacji wyniknął. Wszyscy jak zwykle się do siebie uśmiechali i życzyli sobie jak najlepiej. Najważniejsze jednak z tego wszystkiego było to, że rodzeństwo znowu było razem. Wybrzmiała też najnowsza wyrocznia: „Musisz odnaleźć nadzieję i nie ważne, że nazwą ciebie głupcem”. Od tej pory wiedziałem, że Mistrz Yoda Tołdi musiał być kiedyś na Ziemi, a ściśle w jej centrum – Polsce.

***

Tak mogłaby się skończyć ta historia, ale wtedy po tych wszystkich wydarzeniach stało się coś, co na zawsze odmieniło moje życie. Dotychczas myślałem bowiem, że jestem tylko obserwatorem, prorokiem z krainy snów i nikt mnie nie widzi w tej opowieści. Bardzo się myliłem, bo nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazłem się pośród tych wspaniałych istot, które do tej pory wydawały mi się zwykła marą senną i wytworem mojej chorej wyobraźni. Nie powiem jednak, że w tej sytuacji nie czułem zakłopotania. Czułem się zagubiony jak diabli i bałem się jak cholera.
– To będzie ten twój kompan Zaprzęgu Przeciągu – powiedział do Indianina w pierwszym dniu jego i jak się okazało mojego stażu Porter Wywiertek wskazując na mocno w tej dziwnej krainie zagubionego mnie. – Zaczniecie od uporządkowania mojej skromnej biblioteki. – Książek było chyba z 13 pięter, a ja nie potrafiłem się ruszyć ze strachu. Spodnie miałem obsikane i bardzo się tego wstydziłem, ale Zaprząg Przeciąg ani żaden z mieszkańców nie okazali mi z tego powodu żadnej przykrości. Indianin dał mi po prostu nowe ubranie i nigdy więcej nie wracaliśmy do tematu.
Tak zaczęła się moja przygoda na planecie Życie. Przysięgam wam, że było mi naprawdę ciężko tak zostawić mój dotychczasowy dom na Ziemi. Zupełnie nie rozumiałem jak mogłem trafić do świata, który sądziłem, że jest tylko moją imaginacją. Tęskniłem i tęsknie wciąż za bliskimi – rodziną, przyjaciółmi, wszystkimi, których nie zdążyłem pokochać z wzajemnością na mojej rodzimej planecie. Niemniej nie żałuje mojej niezaplanowanej emigracji. Tym bardziej, że od razu zostałem tu przyjęty jak swój: poznałem nowych, oddanych mi przyjaciół i od razu dostałem ciekawą pracę, którą od samego początku aż do dziś wykonuję chętnie i z zapałem. Nie wiem co prawda, czemu ani w opisanej wyżej chwili ani nigdy więcej mój bezpośredni przełożony Mistrz Yoda Tołdi, jak go zwę, czy też Portek Wywiertek, jak nazywa się naprawdę nie zwrócił się do mnie bezpośrednio. Zawsze  odbywa się to za pośrednictwem jakiegoś Życianina – czy to mojego ukochanego Zaprzęga Przeciąga czy innych niezwykłych mieszkańców tej planety. Nie przejmuję się tym jednak za bardzo, bo jestem tu szczęśliwy. Pokochałem tutejszy świat, miejscowe obyczaje, duchowość, fantastyczne i śliczne kobiety, z którymi przeżyłem niejednokrotnie niezapomnianą rozkosz oraz pełnych odwagi i dostojeństwa mężczyzn, których wciąż pragnę naśladować. W przyszłym roku mam pojechać na wycieczkę na planetę Nibiru, gdzie być może dowiem się jak odwiedzić Ziemię w taki sposób, żeby nie musieć na niej zostawać. Mogę rzec bowiem z pełną świadomością i odpowiedzialnością, że w głębokim poważaniu mam już planetę Ziemia. Zaprawdę nic nie obchodzi mnie już planeta Ziemia: jej zanieczyszczenie, polityczne niewole i wojny o zasoby czy sztucznych bogów. Tęsknię jedynie bardzo za wami. Mam nadzieję, że dostaniecie do swych rąk chociaż tę opowieść, którą zresztą zacząłem pisać jeszcze na Błękitnej Planecie. Nie martwcie się mnie. Naprawdę nie trzeba. Wierzę zresztą, że się jeszcze spotkamy.

Oddalała się wielka nawałnica, która nawiedziła okolicę. Żywioł pozrywał dachy i linie energetyczne. Nie oszczędził też najnowszych samochodów, autobusów i rowerów, a nawet taczek i tirów wyglądających jak martwe wieloryby. W telewizji mogliby mówić, gdyby była tu jakaś telewizja, że zginęło od kilkudziesięciu do nawet kilkuset osób. Nic niezostało jednak wyjaśnione. Po prostu pioruny jakby się uparły na to małe miasto, w którym w ostatnich latach tak wszystko ładnie wyremontowali.
– Paznokcie mam brudne – powiedział Janek do Stefana otrzepując się po wyjściu ze starego rozpadającego się budynku, w którym schronili się mężczyźni.
– Myślisz, że znowu będę musiał myć auto? – zapytał Stefan
– Na pewno.
Zamilkli. Dopiero teraz dotarło do nich, że coś się stało, że cały porządek, którym żyli mógł się nagle przewrócić, stanąć na głowie. Żaden z nich nie chciał jednak powiedzieć tego na głos. Wewnątrz czuli, że coś się stało, ale nie chcieli okazać słabości. Nigdy jej nie okazywali. To byli prawdziwi mężczyźni. Za takich się uważali. Zresztą pracowali razem i nie wypadało.
– Ta pogoda wariuje – odezwał się po chwili milczenia Stefan
– A daj spokój – kontynuował farsę Janek – raz ciepło raz zimno. Nic się nie chce.
Minęli wywróconego tira. W oddali słychać było pulsujące sygnały jakby różnych służb. Janek zakrył uszy dłońmi.
– Co robisz? – zdziwił się Stefan
– Nie mogę słuchać wysokich dźwięków.
– Moja też tak ma i boi się burzy
– No
Znowu zamilkli i szli dalej. Zbliżała się noc a w żadnym oknie nie paliło się światło. Nawet świeczka. Miasto jakby umarło.
– Chyba jakaś awaria – przerwał krępującą ciszę tym razem Janek
– W tym kraju jakby nie było awarii to by było święto
– Człowieku. Komuna. Siedzą na tyłkach, a jak są potrzebni, to ich nie ma
Znowu rozmowa skończyła się tak jak się zaczęła. Mężczyźni właściwie się nie lubili. Pracowali razem, ale jak to czasami w pracy bywa różniło ich wszystko: temperament, osobowość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Janek miał nadzieję ostatnio, że Stefan wyleci po ostatniej kłótni z szefem, ale jakoś mu się upiekło. Teraz spotkali się przez przypadek. Jeden był u klienta, drugi zostawił samochód w okolicznym warsztacie. Czasami los płata takiego figla, że rzuca w jakieś absurdalne zamknięte miejsce dwie osoby. Wiadomo, chciałoby się, żeby wynikła z tego wielka miłość albo przynajmniej przygoda, ale tej sytuacji towarzyszyło tylko zmieszanie i chęć ucieczki. Nie było jednak, gdzie się rozpłynąć. Jeszcze do tego autobusy nie jeździły. Nikogo nie było. Robiło się coraz bardziej dziwnie.
– Słuchaj, gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytał Janek – zupełnie się pogubiłem
– Też trochę nie wiem. Może w złą stronę poszliśmy – odpowiedział Stefan
– Nie wyszliśmy z miasta?
– Nie, na pewno nie. Kojarzę te bloki
– A w nich ktoś mieszka w ogóle?
– To wejdźmy – zaproponował Stefan – Przekonamy się
Zardzewiałe blaszane drzwi zaskrzypiały. Czuć było tynk. Chyba nie tak dawno położyli.
– Halo! – zawołał Stefan, ale odpowiedziało mu tylko echo.
– Chyba nikogo nie ma. – powiedział drżącym głosem Janek. Było zupełnie ciemno. Do tego Stefan zaczął iść szybciej i szybciej. Właściwie biegł. W tym mroku zupełnie nie było wiadomo, gdzie jest.
– Jesteśmy uratowani! – krzyknął gdzieś z góry a Janek przewrócił się o schody i w związku z tym poobijany musiał dotrzeć do swojego kompana. Przed oczami obu mężczyzn pojawił się nakryty uroczyście stół oraz dwa zasłane łóżka w perskie wzory.
– Odpoczniemy sobie. – powiedział znów bezmyślnie Stefan i rzucił się na łóżko jak futbolista amerykański.
– Nie uważasz, że to trochę dziwne? – zapytał bojaźliwie Janek, ale jego towarzysz chrapał już w najlepsze. Janek usiadł więc przy stole, w głowie mu wirowało. Po dłuższej chwili zorientował się, że je, wkłada do buzi kolejne przysmaki znajdujące się na stole. Były całkiem dobre.
– Dzień dobry. – usłyszał zza pleców Janek basowy głos. – Dawno nikogo u mnie nie było. – kontynuował człowiek z cienia. A właściwie nie wiadomo skąd, bo Janek się nie odwracał i zamknął oczy. „Za nic ich nie otworzę” mówił sobie w duchu.
– Halo!!! Jest pan tam?! – zawołała tajemnicza postać.
Janek powoli podniósł głowę.
– Dobry wieczór – rzekł jakby nigdy nic. – Przechodziliśmy, na dworze taki ziąb, więc weszliśmy.
– Proszę się nie tłumaczyć. Bardzo się cieszę, że Panowie wpadli. – uprzejmie odpowiedział gość, a raczej gospodarz lokalu.
– Jestem Jan Siodło – przedstawił się Janek po chwili zastanowienia. – Mój kolega się trochę zmęczył – dodał po chwili.
Tajemniczy mężczyzna wstał, na paluszkach podszedł do Stefana, spod łóżka wyciągnął wielką zakurzoną księgę i zaczął ją misternie wertować.
– Lubi pan czytać?- zapytał Janek, prawdopodobnie z jakiegoś takiego tępego zakłopotania. – Ja piszę czasami. Z moją żoną pisaliśmy do siebie listy.
Gospodarz podniósł dłoń z wyraźnie przydługimi paznokciami i kiedy Jankowi wydawało się, że zaraz podmuch wiatru poniesie go jak mały liść, usłyszał znajomy dźwięk swojego głupiego, lokalnego radia.
– Niestety będzie słońce, więc uzbrójmy się w cierpliwość, a niedługo spadnie deszcz i kwiaty w naszych ogrodach znowu zakwitną – wypowiedział aksamitny głos.
– Nie lubię złej muzyki. Zdecydowanie bardziej niż złą muzykę, wolę dobrą nutę. Tak żeby było czuć – wypowiedział się gospodarz z pazurami.
Janek zamruczał i pokiwał przytakująco głową, ale nie potrafił w żaden sposób skomentować słów człowieka, z którym los go w tej chwili nie wiadomo dlaczego złączył. Ten natomiast wstał, znowu podszedł do śpiącego Stefana, wyciągnął z kieszeni gumkę recepturkę i zaczepił mężczyźnie dwa jej końce na uszach.
– Ale się zdziwi jak się obudzi – powiedział dowcipniś
Janek znowu zamruczał i westchnął, a raczej wydał z siebie charknięcie zakłopotania.
– Wie pan co się stało? – zapytał w końcu – Chciałbym wrócić do domu.
Gospodarz się uśmiechnął szyderczo.
– Co się miało stać? Coś się na tym świecie po prostu skończyło, ot co – odpowiedział. – Ludzi wywieźli helikopterami, a część jak ja i panowie zostali. Wolna wola.
Janek poczuł, że to wszystko musi mu się śnić, więc tylko się uśmiechnął, wstał i położył na drugim łóżku nic nie mówiąc.
– Ja tutaj śpię! – wrzasnął nagle gospodarz i kijem do przesuwania firanek zaczął okładać Janka jak niewolnika ze starych filmów.
– Pan jest wariat!! – zdenerwował się bity mężczyzna. – Żegnam – dodał z dumą i wyszedł w ciemność.
Na dworze było już chłodno. Właściwie dopiero co skończyła się zima. Wielkie kałuże w ciemności odbijały blask księżyca. Wywrócone dostawczaki pełne były towarów, a opuszczone Biedronki i Lidle zapraszały szabrowników. Janek nie chciał mieć z takimi do czynienia. Wierzył jeszcze, że przez przypadek wszedł do jakiegoś opuszczonego osiedla poatomowego, o którym rząd nic nikomu nie powiedział. „Ciągle coś te skurwysyny ukrywają” myślał. Wszystko jednak nosiło ślady świeżo zgaszonego ogniska. Koszyki przy Tesco, benzyna na stacjach paliw, a nawet niedbale zaparkowane samochody osobowe – wszystko to świadczyło o tym, że to zamieszkałe do niedawna miejsce, z którego nie wiadomo czemu wszyscy odeszli albo być może się tylko pochowali. Może chcą zrobić psikusa. Taki żart ogólnospołeczny. Zmówili się na Facebooku. Takie myśli pojawiały się w głowie Janka Siodło, kiedy tak wędrował po omacku. W końcu zaczęło świtać i ulice stawały się coraz bardziej znajome. Właściwie nasz bohater był blisko domu, ale przy zgaszonych latarniach w ciemną noc niczego nie poznawał. Z ulgą przekręcił klucz w zamku i wszedł. W domu nie było nikogo, choć wszystkie rzeczy pozostały na swoim miejscu. Nie było prądu ani nie działały telefony. Trzeba było jedzenie z lodówki przenieść na balkon, bo się zrobiła wielka kałuża w kuchni.
– Gdzie się wszyscy podziali? – wymamrotał jeszcze Janek Siodło po czym padł wyczerpany na wielkie małżeńskie łoże w sypialni. Po przebudzeniu nic się jednak nie zmieniło. Cisza jak makiem zasiał. Samochody nie jeżdżą, nawet psy nie szczekają. Nic. Wtedy właśnie postanowił Janek Siodło, że pójdzie do pracy i żeby sobie osłodzić tą niezręczną sytuację, przynajmniej raz w życiu usiądzie w fotelu prezesa. Marzył o tym od wczesnego dzieciństwa. Tym większe było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że w pracy nikogo nie brakuję.
– Cześć Jasiu – rzuciła jak gdyby nigdy nic sekretarka Iwona, kiedy mężczyzna przekroczył wrota firmy, w której pracował. Przy kserze stał Stefan i jak gdyby nigdy nic kserował sobie jakieś papiery.
– Jak tam młody? Dotarłeś do domu? – zapytał jak zwykle z fałszywym uśmiechem, ale jakoś bardziej dobrodusznie.
Janek Siodło zamarł. Wszystko zaczęło mu wirować.
– Ttttoo wwwyy ppprraccujjjecuie?- jąkając się zapytał w przestrzeń biura. Usłyszała go tylko kadrowa Patrycja
– Hihihi, słyszeliście, Janek się pyta czy pracujemy, hihihihi – narobiła żartobliwego szumu.
– No Jasiu pracujemy. Co mamy robić?- poklepał Janka po plecach Stefan. – W ogóle ty gadałeś z tym kloszardem? Wziął mi jakąś gumkę zaczepił na uszy. Psychol jakiś – dodał. Stefan nigdy nie był szczery. Rodzice od wczesnych lat wpajali mu, co się opłaca, a co nie. Nauczył się więc Stefan mówić hasłami zasłyszanymi w telewizji.
– A macie prąd? – zapytał jeszcze zakłopotany Janek, ale w odpowiedzi usłyszał parsknięcia i chrząkania. Przed oczami pojawiła się jego żona i córka. Czy już nigdy ich nie zobaczy? Nie zajmował się może należycie życiem rodzinnym. Nie wiedział właściwie, do której klasy chodzi jego dziecko, ale przecież przynosił pieniądze do domu i raz na rok fundował wakacje Last Minute w ciepłych krajach. Nie pił i dbał o higienę. Pozwalał im na wszystko. „A może ona sobie kogoś znalazła?” zastanawiał się w duchu Janek Siodło. Z tego swego rodzaju stanu zawieszenia w próżni znowu wyrwał go Stefan.
– Oj Jasiu, Jasiu – zaczął. – Ja nie wiem, co ty bierzesz, ale daj mi trochę.
Patrycja z Iwoną zdążyły jeszcze zachichotać, kiedy nagle po środku pomieszczenia biura stanęła oświetlona światłem świętości majestatyczna postać prezesa.
– Jesteśmy wszyscy, to zróbmy zebranie kochani – zabrzmiał podniosły i jednocześnie kojący głos niczym biblijne trąby trwogi i nadziei. Zastukały nogi od krzeseł, ze wszystkich stron zaczęły zbierać się postacie. Każda z nich osobna, każda pełni w organizmie firmy jakieś zadanie, jakąś funkcję. Jest elementem całości, sprawnie działającej maszyny zmieniającej oblicze Ziemi.
– Spotykamy się, bo zaszły, jak pewnie wszyscy wiecie, zmiany, których nie można pozostawić bez słowa – rozpoczął przemowę prezes. Na twarzach wszystkich obecnych pojawił się podniosły nastrój. Stefan uśmiechał się dumnie, dziewczęta z paniką poprawiały sobie ukradkiem włosy i spódnice, a Janek cały drżał, że się nie umył.
– Jak wiecie lub może nie wiecie w naszym mieście zostało około 40 osób – kontynuował przemowę prezes. – Trzeba będzie w związku z tym przedsięwziąć pewne kroki, które dostosują nas do zmieniających się standardów.
– Będzie redukcja? – ledwo powstrzymując się od płaczu zapytała Iwona.
– Spokojnie, spokojnie – łagodnym głosem Krystyny Czubówny w męskim wydaniu rozwiewał wszelkie tajemnice prezes. – Wszyscy siebie wzajemnie potrzebujemy.
– Niech prezes nie owija w bawełnę tylko mówi – wypalił Stefan.
– Ponieważ każdy z nas nie ma innych obowiązków, będziemy tutaj mieszkać i pracować. W związku z tym, że nie potrzebne są już też pieniądze, nikt z nas też nie będzie zarabiał.
– Czy to oznacza, że od teraz będziemy jedną wspaniałą rodziną? – wyszeptała wzruszona Patrycja.
– Coś w ten deseń, ale nie przesadzajmy z takimi słowami. One brzmią sztucznie – odpowiedział prezes.
– A jak będę chciał iść na spacer? – wypowiedział się Jasiek, ale po chwili zorientował się, że było to wielkie faux pas.
– Ty Jasiu jak coś powiesz, to aż uszy więdną – zażartował Stefan.
– Każdy będzie mógł godzinę dziennie spędzić na swoich sprawach, nie licząc oczywiście snu, który będzie dobrowolny – wyjaśnił jednak Jasiowi jak krowie na rowie prezes. – Jakieś jeszcze pytania?
– A co będziemy jeść? – zapytał gruby Karol z działu dystrybucji.
– Na to będzie właśnie ta godzina, żeby sobie coś zorganizować. Poza tym można się umawiać z innymi, współpracować. Najważniejsza w naszej firmie jest komunikacja – dalej tłumaczył prezes. – Jeśli chodzi o samą pracę, to nic się nie zmienia. Każdy niech robi, to co robił dotychczas.
– Ale telefony nie działają – zauważyła Iwona.
– Kreatywność, kreatywność i jeszcze raz kreatywność – surowym tonem parsknął na tę uwagę prezes, po czym naturalnie przechodząc na Czubównę zakończył zebranie i zamknął się w swoim gabinecie. Janek Siodło zaś jak gdyby nigdy nic wyszedł sobie z budynku i nie powiedział nawet jednego słowa wytłumaczenia ani informacji swoim kolegom.
– Ten to od razu musiał wykorzystać przerwę – skomentował to wyjście podły zawistnik Stefan.

Słońce wstało nad krainą złotą. Złoty rumak wiózł złotego parobka w słomianym kapeluszu ze złota. Dokąd on go wiózł ten złoty rumak? To pytanie zadają sobie teraz wszyscy zainteresowani losem parobka. Odpowiedź jednak nie jest taka prosta. Składają się na nią skomplikowane operacje, które może i się śnią co niektórym, bo sny to taki dość dziwny obszar w życiu człowieka, ale na pewno na jawie się to nigdy nie wydarza. Zwyczajnie jest to niemożliwe.
Wszystko zaczęło się, gdy na niebie pojawiły się jakieś dziwne czerwone plamy tak jakby krew albo, nie wiem, farba czerwona, może lawa z wulkanu. We wiosce parobka dzień mijał jak zwykle o tej porze roku – kukurydza, pszenica, jęczmień, piękne wieśniaczki w polu, psy z wywalonymi językami jakby uśmiechnięte. Zdrowie i natura jednym słowem mówiąc. Tylko te plamy na niebie wywoływały jakieś dziwne napięcie. Stare baby we wsi szeptały o końcu świata, że Matka Boska poroniła mówiły. Wezwano najmędrszego z mędrców: Adriana – starego pustelnika z pobliskiego wzgórza. Złotego jak nietrudno się domyślić. Długo starzec wywalał oczami i wydawał z siebie dziwne jęki jakby odgłos pingwinów. Mieszkańcy tupali zniecierpliwieni. W końcu stary powiedział:
– Jeden z was musi wyruszyć do krainy wężów i krwiożerczych otchłani.
Wśród mieszkańców zagościł niepokój i trwałby tak, gdyby…
– Ja pójdę – powiedział parobek i w jednej chwili pokrył się złotem od stóp do głów
– Nieeee!!! – zaskrzeczała narzeczona parobka
– Najdroższa – zwrócił się złoty parobek do swojej złotej narzeczonej – muszę iść
– Nieeeeee!!! – krzyknęła jeszcze raz narzeczona, ale parobek nie odwracał głowy, nie patrzył wstecz. Kroczył w nieznane. Stary pustelnik powiedział mu na osobności, że musi się udać w to tajemnicze miejsce, do którego dotrzeć można tylko idąc po tęczy. Tam jest taki wyciek i trzeba go zatkać papierem toaletowym. Parobek był znany we wiosce, że w kryzysowych sytuacjach można na niego liczyć. Kiedyś wilka ogromnego udusił gołymi rękami. Teraz drapieżniki się z dala od wioski trzymają, tylko wyją do księżyca gdzieś w oddali.
Zawiesił na patyku prowiant parobek złoty, a cała wioska trzymała kciuki, kiedy wyruszał. Narzeczona płakała, ale na nic jej łzy. Nie mogła ożenić się ze swoim ukochanym, bo jej ojciec jej zabronił. Dał warunek młodzieńcowi, że musi udusić słonia gołymi rękoma i wtedy związek będzie mógł zostać sformalizowany. Na razie jednak grzesznie żyć muszą bez zgody natury.
Wyruszył i już nie mógł oglądać się za siebie. Tak nakazywała tradycja, a we wsi taki zabobon, że się słucha tradycji zamiast nowoczesnych naukowych modeli analitycznych. Takie zacofanie. Ledwo koło garncarskie wynalezione.
Koń tupał radośnie, bo parobek na nim jechał. Lubił zwierzak swojego pana. Mógłby oddać za niego życie. Kiedy parobek był młody, to uczył się całować właśnie ze swoim jedynym przyjacielem końskim. Lizali się tak codziennie do 20 minut. Dzięki temu w kontaktach z kobietami zawsze dobrze wypadał nasz milusiński chłopaczysko. Nie tylko bowiem się całował, ale też ćwiczył na rumaku różne techniki podrywu.
Po pięciu dniach podróży przez mroczną krainę dotarli nasi bohaterowie ludzki i zwierzęcy do bramy tęczy. Stał przed nią strażnik w postaci miniatury małpoluda. Jakby Yeti, tyle że krasnoludek Yeti.
– Czego chcecie śmiecie jebane? – powiedział na wstępie do parobka i jego niezastąpionego kompana
– Chcemy wejść na tęczę mistrzu – piskliwym głosem ucznia, który nie zna odpowiedzi na arcyważne pytanie nauczyciela, odpowiedział parobek
– A co się tak błyszczy jebany? Nafosforował się, kurwa? – drwił sobie dalej strażnik
– Nie, to u mnie w wiosce wszyscy złoci – odpowiadał dalej ze spuszczoną głową młodzieniec
– Iha, iha – wypowiedział się z kolei koń
– A ta szkapa to, kurwa, co? Łysek z pokładu Idy? – śmiał się szyderca podły liliput nikczemny
Koń spojrzał spode łba.
– No, no. Trzymaj z dala tą brudną kobyłę ode mnie – powiedział strapiony cwaniak mini Yeti i przywołał wielkiego bojowego słonia – fikasz teraz pierdolony kopyciarzu?
Koń schował się za swojego pana.
– My naprawdę nie mamy złych zamiarów – rzekł pojednawczym tonem parobek
– A więc na tęczę chcecie wejść tak? – przeszedł teraz na urzędniczy ton strażnik tęczy – a co będziecie robić na tęczy?
– Chcemy pozwiedzać
Cyniczny karzeł zakasłał ze śmiechu
– A ta srajtaśma to ci na co?
– A to… Zawsze mam ze sobą podczas wypraw turystycznych. Nie wiadomo, kiedy się może przydać
– Niestety. teraz to zostaje ze mną
– Dobrze
Zostawił złoty parobek toaletowy papier ze złota u strażnika, ale schował zwykły szary z Biedronki pod grzywą konia. Małpolud się nie zorientował, ale słoń złapał trąbą niezastąpionego kompana naszego bohatera i zaczął go dusić. Chyba odkrył oszustwo wielki zwierz.
– Spokój Dumbo! – krzyknął do swojego pomocnika nasz Charon tęczy i wtedy wypadł papier spod grzywy duszonego ogiera
– Ja pierdolę! – krzyknął sfustrowany parobek. Myślał, że to już koniec, ale jego pomocnik kopnął kopytem małego małpoluda. Słoń rzucił się na rumaka, ale wtedy z kolei parobek stanął w obronie przyjaciela i chwytem zapaśniczym powalił agresywnego zwierza. Walczyli tak jakiś czas w parterze, aż w końcu słoń padł martwy. Parobek odkroił mu trąbę na dowód zwycięstwa. Teraz będzie mógł poślubić swoją skrzeczącą ukochaną.
Pobiegli po tęczy radośnie kompani koń i człowiek. Poczuli się do siebie wyjątkowo przywiązani, więc po zatkaniu dziury papierem i po powrocie do wioski zrobili rzecz zupełnie zwariowaną.
Wioska oczekiwała swego bohatera organizując festyn na jego cześć. Plamy na niebie zupełnie zniknęły. Wszyscy pili i jedli. Stary pustelnik Adrian gładzony był przez 4 piękne nimfy ze stawu. W południe zgodnie z tradycją parobek stanął na środku placu i uniósł w górę zdobytą trąbę słonia. Ukochana naga niesiona przez 15 wieśniaków zbliżała się do narzeczonego. Jej ojciec zezwolenie na piśmie na ślub napisał i już miał je uroczyście odczytać, kiedy nasz dzielny koń nagle zaczął lizać swojego pana. Może by się wszystko rozeszło po kościach, gdyby nasz bohater nie odwzajemnił pocałunku i następnie nie zerwał gwałtownie z siebie ubrania. Po prostu zaczęli się kochać człowiek z koniem przy wszystkich. Społeczność lokalna skonsternowana zamarła. Ojciec dziewczyny wpadł w szał. Chciał zabić tego, który zhańbił jego córkę, ale niespodziewanie przeszkodził mu wilk wyskakujący zza krzaka. Jednak i on stanął jak wryty, kiedy już zagryzł niewinnego człowieka. Chciał zemsty za upokorzenie, jakie ród wilków doznał ze strony ludzkiego sadysty, a tu go taki zastał widok. Podobno parobek udusił wcześniej wilka z przyczyn seksualnych, a nie, jak głosił wszem i wobec, w obronie ludu wioski. Warknął wilk mściciel, bo mówić nie umiał. Koń też tylko parskał i nie umiał ostrzec swojego kochanka, który z zamkniętymi oczami machał miednicą od tyłu wsadzając swoje przyrodzenie zwierzęciu. Wszystko lśniło na złoto. Ludzie natomiast wpadli w panikę. Biegali bez ładu i składu. Drapieżnik otrząsnął się ze zdziwienia i szykował do skoku na swojego w ogóle nie zorientowanego w sytuacji wroga. Wtedy stary pustelnik chwycił złego wilka za członek. Momentalnie stwardniał. Miłość zapanowała między ludźmi, wilkami i końmi. Pytanie tylko czy długo to przetrwa? Czy szanse ma taki międzygatunkowy związek? Czy namiętność przezwycięży żądzę zemsty, krwi i przemocy?

Nie mam już o czym Wam opowiadać drodzy czytelnicy. I tak was nie ma. Poszliście na targ i jecie teraz własne do prasowania deski. Myślę sobie tak i smutek mnie ogarnia, że tak zęby sobie łamiecie bezmyślnie i niekulturalnie. Łzy lecą mi z oczu i pleśnią pokrywają się sztućce w szufladzie. Niemniej opowiem jeszcze o Tarzanie, który skacze po śmietnikach na osiedlach mrocznych. Resztka sił opowiem, bo straciłem je wszystkie na wieszanie ubrań wyciągniętych z pralki i na myśleniu o kołdrach, które już nigdy nie ogrzeją dzieci na nowo narodzonych.
Stare pijaki jak co niedziele wałęsały się po mieście Wrocławiu. Młode pijaki jeździły tramwajem wte i wefte i tak wkoło Macieju. Nie było śniegu. Sanki zakurzone w piwnicy kiszą się jak kapusty w beczkach. Pachną kwiaty gdzieś w oddali. Na drugiej półkuli, gdzie wiosna. Konie wszystkie natomiast niedługo umrą. Takie dostałem informacje. Nie będzie już krokodylich łusek. Ostatecznie stracimy szansę na to, żeby wiatr ochładzał nasze policzki. Trzeba schować się w kunie. Mimo wszystko w tym całym rozgardiaszu jeden osobnik zachował resztkę romantyzmu i szczerego przekazu naszych osiedli: to Tarzan, on skacze ze śmietnika na śmietnik jak ryś z drzewa na drzewo skacze. Jak kangur blokujący drogę na australijskiej ścieżce życia. Jak zając umykający przez drapieżnikiem. Tarzan skacze i robi jak King Kong uderzając się w klatkę piersiową: „aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!”.

Wszystkim nielicznym czytelnikom bloga bezparasola chciałbym życzyć życzenia najlepszości i wszelkości. Aby ten zbliżający się wielkimi krokami koniec świata dosięgnął Was w szczęściu, miłości i spełnieniu zawodowym, artystycznym i wszelkim.

Na koniec piosenka o pingwinach i melonach na nowy rok:


Piesek

Statystyka

stat4u stat4u stat4u
%d blogerów lubi to: