Bez parasola

Oddalała się wielka nawałnica, która nawiedziła okolicę. Żywioł pozrywał dachy i linie energetyczne. Nie oszczędził też najnowszych samochodów, autobusów i rowerów, a nawet taczek i tirów wyglądających jak martwe wieloryby. W telewizji mogliby mówić, gdyby była tu jakaś telewizja, że zginęło od kilkudziesięciu do nawet kilkuset osób. Nic niezostało jednak wyjaśnione. Po prostu pioruny jakby się uparły na to małe miasto, w którym w ostatnich latach tak wszystko ładnie wyremontowali.
– Paznokcie mam brudne – powiedział Janek do Stefana otrzepując się po wyjściu ze starego rozpadającego się budynku, w którym schronili się mężczyźni.
– Myślisz, że znowu będę musiał myć auto? – zapytał Stefan
– Na pewno.
Zamilkli. Dopiero teraz dotarło do nich, że coś się stało, że cały porządek, którym żyli mógł się nagle przewrócić, stanąć na głowie. Żaden z nich nie chciał jednak powiedzieć tego na głos. Wewnątrz czuli, że coś się stało, ale nie chcieli okazać słabości. Nigdy jej nie okazywali. To byli prawdziwi mężczyźni. Za takich się uważali. Zresztą pracowali razem i nie wypadało.
– Ta pogoda wariuje – odezwał się po chwili milczenia Stefan
– A daj spokój – kontynuował farsę Janek – raz ciepło raz zimno. Nic się nie chce.
Minęli wywróconego tira. W oddali słychać było pulsujące sygnały jakby różnych służb. Janek zakrył uszy dłońmi.
– Co robisz? – zdziwił się Stefan
– Nie mogę słuchać wysokich dźwięków.
– Moja też tak ma i boi się burzy
– No
Znowu zamilkli i szli dalej. Zbliżała się noc a w żadnym oknie nie paliło się światło. Nawet świeczka. Miasto jakby umarło.
– Chyba jakaś awaria – przerwał krępującą ciszę tym razem Janek
– W tym kraju jakby nie było awarii to by było święto
– Człowieku. Komuna. Siedzą na tyłkach, a jak są potrzebni, to ich nie ma
Znowu rozmowa skończyła się tak jak się zaczęła. Mężczyźni właściwie się nie lubili. Pracowali razem, ale jak to czasami w pracy bywa różniło ich wszystko: temperament, osobowość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Janek miał nadzieję ostatnio, że Stefan wyleci po ostatniej kłótni z szefem, ale jakoś mu się upiekło. Teraz spotkali się przez przypadek. Jeden był u klienta, drugi zostawił samochód w okolicznym warsztacie. Czasami los płata takiego figla, że rzuca w jakieś absurdalne zamknięte miejsce dwie osoby. Wiadomo, chciałoby się, żeby wynikła z tego wielka miłość albo przynajmniej przygoda, ale tej sytuacji towarzyszyło tylko zmieszanie i chęć ucieczki. Nie było jednak, gdzie się rozpłynąć. Jeszcze do tego autobusy nie jeździły. Nikogo nie było. Robiło się coraz bardziej dziwnie.
– Słuchaj, gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytał Janek – zupełnie się pogubiłem
– Też trochę nie wiem. Może w złą stronę poszliśmy – odpowiedział Stefan
– Nie wyszliśmy z miasta?
– Nie, na pewno nie. Kojarzę te bloki
– A w nich ktoś mieszka w ogóle?
– To wejdźmy – zaproponował Stefan – Przekonamy się
Zardzewiałe blaszane drzwi zaskrzypiały. Czuć było tynk. Chyba nie tak dawno położyli.
– Halo! – zawołał Stefan, ale odpowiedziało mu tylko echo.
– Chyba nikogo nie ma. – powiedział drżącym głosem Janek. Było zupełnie ciemno. Do tego Stefan zaczął iść szybciej i szybciej. Właściwie biegł. W tym mroku zupełnie nie było wiadomo, gdzie jest.
– Jesteśmy uratowani! – krzyknął gdzieś z góry a Janek przewrócił się o schody i w związku z tym poobijany musiał dotrzeć do swojego kompana. Przed oczami obu mężczyzn pojawił się nakryty uroczyście stół oraz dwa zasłane łóżka w perskie wzory.
– Odpoczniemy sobie. – powiedział znów bezmyślnie Stefan i rzucił się na łóżko jak futbolista amerykański.
– Nie uważasz, że to trochę dziwne? – zapytał bojaźliwie Janek, ale jego towarzysz chrapał już w najlepsze. Janek usiadł więc przy stole, w głowie mu wirowało. Po dłuższej chwili zorientował się, że je, wkłada do buzi kolejne przysmaki znajdujące się na stole. Były całkiem dobre.
– Dzień dobry. – usłyszał zza pleców Janek basowy głos. – Dawno nikogo u mnie nie było. – kontynuował człowiek z cienia. A właściwie nie wiadomo skąd, bo Janek się nie odwracał i zamknął oczy. „Za nic ich nie otworzę” mówił sobie w duchu.
– Halo!!! Jest pan tam?! – zawołała tajemnicza postać.
Janek powoli podniósł głowę.
– Dobry wieczór – rzekł jakby nigdy nic. – Przechodziliśmy, na dworze taki ziąb, więc weszliśmy.
– Proszę się nie tłumaczyć. Bardzo się cieszę, że Panowie wpadli. – uprzejmie odpowiedział gość, a raczej gospodarz lokalu.
– Jestem Jan Siodło – przedstawił się Janek po chwili zastanowienia. – Mój kolega się trochę zmęczył – dodał po chwili.
Tajemniczy mężczyzna wstał, na paluszkach podszedł do Stefana, spod łóżka wyciągnął wielką zakurzoną księgę i zaczął ją misternie wertować.
– Lubi pan czytać?- zapytał Janek, prawdopodobnie z jakiegoś takiego tępego zakłopotania. – Ja piszę czasami. Z moją żoną pisaliśmy do siebie listy.
Gospodarz podniósł dłoń z wyraźnie przydługimi paznokciami i kiedy Jankowi wydawało się, że zaraz podmuch wiatru poniesie go jak mały liść, usłyszał znajomy dźwięk swojego głupiego, lokalnego radia.
– Niestety będzie słońce, więc uzbrójmy się w cierpliwość, a niedługo spadnie deszcz i kwiaty w naszych ogrodach znowu zakwitną – wypowiedział aksamitny głos.
– Nie lubię złej muzyki. Zdecydowanie bardziej niż złą muzykę, wolę dobrą nutę. Tak żeby było czuć – wypowiedział się gospodarz z pazurami.
Janek zamruczał i pokiwał przytakująco głową, ale nie potrafił w żaden sposób skomentować słów człowieka, z którym los go w tej chwili nie wiadomo dlaczego złączył. Ten natomiast wstał, znowu podszedł do śpiącego Stefana, wyciągnął z kieszeni gumkę recepturkę i zaczepił mężczyźnie dwa jej końce na uszach.
– Ale się zdziwi jak się obudzi – powiedział dowcipniś
Janek znowu zamruczał i westchnął, a raczej wydał z siebie charknięcie zakłopotania.
– Wie pan co się stało? – zapytał w końcu – Chciałbym wrócić do domu.
Gospodarz się uśmiechnął szyderczo.
– Co się miało stać? Coś się na tym świecie po prostu skończyło, ot co – odpowiedział. – Ludzi wywieźli helikopterami, a część jak ja i panowie zostali. Wolna wola.
Janek poczuł, że to wszystko musi mu się śnić, więc tylko się uśmiechnął, wstał i położył na drugim łóżku nic nie mówiąc.
– Ja tutaj śpię! – wrzasnął nagle gospodarz i kijem do przesuwania firanek zaczął okładać Janka jak niewolnika ze starych filmów.
– Pan jest wariat!! – zdenerwował się bity mężczyzna. – Żegnam – dodał z dumą i wyszedł w ciemność.
Na dworze było już chłodno. Właściwie dopiero co skończyła się zima. Wielkie kałuże w ciemności odbijały blask księżyca. Wywrócone dostawczaki pełne były towarów, a opuszczone Biedronki i Lidle zapraszały szabrowników. Janek nie chciał mieć z takimi do czynienia. Wierzył jeszcze, że przez przypadek wszedł do jakiegoś opuszczonego osiedla poatomowego, o którym rząd nic nikomu nie powiedział. „Ciągle coś te skurwysyny ukrywają” myślał. Wszystko jednak nosiło ślady świeżo zgaszonego ogniska. Koszyki przy Tesco, benzyna na stacjach paliw, a nawet niedbale zaparkowane samochody osobowe – wszystko to świadczyło o tym, że to zamieszkałe do niedawna miejsce, z którego nie wiadomo czemu wszyscy odeszli albo być może się tylko pochowali. Może chcą zrobić psikusa. Taki żart ogólnospołeczny. Zmówili się na Facebooku. Takie myśli pojawiały się w głowie Janka Siodło, kiedy tak wędrował po omacku. W końcu zaczęło świtać i ulice stawały się coraz bardziej znajome. Właściwie nasz bohater był blisko domu, ale przy zgaszonych latarniach w ciemną noc niczego nie poznawał. Z ulgą przekręcił klucz w zamku i wszedł. W domu nie było nikogo, choć wszystkie rzeczy pozostały na swoim miejscu. Nie było prądu ani nie działały telefony. Trzeba było jedzenie z lodówki przenieść na balkon, bo się zrobiła wielka kałuża w kuchni.
– Gdzie się wszyscy podziali? – wymamrotał jeszcze Janek Siodło po czym padł wyczerpany na wielkie małżeńskie łoże w sypialni. Po przebudzeniu nic się jednak nie zmieniło. Cisza jak makiem zasiał. Samochody nie jeżdżą, nawet psy nie szczekają. Nic. Wtedy właśnie postanowił Janek Siodło, że pójdzie do pracy i żeby sobie osłodzić tą niezręczną sytuację, przynajmniej raz w życiu usiądzie w fotelu prezesa. Marzył o tym od wczesnego dzieciństwa. Tym większe było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że w pracy nikogo nie brakuję.
– Cześć Jasiu – rzuciła jak gdyby nigdy nic sekretarka Iwona, kiedy mężczyzna przekroczył wrota firmy, w której pracował. Przy kserze stał Stefan i jak gdyby nigdy nic kserował sobie jakieś papiery.
– Jak tam młody? Dotarłeś do domu? – zapytał jak zwykle z fałszywym uśmiechem, ale jakoś bardziej dobrodusznie.
Janek Siodło zamarł. Wszystko zaczęło mu wirować.
– Ttttoo wwwyy ppprraccujjjecuie?- jąkając się zapytał w przestrzeń biura. Usłyszała go tylko kadrowa Patrycja
– Hihihi, słyszeliście, Janek się pyta czy pracujemy, hihihihi – narobiła żartobliwego szumu.
– No Jasiu pracujemy. Co mamy robić?- poklepał Janka po plecach Stefan. – W ogóle ty gadałeś z tym kloszardem? Wziął mi jakąś gumkę zaczepił na uszy. Psychol jakiś – dodał. Stefan nigdy nie był szczery. Rodzice od wczesnych lat wpajali mu, co się opłaca, a co nie. Nauczył się więc Stefan mówić hasłami zasłyszanymi w telewizji.
– A macie prąd? – zapytał jeszcze zakłopotany Janek, ale w odpowiedzi usłyszał parsknięcia i chrząkania. Przed oczami pojawiła się jego żona i córka. Czy już nigdy ich nie zobaczy? Nie zajmował się może należycie życiem rodzinnym. Nie wiedział właściwie, do której klasy chodzi jego dziecko, ale przecież przynosił pieniądze do domu i raz na rok fundował wakacje Last Minute w ciepłych krajach. Nie pił i dbał o higienę. Pozwalał im na wszystko. „A może ona sobie kogoś znalazła?” zastanawiał się w duchu Janek Siodło. Z tego swego rodzaju stanu zawieszenia w próżni znowu wyrwał go Stefan.
– Oj Jasiu, Jasiu – zaczął. – Ja nie wiem, co ty bierzesz, ale daj mi trochę.
Patrycja z Iwoną zdążyły jeszcze zachichotać, kiedy nagle po środku pomieszczenia biura stanęła oświetlona światłem świętości majestatyczna postać prezesa.
– Jesteśmy wszyscy, to zróbmy zebranie kochani – zabrzmiał podniosły i jednocześnie kojący głos niczym biblijne trąby trwogi i nadziei. Zastukały nogi od krzeseł, ze wszystkich stron zaczęły zbierać się postacie. Każda z nich osobna, każda pełni w organizmie firmy jakieś zadanie, jakąś funkcję. Jest elementem całości, sprawnie działającej maszyny zmieniającej oblicze Ziemi.
– Spotykamy się, bo zaszły, jak pewnie wszyscy wiecie, zmiany, których nie można pozostawić bez słowa – rozpoczął przemowę prezes. Na twarzach wszystkich obecnych pojawił się podniosły nastrój. Stefan uśmiechał się dumnie, dziewczęta z paniką poprawiały sobie ukradkiem włosy i spódnice, a Janek cały drżał, że się nie umył.
– Jak wiecie lub może nie wiecie w naszym mieście zostało około 40 osób – kontynuował przemowę prezes. – Trzeba będzie w związku z tym przedsięwziąć pewne kroki, które dostosują nas do zmieniających się standardów.
– Będzie redukcja? – ledwo powstrzymując się od płaczu zapytała Iwona.
– Spokojnie, spokojnie – łagodnym głosem Krystyny Czubówny w męskim wydaniu rozwiewał wszelkie tajemnice prezes. – Wszyscy siebie wzajemnie potrzebujemy.
– Niech prezes nie owija w bawełnę tylko mówi – wypalił Stefan.
– Ponieważ każdy z nas nie ma innych obowiązków, będziemy tutaj mieszkać i pracować. W związku z tym, że nie potrzebne są już też pieniądze, nikt z nas też nie będzie zarabiał.
– Czy to oznacza, że od teraz będziemy jedną wspaniałą rodziną? – wyszeptała wzruszona Patrycja.
– Coś w ten deseń, ale nie przesadzajmy z takimi słowami. One brzmią sztucznie – odpowiedział prezes.
– A jak będę chciał iść na spacer? – wypowiedział się Jasiek, ale po chwili zorientował się, że było to wielkie faux pas.
– Ty Jasiu jak coś powiesz, to aż uszy więdną – zażartował Stefan.
– Każdy będzie mógł godzinę dziennie spędzić na swoich sprawach, nie licząc oczywiście snu, który będzie dobrowolny – wyjaśnił jednak Jasiowi jak krowie na rowie prezes. – Jakieś jeszcze pytania?
– A co będziemy jeść? – zapytał gruby Karol z działu dystrybucji.
– Na to będzie właśnie ta godzina, żeby sobie coś zorganizować. Poza tym można się umawiać z innymi, współpracować. Najważniejsza w naszej firmie jest komunikacja – dalej tłumaczył prezes. – Jeśli chodzi o samą pracę, to nic się nie zmienia. Każdy niech robi, to co robił dotychczas.
– Ale telefony nie działają – zauważyła Iwona.
– Kreatywność, kreatywność i jeszcze raz kreatywność – surowym tonem parsknął na tę uwagę prezes, po czym naturalnie przechodząc na Czubównę zakończył zebranie i zamknął się w swoim gabinecie. Janek Siodło zaś jak gdyby nigdy nic wyszedł sobie z budynku i nie powiedział nawet jednego słowa wytłumaczenia ani informacji swoim kolegom.
– Ten to od razu musiał wykorzystać przerwę – skomentował to wyjście podły zawistnik Stefan.

Słońce wstało nad krainą złotą. Złoty rumak wiózł złotego parobka w słomianym kapeluszu ze złota. Dokąd on go wiózł ten złoty rumak? To pytanie zadają sobie teraz wszyscy zainteresowani losem parobka. Odpowiedź jednak nie jest taka prosta. Składają się na nią skomplikowane operacje, które może i się śnią co niektórym, bo sny to taki dość dziwny obszar w życiu człowieka, ale na pewno na jawie się to nigdy nie wydarza. Zwyczajnie jest to niemożliwe.
Wszystko zaczęło się, gdy na niebie pojawiły się jakieś dziwne czerwone plamy tak jakby krew albo, nie wiem, farba czerwona, może lawa z wulkanu. We wiosce parobka dzień mijał jak zwykle o tej porze roku – kukurydza, pszenica, jęczmień, piękne wieśniaczki w polu, psy z wywalonymi językami jakby uśmiechnięte. Zdrowie i natura jednym słowem mówiąc. Tylko te plamy na niebie wywoływały jakieś dziwne napięcie. Stare baby we wsi szeptały o końcu świata, że Matka Boska poroniła mówiły. Wezwano najmędrszego z mędrców: Adriana – starego pustelnika z pobliskiego wzgórza. Złotego jak nietrudno się domyślić. Długo starzec wywalał oczami i wydawał z siebie dziwne jęki jakby odgłos pingwinów. Mieszkańcy tupali zniecierpliwieni. W końcu stary powiedział:
– Jeden z was musi wyruszyć do krainy wężów i krwiożerczych otchłani.
Wśród mieszkańców zagościł niepokój i trwałby tak, gdyby…
– Ja pójdę – powiedział parobek i w jednej chwili pokrył się złotem od stóp do głów
– Nieeee!!! – zaskrzeczała narzeczona parobka
– Najdroższa – zwrócił się złoty parobek do swojej złotej narzeczonej – muszę iść
– Nieeeeee!!! – krzyknęła jeszcze raz narzeczona, ale parobek nie odwracał głowy, nie patrzył wstecz. Kroczył w nieznane. Stary pustelnik powiedział mu na osobności, że musi się udać w to tajemnicze miejsce, do którego dotrzeć można tylko idąc po tęczy. Tam jest taki wyciek i trzeba go zatkać papierem toaletowym. Parobek był znany we wiosce, że w kryzysowych sytuacjach można na niego liczyć. Kiedyś wilka ogromnego udusił gołymi rękami. Teraz drapieżniki się z dala od wioski trzymają, tylko wyją do księżyca gdzieś w oddali.
Zawiesił na patyku prowiant parobek złoty, a cała wioska trzymała kciuki, kiedy wyruszał. Narzeczona płakała, ale na nic jej łzy. Nie mogła ożenić się ze swoim ukochanym, bo jej ojciec jej zabronił. Dał warunek młodzieńcowi, że musi udusić słonia gołymi rękoma i wtedy związek będzie mógł zostać sformalizowany. Na razie jednak grzesznie żyć muszą bez zgody natury.
Wyruszył i już nie mógł oglądać się za siebie. Tak nakazywała tradycja, a we wsi taki zabobon, że się słucha tradycji zamiast nowoczesnych naukowych modeli analitycznych. Takie zacofanie. Ledwo koło garncarskie wynalezione.
Koń tupał radośnie, bo parobek na nim jechał. Lubił zwierzak swojego pana. Mógłby oddać za niego życie. Kiedy parobek był młody, to uczył się całować właśnie ze swoim jedynym przyjacielem końskim. Lizali się tak codziennie do 20 minut. Dzięki temu w kontaktach z kobietami zawsze dobrze wypadał nasz milusiński chłopaczysko. Nie tylko bowiem się całował, ale też ćwiczył na rumaku różne techniki podrywu.
Po pięciu dniach podróży przez mroczną krainę dotarli nasi bohaterowie ludzki i zwierzęcy do bramy tęczy. Stał przed nią strażnik w postaci miniatury małpoluda. Jakby Yeti, tyle że krasnoludek Yeti.
– Czego chcecie śmiecie jebane? – powiedział na wstępie do parobka i jego niezastąpionego kompana
– Chcemy wejść na tęczę mistrzu – piskliwym głosem ucznia, który nie zna odpowiedzi na arcyważne pytanie nauczyciela, odpowiedział parobek
– A co się tak błyszczy jebany? Nafosforował się, kurwa? – drwił sobie dalej strażnik
– Nie, to u mnie w wiosce wszyscy złoci – odpowiadał dalej ze spuszczoną głową młodzieniec
– Iha, iha – wypowiedział się z kolei koń
– A ta szkapa to, kurwa, co? Łysek z pokładu Idy? – śmiał się szyderca podły liliput nikczemny
Koń spojrzał spode łba.
– No, no. Trzymaj z dala tą brudną kobyłę ode mnie – powiedział strapiony cwaniak mini Yeti i przywołał wielkiego bojowego słonia – fikasz teraz pierdolony kopyciarzu?
Koń schował się za swojego pana.
– My naprawdę nie mamy złych zamiarów – rzekł pojednawczym tonem parobek
– A więc na tęczę chcecie wejść tak? – przeszedł teraz na urzędniczy ton strażnik tęczy – a co będziecie robić na tęczy?
– Chcemy pozwiedzać
Cyniczny karzeł zakasłał ze śmiechu
– A ta srajtaśma to ci na co?
– A to… Zawsze mam ze sobą podczas wypraw turystycznych. Nie wiadomo, kiedy się może przydać
– Niestety. teraz to zostaje ze mną
– Dobrze
Zostawił złoty parobek toaletowy papier ze złota u strażnika, ale schował zwykły szary z Biedronki pod grzywą konia. Małpolud się nie zorientował, ale słoń złapał trąbą niezastąpionego kompana naszego bohatera i zaczął go dusić. Chyba odkrył oszustwo wielki zwierz.
– Spokój Dumbo! – krzyknął do swojego pomocnika nasz Charon tęczy i wtedy wypadł papier spod grzywy duszonego ogiera
– Ja pierdolę! – krzyknął sfustrowany parobek. Myślał, że to już koniec, ale jego pomocnik kopnął kopytem małego małpoluda. Słoń rzucił się na rumaka, ale wtedy z kolei parobek stanął w obronie przyjaciela i chwytem zapaśniczym powalił agresywnego zwierza. Walczyli tak jakiś czas w parterze, aż w końcu słoń padł martwy. Parobek odkroił mu trąbę na dowód zwycięstwa. Teraz będzie mógł poślubić swoją skrzeczącą ukochaną.
Pobiegli po tęczy radośnie kompani koń i człowiek. Poczuli się do siebie wyjątkowo przywiązani, więc po zatkaniu dziury papierem i po powrocie do wioski zrobili rzecz zupełnie zwariowaną.
Wioska oczekiwała swego bohatera organizując festyn na jego cześć. Plamy na niebie zupełnie zniknęły. Wszyscy pili i jedli. Stary pustelnik Adrian gładzony był przez 4 piękne nimfy ze stawu. W południe zgodnie z tradycją parobek stanął na środku placu i uniósł w górę zdobytą trąbę słonia. Ukochana naga niesiona przez 15 wieśniaków zbliżała się do narzeczonego. Jej ojciec zezwolenie na piśmie na ślub napisał i już miał je uroczyście odczytać, kiedy nasz dzielny koń nagle zaczął lizać swojego pana. Może by się wszystko rozeszło po kościach, gdyby nasz bohater nie odwzajemnił pocałunku i następnie nie zerwał gwałtownie z siebie ubrania. Po prostu zaczęli się kochać człowiek z koniem przy wszystkich. Społeczność lokalna skonsternowana zamarła. Ojciec dziewczyny wpadł w szał. Chciał zabić tego, który zhańbił jego córkę, ale niespodziewanie przeszkodził mu wilk wyskakujący zza krzaka. Jednak i on stanął jak wryty, kiedy już zagryzł niewinnego człowieka. Chciał zemsty za upokorzenie, jakie ród wilków doznał ze strony ludzkiego sadysty, a tu go taki zastał widok. Podobno parobek udusił wcześniej wilka z przyczyn seksualnych, a nie, jak głosił wszem i wobec, w obronie ludu wioski. Warknął wilk mściciel, bo mówić nie umiał. Koń też tylko parskał i nie umiał ostrzec swojego kochanka, który z zamkniętymi oczami machał miednicą od tyłu wsadzając swoje przyrodzenie zwierzęciu. Wszystko lśniło na złoto. Ludzie natomiast wpadli w panikę. Biegali bez ładu i składu. Drapieżnik otrząsnął się ze zdziwienia i szykował do skoku na swojego w ogóle nie zorientowanego w sytuacji wroga. Wtedy stary pustelnik chwycił złego wilka za członek. Momentalnie stwardniał. Miłość zapanowała między ludźmi, wilkami i końmi. Pytanie tylko czy długo to przetrwa? Czy szanse ma taki międzygatunkowy związek? Czy namiętność przezwycięży żądzę zemsty, krwi i przemocy?

Nie mam już o czym Wam opowiadać drodzy czytelnicy. I tak was nie ma. Poszliście na targ i jecie teraz własne do prasowania deski. Myślę sobie tak i smutek mnie ogarnia, że tak zęby sobie łamiecie bezmyślnie i niekulturalnie. Łzy lecą mi z oczu i pleśnią pokrywają się sztućce w szufladzie. Niemniej opowiem jeszcze o Tarzanie, który skacze po śmietnikach na osiedlach mrocznych. Resztka sił opowiem, bo straciłem je wszystkie na wieszanie ubrań wyciągniętych z pralki i na myśleniu o kołdrach, które już nigdy nie ogrzeją dzieci na nowo narodzonych.
Stare pijaki jak co niedziele wałęsały się po mieście Wrocławiu. Młode pijaki jeździły tramwajem wte i wefte i tak wkoło Macieju. Nie było śniegu. Sanki zakurzone w piwnicy kiszą się jak kapusty w beczkach. Pachną kwiaty gdzieś w oddali. Na drugiej półkuli, gdzie wiosna. Konie wszystkie natomiast niedługo umrą. Takie dostałem informacje. Nie będzie już krokodylich łusek. Ostatecznie stracimy szansę na to, żeby wiatr ochładzał nasze policzki. Trzeba schować się w kunie. Mimo wszystko w tym całym rozgardiaszu jeden osobnik zachował resztkę romantyzmu i szczerego przekazu naszych osiedli: to Tarzan, on skacze ze śmietnika na śmietnik jak ryś z drzewa na drzewo skacze. Jak kangur blokujący drogę na australijskiej ścieżce życia. Jak zając umykający przez drapieżnikiem. Tarzan skacze i robi jak King Kong uderzając się w klatkę piersiową: „aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!”.

Wszystkim nielicznym czytelnikom bloga bezparasola chciałbym życzyć życzenia najlepszości i wszelkości. Aby ten zbliżający się wielkimi krokami koniec świata dosięgnął Was w szczęściu, miłości i spełnieniu zawodowym, artystycznym i wszelkim.

Na koniec piosenka o pingwinach i melonach na nowy rok:

„A gdyby tak zabić generała?” zastanawiała się żona kaprala. Jej mąż kolejny już rok nie wracał z arcyważnej misji wojennej o pokój zabiegającej i jego pilnującej. Kiedy go pytała w telefonicznej rozmowie dlaczego, odsyłał ją do generała. Główny przełożony wszystkich wojaków miał znać odpowiedź, jednak tylko krzyczał do słuchawki, że nie rozumie głupia baba wagi sytuacji, że bezpieczeństwo, że to dlatego, aby mogła sobie spokojnie fitness uprawiać i na jogę chodzić. „Cholerny burak” powtarzała w myślach kobieta i myślała o różnego rodzaju torturach na wojskowym dowódcy. Ciachała przy tym cebule nożem i mięso kroiła też. Płakała zawsze jednakowo. Jej matka z kolei ciągle powtarzała, żeby zostawiła drania w diabły, że pewno ją zdradza, ale ona nie potrafi. Kocha swojego męża. Poznała go na wesołym miasteczku, gdy z koleżankami zajadały się watą cukrową. Podszedł taki jeden a z nosa wyrastało mu drzewo. Normalnie drzewo iglaste, choinka. Wzięła Kaśka, bo tak ma na imię pani Kapralowa, i pociągnęła za gałąź. Okazało się, wyobraźcie sobie, że to drzewo to takie duże całkiem w nim w środku było. Z całą rodziną jak rzepkę ciągnęła i bombki się zrobiły zupełnie kolorowe. To ją urzekło. Nie każdy nosi w sobie takie cuda. Niektórzy umieją chodzić po ścianach stromych, inni potrafią naprawić statek kosmiczny. Jeszcze inni są tacy, że, wiecie, da się z nimi pogadać, zwierzyć się, do rany przyłóż, jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. On był jednak cudowny. Miał w sobie ubraną choinkę, świecił i na brzuchu pojawiał się napis „Merry Christmas”. Całą noc wzdychała a święty Mikołaj obserwował ją z dachu i ją wysłuchał. Przyniósł z jabłkiem w mordzie jak świniaka jakiegoś. Od razu tez blachę miała na późniejsze uroczyste pieczenie. Wcześniej same przypalone patelnie po jajkach. Nikt nie kupił druciaka, żeby dobrze umyć, tak, wiecie, doszorować. Każdy tylko jajka smażyć chciał na boczku i cebulce. Bez wyobraźni, tylko brać a nie dawać. No więc smutna Katarzyna płaczę do dzbanuszka, że jej mąż w Kongo o pokój w dżungli, a może to Nikaragua. Nikt tego nie wie. Znaczy ktoś wie i ona też ma gdzieś zapisane, ale teraz nie pamięta. Męża nie ma już 4 lata. Tylko telefonicznie w każdym razie a generał to zwykła despotyczna świnia. Do Polski sam przyjeżdża na Boże Narodzenie. Myśli, że ma władzę nad światem, ale niedoczekanie jego. Zdobyła żona kaprala przez kuzyna adres tego człowieka, oprawcy rodziny, po prostu tyrana, generała wojsk polskich lądowych sił naziemnych i jedzie do niego rowerem. Prawa jazdy nie ma, bo nie pozwoliła skraść buziaka panu egzaminatorowi. Jedzie więc rowerem, jednośladowym pojazdem bez silnika po ścieżce pośród drzew. Jest coraz bliżej celu, las coraz głębszy, aż w końcu dom z piernika i z pierza gołębi jej staje przed oczami. Dzwoni dzwonkiem odgłosu zarzynanego borsuka. Drzwi się otwierają
– Dzień dobry – zadyszana się wita z panią poczciwiną gospodynią panią
– Dzień dobry – odpowiada pani generałowa – a pani tu jak tu do lasu tu, pani tu, dotarła tu?
Och ta żona generała w ogóle nie obyta, się wysłowić nie umie, ładnych zdań składnie połączyć ładnie, tylko bełkocze jakoś tak niefortunnie, bez fortuny, szczęścia w miłości i pośród wybuchających min jeszcze z drugiej wojny światowej
– Dzień dobry – jeszcze raz mówi już głośniej Katarzyna
– No dzień dobry, ja słucham… – niecierpliwi się pani domu
– no ten, ja pani męża, z mężem pani ja romans mam
– o Boże, o nie, ja wiedziałam, że on kogoś ma i pewnie nie tylko z panią. Teraz podobno do lasu na zwierzynę, o nie, o nie, ja biedna, ja samotna, ja samobójstwo, ja sens życia
W tej chwili wchodzi wielki pan Zenon – generał pan
– Ty draniu – krzyczy do niego żona Danusia i płacze
Katarzyna zaś jak lwica rzuca się i oczy wydrapuje znienawidzonemu. Generał wykrwawia się i kona na kolanach żony. Po chwili w domu staje kapral. Patrzy się tępo, lecz wszystko rozumie. Teraz jest wolny i w ramionach tonie swojej ukochanej. Danusia histerycznie wrzeszczy nad zwłokami małżonka. Katarzyna jej strzela w tył głowy ze strzelby.
– Kochanie, on mnie więził i dzika udawać ja musiałem ciągle.

Nizina Amazonki to takie malownicze miejsce. Ostatnio nawet wygrało w konkursie na cud natury. Wszyscy Indianie skakali z radości. Uruchomili swoje traktory sprowadzone z Polski i jeździli po drzewach. Pan Wróbel nie mógł się nadziwić i po ogłoszeniu wyników przez komisję ekspertów od cudów, osobiście przyjechał się temu przyjrzeć. Rzeczywiście, kiedy dotarł na miejsce, świat w jednej chwili tak jakby się zaczarował. Czuł się wspaniale nasz bohater. Tak jakoś bezpiecznie. Jakby już kiedyś odwiedził to miejsce. Natura zdawała się do niego przemawiać, a stary miejscowy też coś tajemniczo bełkotał z zamkniętymi oczami. „Zwariował chyba czerwonoskóry” – pomyślał pan Wróbel, lecz tajemność tego miejsca nurtowała go głęboko w okolicach jelita grubego.
Pierwszego dnia swojego pobytu w Manus nasz bohater miał zaplanowane zwiedzanie okolicznej dżungli. Miejscowy wódz postanowił go oprowadzić osobiście, bo, jak mniemał pan Wróbel, liczył chyba na jakieś korzyści. W końcu Pan Wróbel to nie byle kto. Sam resort rolnictwa UE go wysłał za zasługi dla szerzenia uprawy prosa. Wiele się o tym słyszało we wsiach całej Polski, mimo że nie do końca były to oceny pozytywne. Zarzucano panu Wróblowi, że sprzedał polskie rolnictwo Niemcom. Kiedyś zdarzyło mu się bowiem przenocować młodego podróżnika zza zachodniej granicy. Następnego dnia cała wioska o tym huczała. Mówiono o pakcie z Hitlerem i zabijaniu członków Armii Krajowej. Na dodatek ów niemiecki podróżnik okazał się synem komisarza europejskiego i pan Wróbel niedługo potem znalazł się na swoim prestiżowym stanowisku. Nigdy mu tego nie wybaczono w rodzinnych stronach
– Szlachetny Ptaku – zwrócił się wódz Indian do polskiego działacza rolniczego – oto nasza kraina złota, gdzie wiatr synem orła jest
– Dobrze, proszę Pana – odpowiedział pan Wróbel grzecznie tak jak odpowiada przełożonym w europejskich instytucjach
– Oto nasze święte węże i lamparty święte
Pan Wróbel skłonił się drapieżnikowi z kamienia, którego nieśli za wodzem dwaj mu podwładni autochtoni.
– Pan w swoich stronach musi być bardzo pobłażliwy dla swoich ludzi – drążył dalej wódz. W gruncie rzeczy był to przebieraniec na potrzeby wizyty europejskiego działacza a naprawdę człowiek kolumbijskiego latyfundysty, handlarza kokainą.
– W moich stronach nie jestem wodzem i każdy może mnie bezkarnie opluć – odpowiedział nie kryjąc oburzenia polskimi realiami w porównaniu z rzeczywistością, którą zastał w Ameryce Południowej Pan Wróbel
– Drogi Szlachetny Ptaku – kontynuował swoją grę Indianin-oszust – usłysz wiatru szum i niech węża syk nie będzie ci drogowskazem
Pan Wróbel się zamyślił, ezoteryka tego egzotycznego miejsca wydawała mu się coraz bliższa
– To dziwne – powiedział mimowolnie – czuję się jakbym żył tu od zawsze
Wódz uśmiechnął się tajemniczo, ale nic nie odpowiedział. Jego niewolnicy targali za nim figury z kamienia a pan Wróbel podziwiał gęste zarośla, które tak sobie mijali. Deszcz ciągle siąpił, ale w ogóle nie przeszkadzało to naszemu bohaterowi, który zdawał się być człowiekiem wodnym albo po prostu takim, co ciągle potrzebuje prysznica. W sumie z tego wynalazku to ostatnio korzystał w hotelu w Rio. Nie mógł tam poskromić zachwytu nad posągiem Chrystusa. Zawsze uważał go za wybitną postać historii i moralności, choć w jego boskość wątpił od czasu kiedy umarła mu od uderzenia huśtawką córka Zosia.
– Dokąd idziemy? – ocknął się nagle pan Wróbel
– Szlachetny Ptaku, nie musisz się martwić – odpowiedział z nieukrywanym uśmiechem cynika wódz – niedługo powrócisz tam gdzie wzrastały twoje łany
Pan Wróbel puścił te słowa mimo uszu. Był zachwycony fauną i florą Niziny Amazońskiej. „To rzeczywiście cud” myślał a jak wszyscy wiemy, wspaniale jest doświadczyć cudu. Nasz poczciwy marzyciel kroczył więc dalej za indiańskimi przestępcami w ogóle nieświadomy niebezpieczeństwa, które miało go spotkać niebawem.
Kiedy pan Wróbel ze swoim przewodnikiem dotarli nad rzekę Amazonkę, pomocnicy wodza rzucili gwałtownie niesione figurki i zakneblowali naszego łagodnego rolnika z Polski. Panu Wróblowi przed oczami stanęły ciastka, których już nigdy nie zje i szynka z wędzarni jego kuzyna Bartosza. Jej smak powalał jelenie. Dlaczego taki los spotyka niewinnych ludzi?
– Co chcecie ze mną zrobić? – oburzył się pan Wróbel – jestem urzędnikiem europejskim. Jeśli coś mi się stanie, to zobaczycie.
– Co zobaczymy? – zadrwił wódz odpalający właśnie cygaro
– Zobaczycie…., zobaczycie, gdzie raki zimują
– Uspokój się dziadku. Jak towar dotrze do Europy, to nic ci się nie stanie, a tak będziesz jakby co naszym zakładnikiem
– Zabijcie mnie od razu – wykrzyknął podniośle pan Wróbel – bo ja nie pozwolę, żeby przeze mnie młodzi ludzie się narkotyzowali. Dzieci niewinne. Nie!!!
– Pojebany jakiś – powiedział Indianiec, który niósł figurkę lamparta
– Jebnięty, kurwa – potwierdził jego kompan
– Zamknij dupę pedale!!! – krzyknął wódz do naszego bohatera – zaraz przyjedzie pan Cortazar, to przy nim możesz sobie pocwaniakować
– Nie macie duszy!!! – odpowiedział na to polski rolnik – miej serce i patrzaj w serce!!!
Dwa pionki od posągów lamparcich zachichotali
– Zamknąć się, kurwa!!! – rozkazał wódz
W oddali słychać było ryk silnika motorówki. To płynął pan Cortazar otoczony swoimi uzbrojonymi po zęby gorylami. Panu Wróblowi ugięły się kolana, mimo że cały czas starał się zachować pionową, męską postawę. Na domiar złego jeden z gorylów zaczął strzelać w powietrze z karabinu maszynowego.
– Co to, kurwa, ta europejska szycha?! – krzyknął wąsaty jegomość, jak nietrudno się domyślić nasz złowrogi narkotykowy boss, kiedy wysiadał z motorówki. Zaraz potem z płaskiej ręki uderzył wodza w twarz, wytrącając mu jego cygaro a ten z kolei padł na kolana i błagał:
– Nie bij królu
– Co wy, kurwa, pojebani jesteście? – zwrócił się do dotychczasowych oprawców pana Wróbla pan Cortazar – przecież widać, że to jakiś cieć, którego wysłali w to zadupie, żeby nie rozpierdalał im koncepcji działania
– Mylisz się! – krzyknął pan Wróbel
– Weź mu zajeb i zawieś go do wioski – polecił jednemu z Indiańców kolumbijski przestępca.
Indianiec uderzył pana Wróbla w brzuch tak mocno, że krew wyleciała naszemu poczciwcowi otworem gębowym. Wszyscy zaśmiali się bez krzty współczucia. „To koniec” pomyślał pan Wróbel i wtedy nagle jakieś niewyjaśnione niebieskie światło pokryło całą przestrzeń cudownej Niziny Amazońskiej.
– Nieeeeee!!! – krzyknął jeden z Indiańców – spełniła się przepowiednia!!!!
– Zamknij dupę – odparł pan Cortazar i polecił swoim gorylom – ognia!!!!
Rozległy się strzały, ogromny hałas wypełnił tą cudowną rzeczywistość. Panu Wróblowi zdawało się jednak, że to niezapomniany Sylwester roku 1980. Wtedy poznał swoją żonę Martę, wtedy czuł, że świat stoi przed nim otworem. Po śmierci córki rozstał się wprawdzie z żoną, ale wspomnienie tego sylwestra nadal pozostawało jedną z najwspanialszych chwil w jego życiu. Z ekstazy wybudziły naszego bohatera konwulsyjne ryki jego oprawców, którzy w niewyjaśnionych okolicznościach leżeli teraz nago na ziemi trzymając się za swoje przyrodzenia.
– To wandelia ich ukarała – powiedziała piękna Indianka, która nie wiadomo kiedy i jak zjawiła się obok pana Wróbla
– Wan co? – zakłopotał się nasz bohater, kiedy jego oswobocicielka odwiązywała sznury na jego rękach
– Nie ważne, cieszę się, że wróciłeś – uśmiechnęła się kobieta wyrzucając broń opryszków do rzeki
– To my się znamy? – zdziwił się jeszcze bardziej polski rolnik
– Jeszcze o tym nie wiesz, ale znamy się lepiej niż myślisz – odpowiedziała nieznajoma lub może chwilowo nieznana znajoma i dodała tajemniczo – jeśli w ogóle może jeden człowiek poznać drugiego
– Zaraz, zaraz. Kim my jesteśmy dla siebie?
– Dużo pracy przed nami, żebyś sobie cokolwiek przypomniał – odpowiedziała piękność i wskazała łódź, do której miał wsiąść pan Wróbel
– A co z moją rodziną z Polski? – zmartwił się mężczyzna
– Nic się nie bój, połóż głowę i śpij
Pan Wróbel rzeczywiście zasnął. Śniły mu się straszliwe rzeczy: wybuchy, wojna, śmierć i strach. Tym bardziej zdziwił się, kiedy po przebudzeniu nad łóżkiem, na którym spał ujrzał swoją żonę Martę z córką Zosią i z tajemniczą kobietą z dżungli ubraną teraz po europejsku
– Co się stało? Gdzie ja jestem? – pytał nerwowo nasz bohater – nic z tego nie rozumiem
– To jasne, że nie rozumiesz – odpowiedziała Marta gładząc swojego ukochanego po policzku
– Jestem w niebie? – próbował nadal wszystko ogarnąć nasz wrażliwiec
– Każdy ma swoje niebo i swoje piekło – odparła miłość jego życia – Bożena mówiła, że jej nie pamiętasz
– To jest Bożena? Twoja siostra Bożena? Przecież mówiłaś, że zmarła, kiedy byłyście nastolatkami
– Świat jest wielowymiarowy i tylko nielicznym jest dane to, czego ty doświadczasz
– A czego ja niby, do jasnej cholery, doświadczam?! – uniósł się pan Wróbel
– Nie denerwuj się – uspokajała go swoim ciepłem Marta, a córka Zosia i szwagierka Bożena patrzyły na niego jak święci z obrazu
– Przepraszam
– Ludzie przeżywając swoje życia nie są świadomi tego, że żyją w tak wielu światach i dopiero na łożu śmierci przypominają sobie co nieco. Najczęściej widzą jednak tylko jeden wymiar tego, co przeżyli i do niego odnoszą wszystko inne. Tobie udało się przed tym uciec. Dlatego jesteśmy z tobą w te ostatnie chwile
– To znaczy….? – mężczyzna się zachłysnął, nie mógł złapać tchu, żeby dokończyć pytanie
– Tak – odpowiedziała jego ukochana
– Pa pa tatusiu – uśmiechała się córka Zosia. Bożena z kolei energicznie chwyciła za dłoń naszego konającego bohatera. Łza popłynęła po jego policzku, pokiwał jeszcze kilka razy głową na znak, że się nie zgadza, że chce żyć, ale nic to nie dało. Umarł we własnym łóżku, otoczony najbliższymi, kochającymi go ludźmi.
– Mamusiu – zwróciła się po wszystkim Zosia do swojej matki – a czy jak ja będę umierała, to będę pamiętała tatusia?
– To zależy córuś – odparła Marta przytulając swoje dziecko – zależy, to wszystko zależy

Drogi blogasku. Chciałem Ci powiedzieć, że jestem zażenowany. Zażenowany tym, co się dzieje na naszej planecie i w krainie, w której sobie przebywam, mieszkam, się urodziłem, w której nauczono mnie myśleć i czuć, pewnych rzeczy się wstydzić, inne dosyć bezmyślnie przyjmować bez żadnych wątpliwości moralnych ani estetycznych.
Dzisiaj mieliśmy święto wyzwolenia niepodległego przez wąsatych jegomościów niespełna 100 lat temu. Muszę ogłosić, że po raz kolejny mam wrażenie, że, mówiąc nieładnie, odwalano powierzchowna grę o wielkim znaczeniu tego faktu dla mojego osobistego życia. Od jakiegoś czasu wydaje mi się zresztą, że pewne historyczne traumy dawnych pokoleń są przypisywane jako aktualne światu równych mi wiekiem ludzi. Tymczasem rzeczywiste, banalne, błahe z pozoru codzienne rozterki dotyczące niepewności przyszłego losu mnie i moich rówieśników pozostają na dalszym planie, są jakąś taką rzeczą, którą trzeba przejść jak dziecięce ząbkowanie. W każdym razie nie jest moim celem tutaj wylewanie żalów na świat współczesny, ale skomentowanie ostatnich marszy, defilad, manifestacji. Tym jestem bowiem teraz zażenowany najbardziej.
Generalnie ujmuję to tak: banda narodowców sobie biega po ulicach, krzyczy, pali samochody, wprowadza pewne zasady gry, w których trzeba bić się po buziach i obrzucać inwektywami za Polskę, ideę, orła białego na koszulce reprezentacji itd., natomiast kontrmanifestacja w pewnym sensie przyjmuje te zasady: też staje do fizycznej walki tyle że przeciw powyższym wartościom czy hasłom i częstuje inwektywami oponentów. Potem, po wszystkim, obie grupy umieszczają na „jutubie” filmiki, w których pokazują jak się wzajemnie okładały pięściami. Generalnie jakbym był moim dziadkiem, sąsiadką, kierowcą taksówki, fryzjerem albo po prostu mieszkańcem mojego rodzinnego mniejszego miasta, który ogląda sobie relacje z ekranu telewizora, to nie wiedziałbym o co chodzi.
Dla jasności, ideologia narodowców wydaje mi się wyjątkowo niebezpieczna, język, którym się posługują, jest mi zupełnie obcy i dostaję wypieków na twarzy, kiedy go widzę, słyszę i czuję gdziekolwiek i kiedykolwiek. Okazuje się jednak, że jest on przyjmowany przez ludzi, którzy w jakiś taki dziki sposób poszukują „swojości”, wspólnotowości, wiary w drugiego człowieka. Tutaj dochodzi do kolejnych absurdów, kiedy w tym szukaniu „swojości” taki człowiek przyjmuje wizję wroga w postaci osób homoseksualnych, bliżej niezdefiniowanych komunistów, a wszystkie kobiety myślące inaczej niż on są „kurwami” i „feministkami” oczywiście w pejoratywnym ujęciu ogółu. Druga strona bojowych antyfaszystów tworzy sobie z kolei snobistyczny świat swojej bojowości, w którym książka i piłka nożna stanowią społeczne antonimy wzajemnie ze sobą walczące. Nie ma się więc co dziwić, że wśród ludu tradycyjnej rodziny taki NOP i ONR uchodzi za fajnych, młodych, uśmiechniętych i pełnych zapału do działania chłopaków, za „swoich”.
Podsumowując, te całe marsze 11 listopada to totalne bagno. Jutro ci wszyscy zaangażowani młodzieńcy poszukujący „swojości” wrócą do swoich codziennych zajęć i będą się pojedynkować o pozycję w swoim zakładzie pracy, w ogóle na rynku pracy, będą się ścigać o lepsze CV, o szacunek jakichś ludzi, z którymi się spotykają, mają jakieś sprawy, dzielą mieszkania, z rodziną, z kolegami. Będą planować małżeństwa, które maja uratować im życie, szukać żon i mężów, będą przeżywać sukcesy oraz niepowodzenia w miłości i życiu zawodowym, będą się wzajemnie okłamywać i robić sobie koło przysłowiowej dupy. Będą się kształcić, bo taki jest wymóg podstawowy. Będą emigrować. Będą czytać pudelka i marzyć będą o swojej niesamowitej wielkości w tym wszystkim, niektórzy szczerze będą w nią wierzyć. Homoseksualiści będą sobie żyć, będą się rozstawać i zawierać związki, konspirować się przed światem, inni z nich będą z kolei się w histeryczny sposób afiszować ze swoim homoseksualizmem. Potem nadejdzie kolejne święto i wszyscy znowu sobie pomaszerują. Pookładają się po buziach i wymienią wyzwiskami. Media przedstawią to wszystko jako ludzki śmietnik, w którym tak właściwie nie ma żyjących ludzi, tylko są śmiecie. Wtedy wypowie się ekspert, ze największym moim problemem w życiu jest stan wojenny i zabory oraz potop szwedzki, tragedia smoleńska. Że orzeł biały ktoś krzyknie, inny powie, że korupcja, że rozbita rodzina. Nikt nie będzie wiedział, o co chodzi, jaka jest istota rzeczy tego wszystkiego. Cóż, pozostaje pojechać do lasu i zakopać się w śniegu.

%d blogerów lubi to: