Bez parasola

Gdy rzeka płynie, taplają się w niej ryby i barki. Pytanie: czy znalazł ktoś może z Państwa igłę w stogu siana? Czy trzeba mocno pokłócić się z losem, żeby móc się z nim całkiem pogodzić? Czy wzorowe pościelenie gwarantuje jakość snu jak z bajki? Chętnie bym sądził, ale nie sądzę. Przecież tu siedzę, a przed oczami mi migają różne obrazy: ręce, które leczą i te, co zabijają powoli. Teraz zaś projektuje mi się mężczyzna, który pedałuje przez miasto. Przemierza slalomem ulice, mijając zygzakiem zwyczajne kałuże. Takie po deszczu kolejnym. Powinno spaść trochę śniegu, byłoby nieco raźniej, ale już chyba nie spadnie. Może w przyszłym roku. W każdym bądź razie człowiek na rowerze to Piotrek – Piotrek Pełzacki, czyli 30-latek, który zamieniał się w kłębek, gdy siedział na chacie, więc teraz jedzie. Zwyczajnie chwycił się drzazgi w oparciu fotela i się jakoś trzyma. Zazdroszczę mu, że jeszcze próbuje. Ja, gdyby mnie wszystko nie swędziało, dawno bym odpuścił. Podziwiam gościa, że ma taką parę. To niby zwykły koleś ani gruby, ani chudy, niespecjalnie żałosny, ale generalnie bez szału, niemniej można poczuć do niego sympatię, chyba że się czuje obrzydzenie i wrogość akurat.
Jedzie niezbyt szparko, takim spacerowym tempem rzeki, która płynie na co dzień, a nie podczas powodzi. Zajeżdża pod muzeum, bo dzisiaj za darmo. Pozwiedza sobie trochę, sztuki obejrzy, obrazów szlachetnych. Taki ma plan. Może go natchną i wskażą mu drogę. Zajeżdża półokręgiem, księżycem w niepełni, zawieszając się nieco w próżni bezdennej. Przed wejściem bowiem widzi dziewczynę ładną i jak ma to w zwyczaju taksuje ją wzrokiem. Ona natomiast zamiast krzyczeć i tupać nogami, tylko się uśmiecha do niego:
– To ty? – pyta
– Ja – odpowiada Piotrek, myśląc, że jakby co wykręci się, że to po niemiecku. Że ich verstehe nicht
– Zwykle nie umawiam się z facetami bez zdjęcia, ale dobrze mi się gadało, to mówię raz kozie śmierć – przemawia szczerząc uroczo zęby piękna nieznajoma, a Piotrek spogląda na nią strojąc miny jak celebryci na bilbordach – nawet nie jesteś szkaradny jak myślałam. – kontynuuje ona, a Pełzak, bo tak nazywają go kumple, dalej patrzy się raz głupio, a raz tajemniczo to na nią, to na nogawki dżinsów, czy nie ochlapał, jadąc po jakimś wody deszczowej zbiorowisku.
Biedny chłopak z Tindera czy Badoo. Umówił się z dziewczyna, której nie będzie w miejscu schadzki, bo pójdzie sobie z Piotrkiem. „Co za podstęp złośliwy?” – myśli nasz bohater i czuje się z tym całkiem nieźle, chichocząc w duchu jak hrabia Drakula i w duchu też skacząc jak gumiś po wypiciu magicznego napoju. Skacze w zamkniętym pomieszczeniu, pomimo że jest na zewnątrz, więc obija się o przezroczysty sufit swoją głową mięciuchną.
– Wyłączmy telefony – proponuje coś w końcu głosem prawdziwego kowboja z westernu. – Pogadamy sobie trochę tak sam na sam.
– Okej – odpowiada dziewczyna, tłumiąc niepewność i wyłącza starą komórkę taką jeszcze z klapką – Wyłączone – odwraca urządzenie z czarnym ekranem w jego kierunku, żeby wiedział, że szczerość to coś, co sobie ceni nad wyraz.
– Okej – mówi on i robi to samo ze swoim smartfonem pokrytym pajęczyną, ale tylko na szkle hartowanym. Ciągle nie chce mu się go wymienić, bo z nowym będzie przecież to samo. Szkoda kasy generalnie.
Po tym obopólnym geście nie następuje nic specjalnego, żaden koniec świata ani wybuch supernowej. Po prostu odchodzą w nieznane. On rower prowadząc, ona dumnie pierś wypinając jak wolność wiodąca lud na barykady. Kiedy zaś tak kroczą krokiem powolnym, pod muzeum przybiega brzydki facet, zziajany i zapocony w zmechaconej bluzie z wilkiem. Dzwoni do dziewczyny, ale ta wyłączyła telefon. Wzdycha rozczarowany. Myślał, że wreszcie trafił na jakiś ślad, ale to zwykła dziwka. Oszukała go jak wszystkie.

***

Są różne wody rodzaje w miejscach publicznych ujęte – fontanny choćby w galeriach handlowych albo tapety przedstawiające morze w prywatnych mieszkaniach i mniej prywatnych biurach usługowych. Są też studzienki kanalizacyjne, rynny i strumyki w parkach zielonych. Są krany u fryzjera. Publiczne toalety darmowe i takie płatne. Jest wreszcie rzeka, a także zdarza się, że kapie z sufitu jak w tej piwnicy-kawiarni, w której usiedli nasi bohaterowie. To miasto, którego nie ma i nie znasz go czytelniku, ma wiele takich miejsc, ale, jak zostało wspomniane, nie znasz ich, więc nawet sobie nie myśl i nie wyobrażaj sobie, jak to jest siedzieć w takiej kawiarni w piwnicy. Przyjmij, że się siedzi, bo oni siedzą i czasami patrzą sobie w oczy, a czasami nie patrzą. Można by rzec, że trochę patrzą, bo są romantyczni, a trochę nie patrzą, bo mają swoje za uszami. Znaczy się, żeby była jasność, zerkają wtedy gdzie indziej. Choćby na mroczną boazerię na ścianie albo niedomyte szklanki, filiżanki i dzbanki. Nic też nie mówią. Żadne nie pała do tego entuzjazmem, żeby odezwać się pierwsze. On, bo nie chce się zdradzić, a ponadto podniecenie oszustwem rozsadza mu umysł. Testosteron buzuje i walczy jego rozsądny kawalarz Dawid z nieokiełznanym Goliatem w spodniach. Ona z kolei się waha, bo to mężczyzna powinien rozpocząć rozmowę. Tak mówiła jej koleżanka, która poznała męża na portalu randkowym. Sylwia, bo tak ma na imię dziewczyna, nie szuka jednak nikogo na stałe. Chce czegoś innego. Zresztą wyraźnie mu to zaznaczyła przed spotkaniem. Pisać o tym było jednak o wiele łatwiej niż mówić. Słowa ukryte za zębami są jakby bardziej kłopotliwe i nie na miejscu, a wstyd, który z tego się bierze, to naprawdę okropna sprawa.
– Słuchaj – przemogła się w końcu dziewczyna – ja z tym dzieckiem to tak o sobie pisałam. Luźno generalnie, nie przejmuj się.
Piotrek zbity z tropu w pierwszym momencie postanowił dalej milczeć. Niemniej milczenie po 10 sekundach nie wydało mu se złotem, więc przemówił:
– To masz dziecko czy nie masz dziecka?- takie pytanie zadał, bo mogło ujawnić co nieco tajemnic trochę. Tak sobie założył. Nic się jednak nie rozjaśniło, a zamiast tego nastąpiła dalsza krępująca cisza. Dziewczyna oprócz tego zrobiła minę jakby wylał na nią gorący wywar ze swego garnuszka.
– Po co miałabym pisać do nieznajomego w necie, że chce mieć dziecko jakbym już je miała? – wystawiła w końcu na światło dzienne nie tylko prawdziwe intencje, ale i podniecającą Pełzaka irytację.
– Nie wiem – próbował ratować sytuację chłopak – może chciałaś mieć dwójkę albo nie wiem ile, i każde z innym, żeby ciągnąć, te no… alimenty.
– Słucham?! Chyba się przesłyszałam – oburzyła się już nie na żarty Sylwia. – Wydawałeś mi się uroczo głupi, ale ty jesteś zwykłym debilem
– Nie przesadzaj. Jestem głupi, to prawda, ale miewam przebłyski geniuszu, więc nie łap mnie tu za słówka – wystosował kontratak i jednocześni brnął dalej nasz zagubiony oszust matrymonialny – wy dziewczyny to nawet z Wenus nie jesteście, tylko z innej galaktyki. Ale przyznam, że tym dzieckiem nieźle mnie zaintrygowałaś, więc przepraszam, jeśli cie uraziłem, przyjmij daleko idące wyrazy mojego uznania dla twojej osoby.
– Dziękuję – odpowiedziała dziewczyna z udawanym fochem jak bohaterowie amerykańskich seriali komediowych po przeprosinach.
Nie wiem jak wy, ale ja właśnie z nich się dowiedziałem, że za przeprosiny należy podziękować. Tak mówi etykieta. Tak też więc zrobiła Sylwia Piotrkowi, bo była lepiej wychowana niż ja.
– To powiedz coś o sobie – ciągnął dalej swoją zabawę Pełzacki, myśląc, że ma wszystko pod kontrolą, ale raczej się mylił, bo oczy mu się świeciły jak wampirowi a ślina ciekła z kącików ust jakby nie jadł od tygodnia.
– Aż taki jesteś wyposzczony?
– Że co?
– Gapisz się na mnie jak upośledzony zboczeniec – zachichotała Sylwia. – Jesteś naprawdę fajnym facetem, ale nie pójdziemy dzisiaj do łóżka
– Dlaczego? – zmartwił się także dowcipnie nasz poczciwy chłopaczyna – Niech zgadnę, jesteś tradycjonalistką i nie chodzisz do łóżka po pierwszej randce?
– Nie – żartobliwym tonem udawanej powagi odpowiedziała nasza kochana adorowana – Musisz po prostu popracować na trzymaniem w ustach swoich wydzielin.
– No jeny, to tylko ślina Poza tym wystarczająco nabrałem dziś wody w usta i jestem zresztą przeziębiony.
– To tym bardziej do łóżka i leżeć
– Jesteś okrutna

Tak sobie dyskutowali, a czas im leciał jak opętany. Minęło naszym milusińskim dobrych kilka godzin na rozmowie o niczym i nawet tego nie zauważyli. Tak się rodzi miłość romantyczna w każdej żyle i tętnicy każdej, co nie? W pewnym momencie Sylwia postanowiła jednak wcielić się w rolę Kopciuszka:
– Nie chce mi się już z tobą gadać. Weź już idź do domu – tak przemówiła śmiejąc się rubasznie z pełną buzią paluszków, którą kupili na przegryzkę. Była zresztą córeczką tatusia i w dzieciństwie jako chłopczyca skakała po drzewach i śmietnikach.
– Poszedłbym – odparł Pełzak i zawiesił się jak posąg wielkiego męża stanu. Milczał jak grób, patrząc się na Sylwię niczym na dzieło z zaświatów, tak jakby ktoś zatrzymał go pilotem przez dobrą minutę. Dziewczyna na tę niezręczność postanowiła odpowiedzieć również milczącym spojrzeniem, jednakże pogardy takiej jak się patrzy na młodszego brata albo gorzej – kuzyna. Chłopak zmieszał się i zasmucił. Nie pocałował dziewczyny jakby się można było spodziewać, a zwyczajnie werbalnie się wyraził w swoim mniemaniu bez znaczenia:
– Poszedłbym, ale jeszcze musisz mi coś opowiedzieć
Znów nastała martwa cisza, a w głowie chłopaka feromony stworzyły maczugę, która bardzo szybko poprzez krew zawędrowała do jego penisa.
– No tak. Miałam nadzieję, ale nie unikniemy tego tematu – zaczęła tajemniczą opowieść nasza bohaterka – Powiem ci więc to jeszcze raz szczerze na żywo – zrobiła się nagle bardzo stanowczo chmurna i poważna – Ja wzięłam użetkę, a oni po prostu zniknęli! Naprawdę! Myślisz, że to tak fajnie stracić pracę, bo nagle firma znika?!
Co się dzieje? Co to za cyrk? Piotrek poczuł już drugi raz tego dnia złość na gościa, którego sam oszukał. Brał pod uwagę, że wszystko mogło być wpisane w absurd tej całej sytuacji, ale tego już było za wiele. Najpierw koleś chciał zostać ogierem rozpłodowym, a potem jeszcze się wplątał w jakieś przekręty mafii? Pełzacki znał tą historię. Jakiś czas temu w mieście w niewyjaśnionych okolicznościach rozpłynęli się w powietrzu pracownicy 3 niedużych firm. Podejrzewano Ruskich, ale nie było dowodów, że to sprawka Putina ani Stalina. Nikt się nie przyznał.
– Wiesz co? – przemówił Pełzak. – Nie mogę już tego ciągnąć…
– No co ty? – wtrąciła mu się sympatycznie dziewczyna zadrżawszy jednak prawie niezauważalnie – Nie musisz mi robić dziecka, ale nie znikaj, proszę, jak oni wszyscy. – próbowała być jeszcze na swój sposób dowcipna.
– No właśnie. Jest problem, bo…
– Bo co?! – wybuchła znowu gwałtownie niepozorna piękność. – Bo jednak nie powiem ci, gdzie jest twój brat?! Nie powiem, bo nie wiem!!! Wszystko już powiedziałam policji, czyli wielkie nic!!!! Wzięłam użetkę i pojechałam nad rzekę!!! To wszystko!!!!
– Spokojnie – odparł na ten neurotyczny spektakl Piotrek, ale zmieszany był już całkowicie – rzecz w tym, że ja nie wiem, o co chodzi, bo to nie ja miałem się z tobą dziś spotkać. Ja pod tym muzeum po prostu wykorzystałem okazję, bo jesteś piękną i świetną dziewczyną.
– Ty gnoju – tym razem dziewczyna wypuściła z siebie coś pomiędzy szeptem, pomrukiem, jękiem i szlochem, przewracając przy tym dziwnie oczami a następnie bez słów oraz gestów ubrała się i włączyła wyjęty szybkim ruchem z torebki telefon. Piotrek chwycił ją za ramię:
– Poczekaj – rzekł jak amant z Bollywoodu, ale ona spojrzała na niego wzrokiem, który przeszył go od stóp do głów. Nie było to spojrzenie nienawiści, ale raczej tej samej lodowatej pustki, przed którą uciekał ostatnio pedałując między kałużami. Sylwia delikatnie jakby działo się to we śnie odsunęła jego dłoń, jeszcze raz spojrzała na wyświetlacz telefonu i wyszła bez słowa. Chłopak oparł twarz o blat stolika. Nie tak się miała skończyć ta niewinna zabawa, ale w sumie nie miał się czemu dziwić. Wszak wariatów na świecie nie brakuje, a i sam jest jednym z nich. Po krótkiej chwili takich rozmyślań głęboko odetchnął i z pewnością siebie podniósł się z krzesła. Ubrał kurtkę i miał właśnie wychodzić, kiedy dziewczyna znów pojawiła się na schodach. Przystanęła, a następnie lekkim krokiem nimfy rzecznej zbliżyła się do niego. Mężczyzna jak najlepszy mim wśród mimów zastopował wszelkie drgania swojej materii, a Sylwia podała mu świstek papieru ze swoim numerem:
– Zadzwoń albo odezwij się na whatsappie jak będziesz miał ochotę – powiedziała zza mgły jak Królowa Śniegu do swojego Kaja, a może po prostu roztrzęsiona dziewczyna do zwykłego, pogubionego chłopaka.

***

Kiedy odrzucasz zaloty, buzują hormony równie mocno jak wtedy, gdy je przyjmujesz. Kiedy zaś zostawiasz kogoś lub wystawiasz do wiwatu, to tak jakbyś pozostawiała pieczęć swego serca, lecz po drugiej stronie medalu. Wiedz o tym i pamiętaj dziewczyno i niech gwiazdy przyniosą ci szczęście, mimo wszystko, większe niż jemu. Miłego dnia, wiesz, i szczęśliwego Nowego Roku.
Walery Siodło był wściekły na wszystko: na imię, które mu dali rodzice, jak mówił ojciec, po premierze Walerym Sławku – niby wielkim Polaku, ale jednak, co by nie mówić, masonie; na ogólnie zdrajców, którzy uwzięli się na jego ojczyznę; na pecha, który mu towarzyszył wszem i wobec bez celu żadnego i na dziewczynę, która nie dość, że go olała, to jeszcze nakręciła w temacie jego zaginionego starszego brata Janka. Narobił sobie niepotrzebnie nadziei. „Cipa i tyle” – pomyślał Walery i kopnął śmietnik jakby była piłką wybijaną z 5 metra w 96 minucie spotkania. Lubił oglądać mecze i poczytać o polityce dwudziestolecia międzywojennego, ale chciał też, żeby ktoś go pokochał. Zasłużył sobie jak my wszyscy zresztą. Za zasługi nikt jednak nie podbije Tindera. Próbował więc wrzucić tam jakieś atrakcyjne zdjęcie. Za każdym razem wyglądał jeszcze bardziej żałośnie. Tak mu się wydawało. Zostawił więc profil bez wizerunku, ale za to wykupił najdroższy pakiet pisania i oglądania. Chciał wreszcie poznać tę jedyną, która będzie z jego snów ideałem. Można by rzec szczerze bez żadnego owijania w bawełnę, że sukcesów nie zanotował. Niemniej przez te kilka lat uczestnictwa i klikania, bezrozumnego przewijania i oglądania uzależnił się od wspomnianych serwisów. Zapisał się na 4 najbardziej popularne i choć chodził niedożywiony, to nie mógł przestać. Całym dniami, jak akurat nie pracował, przewijał zdjęcia dziewcząt, serduszkował je, odznaczał ptaszkami i pisał do tej i owej wierszem średniowiecznym. To w końcu jego ukryta, ogromna pasja. Tak by też sobie trwał do dziś, gdyby nie to bezsensowne zniknięcie z udziałem jego głupiego brata. Otóż, jak już nieco nakreśliliśmy, praca Janka Siodły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieniła się w nic razem z nim i większością współpracowników. Tak po prostu się rozpłynęła. Żadnych szemranych dostawczaków ani czyścicieli kamienic. Nikt nic nie widział i nikt nie słyszał nic. Byli sobie i ich nie ma. Żona brata zaczęła wariować, ale Walery nigdy jej nie lubił. To ona Jankowi nawsadzała do łba tych lewackich bredni o ekologii i zdrowym trybie życia. Cieszył się, gdy w ostatnim czasie zaczęło się między nimi psuć. Nasz poczciwy Walery, wyobrażał sobie, że miało to dla powodzenia myśli konserwatywnej znaczenie nieocenione i przełomowe. W końcu był marzycielem, bohaterem romantycznym jak z powstań narodowych. Jego brat Janek natomiast zawsze miał w poważaniu historię, politykę, jej wielkie postacie oraz mechanizmy rządzące jej prawami. Mawiał przy wódeczce w rodzinnym gronie, że będzie co ma być i nie ma co gadać zawczasu. Był takim zwykłym, pospolitym gościem. Nie wieszał flagi 11 listopada i nawet nie wiadomo, czy kiedykolwiek głosował w wyborach. Na początku Waleremu to przeszkadzało, gdyż uważał się za patriotę z misją. Z biegiem czasu jednak przyzwyczaił się do tej ignorancji, a teraz , gdy brata nie było, nawet za nią tęsknił. Gdyby chociaż było wiadomo, że to porwanie islamistów albo gdyby przyznała się do tego ukraińska bojówka… Nie ujawniło się nic konkretnego. Tak jakby kręcili jakiś serial na tym lewackim Netfliksie.
Wtedy właśnie, gdy tak sobie rozmyślał i tęsknił, przez przypadek natknął się na Tinderze na Sylwię Kożakowską. Kobieta jako jedna z nielicznych wyszła bez szwanku z tych tajemniczych zniknięć. Od słowa do słowa znaleźli wspólny temat, a nawet, zdaje się, głębszą więź. Okazało, że pracowała w jednym biurze z Jankiem i jako jedyna z firmy przeżyła ten, co by tu nie mówić, surrealistyczny kataklizm. Dziewczynie ta cała sytuacja też nie dawała spokoju. Nikt z jej bliskich, jak twierdziła, nie potrafił jej pomóc. On zaś był dobrym słuchaczem, a raczej czytelnikie. Dziękowała mu za to, a on poczuł się wreszcie ważny. Poza tym był dobrze wychowany, szarmancki i zawsze gotowy do poświęceń a ona na jego wierszoklectwo jako pierwsza osoba w jego życiu reagowała z sympatią, a przynajmniej bez głupich komentarzy. W końcu zaproponował spotkanie. Pierwszy raz w swojej historii na portalach randkowych się na to odważył. Postanowił, że zaprosi ją do muzeum, gdzie obejrzą sobie średniowieczne skarby i porozmawiają spokojnie o Janku, o Polsce, o miłości, rodzinie i dzieciach, które ona bardzo chciałaby mieć. „Jak okażesz się się z mojej bajki, możemy wspólnie rozsupłać ten węzeł gordyjski” napisał do niej dzień przed spotkaniem. „Do zobaczenia” odpisała ona, a potem… Po prostu nie przyszła. Jak miał to nazwać nasz biedny Walery? Nijak. Trochę powyklinał, kopnął śmietnik, a potem stał z obolałą stopą przy niewidzialnej bramie swojego blokowiska głodny i zmarznięty. Wzbierała w nim wściekłość, a ból promieniował na całe ciało i podchodził pod wszystkie w nim otwory. Walery czuł, że ten dyskomfort musi się jakoś z niego wydostać, potrzebował jego ujścia i okazji do użycia swojego sprężynowego noża, który nosił w specjalnej kaburze z tyłu spodni. Dotychczas używał go do obierania jabłek, które uwielbiał i uważał za kwintesencje polskiego ducha narodowego. Poza tym dobrze się prezentował z nim na marszach i spędach młodzieży konserwatywnej. Miał już co prawda 26 lat, ale ciągle nie mógł odnaleźć swojej drogi i tożsamości w społeczeństwie. Owszem, raz już się zakochał w jednej dziewczynie z Ruchu Narodowego, ale nic z tego nie wyszło. Rozmawiała z nim miło o historii i wspólnie wprowadzali też sztandary na uroczystości 1 i 17 września pod pomnikiem Żołnierzy Wyklętych. Razem przyozdabiali też osiedlowe przedszkole z okazji święta Konstytucji 3 Maja, a po Marszu Normalności i Rodziny nawet ją pocałował. Ostatecznie jednak, gdy przyszło co do czego, nakrył ją z dwoma osiłkami w publicznym kiblu w galerii handlowej. Puszczała się z nimi jak pierwsza lepsza tęczowa nihilistka. Zdradziła go z takimi zwykłymi troglodytami, co to idą na pierwszy ogień podczas ulicznych bijatyk. Płakał jak bóbr wtedy cały wieczór nad swym złamanym sercem i ostatecznie obiecał sobie, że kończy z wiarą w kobiety w ogóle. Także patriotyzm w zinstytucjonalizowanej formie przestał być dla niego świętością. Uznał, że Polskę trzeba przekazywać sercem, a nie kłamstwem fałszywej wspólnoty i tkliwych nic nie znaczących przyśpiewek harcerskich. Pierwszy raz też uległ wówczas impulsom agresji, dziurawiąc na miazgę tapczan rodziców. Nie byli szczęśliwi z tego powodu, ale obiecał matce na kolanach, że to się nie powtórzy. Ciężko pracował i kupił rodzicom nowy, dużo droższy narożnik prosto z polskiego salonu dodatkowo gratis z narzutą na siedzisko z wyszytym na czerwonym tle białym orłem w koronie.
W tym jednak momencie, w którym się znalazł po odrzuceniu przez Sylwię, nie miał w perspektywie wyżycia się na bezosobowym, martwym przedmiocie. Los bowiem tak niefortunnie sprawił, że naprzeciwko naszego bohatera w ciemnej bramie styczniowego popołudnia szarego osiedla z wielkiej płyty zjawił się nie mebel wyrzucony pod osłona nocy przez szczwanego sąsiada, a mężczyzna 54-letni, który wracał właśnie z pobliskiego Kauflandu z pełna towarów spożywczych siatką szmaciana uwiecznioną hasłem ”Mężczyzną jestem, lubię dziki seks i wódki pełen dzban”.
– Hej ty!!! – zawołał Walery Siodło do Bogu ducha winnego człowieka. – Oddawaj, co masz w torbie albo zginiesz marnie!!!
Nasz młody patriota chciał w ten sposób wymierzyć sprawiedliwość niesprawiedliwie na przypadkowym przechodniu. Nie do końca wiedział, po co, lecz był w rozpaczy i nie panował nad tym w ogóle. W dłoni dzierżył nóż – niewymyty co prawda jeszcze po ostatnich obierkach – ale i tak mogło to wywołać grozę u nienawykłego do tego rodzaju konfrontacji przeciętnego obywatela.
– Za nic nie oddam!!! – odparł jednak niespodziewanie patetycznym okrzykiem oponent młodego nożownika, rozpinając następnie z egzaltacją kurtkę, pod którą zalśnił na złoto wprasowanymi literami napis „Konstytucja”. – Nie oddam swej własności prywatnej faszystom!!!
Walery zaczerwienił się ze złości, lecz wiedział , że nie ma już odwrotu.
– Śmierć wrogom ojczyzny!!! – krzyknął i ruszył do walki z zajadłością wielkiego wojownika starożytności. Gdy jednak próbował zaatakować delikwenta swoją bronią białą, ten niespodziewanie zwinnym ruchem wprawionym w sztuce obrony koniecznej zneutralizował uderzenie, a następnie pięścią zadał cios młodemu Siodle w nerki i wyginając jego rękę, przygwoździł go do podłoża.
– I co teraz faszysto?! – zwrócił się z odległości 15 centymetrów od twarzy swojego rozmówcy komandos demokracji liberalnej. – Ty wiesz, co to jest ścieżka zdrowia?! Wiesz, jak to jest, gdy ktoś próbuje cię złamać?! Jak nie wiesz, to teraz już wiesz!!!
Nasz bohater nie okazał się jednak chłonnym uczniem:
– Precz z komuną – wycedził przez zęby i plunął w twarz mężczyźnie, którego uważał nie tylko za za swojego przypadkowego przeciwnika, ale też fałszywego Polaka na usługach obcych służb.
Komandos nie pozostał więc dłużny i zamiast kontynuować nauki teoretyczne przeszedł do praktyki, maltretując twarz Walerego w sposób, można rzec, makabryczny. Kiedy byłem dzieckiem istniało takie określenie „sprać kogoś na kwaśne jabłko” i właśnie, nie bójmy się tego powiedzieć, to stało się z naszym bohaterem. Na dodatek, oprócz ciosów zadanych przez wyszkolonego w bójkach mężczyznę, na głowie Waleriana wylądowała margaryna Delma, która podczas szarpaniny rozbiła się i otworzyła na chodniku. Teraz więc oprócz obolałych kości i fioletowej twarzy, włosy Walerego pokrywała tłusta maź, którą zwykle wsmarowywał sobie w kanapki.
– Dla takich śmieci jak ty walczyłem na wojnie!!! – zawołał na odchodne 54-latek, a następnie nożem, który leżał obok wyrył na plecach młodego konserwatysty wielkie Z. Siodło zajęczał przeraźliwie, a komandos liberalizmu dodał złowrogo – Pamiętaj gnoju, to ja jestem Zorro, a ty jesteś Garcia!!!
– A na dewa zaast lici bedo wisec komuisi – nie poddał się jednak i wyrecytował bełkotliwie resztką sił nasz młody poeta narodowy, za co dostał na sam koniec solidnego kopniaka w brzuch.
Nastała ciemność. Znów został sam, ale tym razem bez sporej części uzębienia. Ponownie zastękał, a następnie wyjął z kieszeni smartfon, który w trakcie bójki brzęczał bez wytchnienia. Leżąc w rzece krwi, w kurzu i tłuszczu roślinnym, Walery Siodło niewiele myślał o świecie współczesnym i dawnym. Próbował jedynie jako nałogowiec dzisiejszej techniki dojrzeć poprzez spuchnięte oczy, co też się wyświetla w jego zazwyczaj martwym urządzeniu.
„Przepraszam, że cię zawiodłam. Może nie będziesz chciał się ze mną przyjaźnić, ale chciałabym Ci coś powiedzieć o Twoim bracie. Czuję się winna. Odpisz. To ważne”.
Takiego dostał smsa. Zawył jak zwierzę i wypluł kolejne 2 zęby.

***

W każdym domu powinny być kwiaty. Łagodzą obyczaje i dają podobno ukojenie od smogu. Poza tym to żywe stworzenia i warto o nie dbać jak o psy, koty czy żółwie. Kiedy kwiat ci usycha, to jakby ginął czworonóg. Nie można o tym zapominać, ponieważ ma się jakieś problemy. Każdy je ma. I ty i ja. Ma je też Sylwia, z domu Kożakowska, rozwódka, 28 lat. Nie omijają jej kłopoty, a mimo to otaczają ją kwiaty. Całe jej mieszkanie wypełniają rośliny. Dba o nie i wie o nich wszystko. Mogłaby założyć kwiaciarnię albo szklarnię, ale na razie nie chce. Nie ma do tego głowy. Musi jeszcze odpocząć od stresów i obowiązków, a tych pierwszych zdecydowanie jej nie brakuje. Od kiedy 2 miesiące temu zninęła firma, w której była zatrudniona i której zresztą naprawdę i szczerze nienawidziła, czuła ciągłe wyrzuty sumienia. Tak samo było zresztą po rozwodzie. Mąż ją zdradzał z jakąś nastoletnią siksą i żeby tego było mało pisał z lafiryndą na necie w tym samym czasie, gdy Sylwia mu obiad gotowała, gdy jechali do jej rodziców, gdy chodzili na kręgle, a nawet wtedy, gdy poroniła i czuła się gorzej niż liść na wietrze. Spotykał się, romansował i wreszcie spał z inną, a ona wprawdzie zrobiła awanturę i wyrzuciła go z domu, ale jak przyszło co do czego, to największe pretensje miała tylko i wyłącznie do siebie. A to, że za rzadko się goliła, a to że nie chciała robić w łóżku różnych rzeczy, ale najbardziej, że nie mogła dać mu dziecka, choć w sumie nie wiadomo, po której stronie znajdował się kłopot. Diagnoza brzmiała prosto: „niezgodność serotologiczna”, ale słowo „wina” odmienione przez wszystkie przypadki już zawsze miało prześladować za zamkniętymi oczami Sylwię Kożakowską znaną przed powrotem do nazwiska panieńskiego jako Jeż.
Gdyby to było takie proste i nie obarczone takim ładunkiem emocji, chciałaby już dawno to wszystko skończyć. Nie potrafiła jednak tak po prostu się zabić, nawet pomimo tych coraz częstszych wahań nastrojów, których naprawdę nie mogła już znieść. Największy kryzys przyszedł ostatnio, po tym jak wparowała do niej Siodłowa z dwójką dzieci i oznajmiła, że nie wyjdzie dopóki Sylwia jej męża nie odda. Okropny babsztyl. A ona z tym Jankiem w pracy zamieniała tygodniowo dosłownie może 10 słów? Może 8? Miała swoją robotę, a on swoją. Bardziej znała tego drugiego – Stefana. Nawet zabawny typek. W każdym bądź razie Siodłowa twierdziła, że jej mąż również tego dnia miał użetkę i na pewno ma z Sylwią romans. Ta nieszczęśliwa kobieta była przekonana, że oboje wykorzystali sytuację, kiedy firmę zaatakowali terroryści, żeby zacząć nowe życie. Wrzeszczała jak poparzona, że jej mąż pewnie ukrywa się u Sylwii po szafach. To absurd i paranoja, wiadomo, ale ta świadomość nie przynosiła naszej bohaterce wcale ukojenia, a wręcz przeciwnie. Jeśli rzeczywiście bowiem tamtego dnia Jan Siodło miał wolne, to znaczyło, że użetka nie była żadnym wytłumaczeniem. Musiało stać się coś złego i co gorsza nie mogła już dłużej zaprzeczać, że nie miało to z nią żadnego związku. Dlaczego ona została, kiedy wszyscy zniknęli? W jakim celu chodziła jeszcze tym łez padole? Tylko po to, żeby kolejne brudne łapy mogły ją macać po tyłku? Nie żeby tego nie lubiła, ale to ona powinna decydować o swoim ciele, okolicznościach i oprócz tego miała też inne organy, które warto byłoby docenić. Nie była przecież zwykłym plackiem do ugniatania na pierogi.
W każdym razie już tamtego feralnego dnia 2 miesiące temu miała dość i chciała pobyć sama z dala od wszystkich ludzi. Pojechała w tym celu, jak to miała już wcześniej w zwyczaju, nad rzekę w takie odludne miejsce i patrzyła na wodę jak płynie. To ją uspokajało. Rzeka jest rzeką, bo nie zaprzestaje ruchu. Wiadomo, są różne podkopy, irygacje, kontrolne działania człowieka, ale rzeka zawsze płynie dopóki jest rzeką, dopóki nie wyschnie. Wciąga, przyciąga, chce porwać, się pieni. Swego czasu trochę o tym czytała. W słowiańskich wierzeniach rzeka ma zakańczać zimę, czyli śmierć w postaci Marzanny albo inaczej Mory. W hinduizmie z kolei rzeka to bogini, która oczyszcza nieczystych i chorych. Starożytna Grecja wykreowała Acheloos, czyli bóstwo rzeczne odpowiedzialne za rytuały inicjacyjne – zwykle przejście ze stadium dzieciństwa w dorosłość, ale również patronowało ono przekraczaniu granic przez wojska w krwawych ekspansjach terytorialnych. Egipski bóg Nilu miał przynosić urodzaj lub suszę, a aztecka bogini rzek i jezior Chalchiuhtlique władała żywiołami jak huragany i trąby powietrzne, a na świat w czwartej, ostatecznej epoce miała zesłać wielką powódź, która razem z pożarami wieszczyła kres wszystkiego.
Sylwia nie potrafiła w tamtym momencie wykrzesać z tej wiedzy żadnych logicznych wniosków. Siedząc na starej, betonowej, pokrytej mchem i brudem barierce modliła się po prostu, żeby ich wszystkich trafił szlag. Marzyła o tym, żeby w końcu nastąpił koniec, jeśli nie jej, to przynajmniej wszelkich konturów wokół. Miała depresję i jedyne czego chciała, to nie cierpieć już więcej. Łzy lały się wtedy po jej policzkach jak z wodospadu, ale w końcu nie musiała ich ukrywać, a robiła to niestety od dłuższego czasu. Patrząc na nieokiełzaną taflę nurtu wody, mogła płakać do woli i płakała, ale zupełnie też straciła poczucie czasu i rzeczywistości. Coś dziwnego zaczęło się dziać z jej percepcją, ale w końcu była smutna i miała prawo. Tak jej się wydawało w przebłyskach. Potrzebowała samotności i naprawdę w głębi duszy pragnęła po prostu jakoś pozbyć się tych wszystkich negatywnych emocji. Choć jej najbliżsi próbowali jej pomóc, to nie potrafili. Jedyną osobą, z która czuła niewyjaśnione porozumienie był jej tato. Miał swoje traumy z wojska i niewiele mówił, ale wiedziała, że zawsze rozumiał ją bez słów. W dzieciństwie zresztą podobno uratował ją z tonącej rzeki, w którą, o ironio, tak uwielbiała się wpatrywać. Nie pamięta tego, nie zna szczegółów, słyszała tylko opowieści, ale wie jedno: jej ojciec to jedyny prawdziwy bohater w jej życiu.
Tak sobie przewijała tamtego dnia w głowie 100 miliardów obrazów na minutę, a rzeka przepływała hipnotycznie przez jej umysł i ciało od końcówek włosów po brzegi paznokci u stóp. Płakała, medytowała, wypuszczała w kosmos najgorsze myśli ze swoich trzewi. Była pewną, że tutaj nikt jej nie oceni, że jest w tym miejscu sama, że to jej sekretna kryjówka przed okrutnym światem. Jakie musiało być jej zdziwienie, gdy niespodziewanie znikąd zjawił się koło niej ten ohydny facet z paznokciami jak szpony jakiegoś krogulca. Nie sądziła w ogóle, że człowiek jest w stanie coś takiego wyhodować. Ona, żeby takie mieć, to musiała słono płacić za płytkę i barwę, i jeszcze inne rzeczy. Nie był to jednak odpowiedni moment, żeby analizować proces manicure’u i cen salonów piękności. Każdą komórkę jej ciała przeszył bowiem paniczny strach. Chciała krzyczeć, ale nie potrafiła wykrzesać z siebie żadnego dźwięku. Drżała, a mężczyzna jak najgorszy upiór zbliżył się do jej twarzy i językiem zlizał z policzka ciągle jeszcze świeże łzy.
– Kto kresu pragnie, niech zatrzyma rwący nurt i uwolni go. – wyszeptała demoniczna postać a sparaliżowana Sylwia zsikała się w majtki. Gdy się obudziła, było tylko to: cuchnące uryną spodnie i rzeka, która nie przestaje zmierzać do morza.
Tego wieczoru wspomnienia nie pozwalały jej zasnąć. Nie potrafiła stwierdzić kategorycznie, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę, czy to tylko majak jej chorego umysłu. Było to tak rzeczywiste i nielogiczne jednocześnie. Dlaczego nic się jej ostatecznie nie stało? Dlaczego stało się innym? Leżała w wielkim łożu w swoim dwupokojowym mieszkaniu, które kupił jej tato za pieniądze z Iraku i nie mogła przestać odtwarzać w głowie tych wszystkich dziwnych wydarzeń ostatniego czasu. Z impasu wyrwał ją dopiero dźwięk powiadomienia w jej Iphonie. Ostatnio nie mogła z niego korzystać, bo zepsuło jej się wejście do ładowania. Chłopak przyjaciółki jej jednak naprawił. Mogła powoli zacząć wracać do życia towarzyskiego. Może to jej pomoże.
„Cześć. Szkoda, że nie udało nam się spotkać. Bardzo jestem ciekawy twojej osoby i tego co chcesz mi powiedzieć, ale w najbliższym czasie niestety będę niedysponowany ze względu na zdrowie. Odezwę się jak tylko będę mógł.” – wyświetlił się komunikat w chmurce Messengera.
To naprawdę dziwna sprawa z tym Walerym. Wydawał jej się nawiedzony i do tego jeszcze nigdzie nie ma zdjęcia jakby był jakimś Quasimodo. Kiedy napisał, że jest bratem Janka Siodły, poczuła jednak, że ma wobec niego jakieś niepisane zobowiązanie. Poza tym był tak sztywny, gdy z nim pisała, że aż śmieszny. Czuła podskórnie, że to okrutne tak się nabijać, ale z drugiej strony takim ludziom jak on też trzeba dać szanse. Na pewno brakuje mu bliskości. Tak sobie uważała, ale po ostatnim spotkaniu z tym drugim gościem coś się w niej zmieniło. Poczuła, że nie może tak bawić się uczuciami innych i uciekać od prawdziwego problemu. Musi po prostu opowiedzieć Waleremu, co się stało tamtego dnia, bo to w końcu dotyczy jego brata. Zresztą wszyscy ludzie, którzy zniknęli mieli kochających bliskich wokół siebie. O ile bała się i unikała większości z nich, to w przypadku Walerego miała jakieś dziwne, wewnętrzne poczucie, że żadna krzywda z jego strony jej nie spotka.
„Ok. Czekam na jakiś znak. Obiecuję, że drugi raz nie wystawię Cię do wiatru. Życzę zdrówka”
Odpisała i w tym samym momencie pojawiła się kolejna wiadomość tym razem na Whatsappie:
„Helloł piękna nieznajoma. Nie wiem, czy pamiętasz i czy śniło ci się to samo co mnie, ale w tym śnie właśnie się zorientowałem, że nie poznałem Twojego imienia. Jeśli zdecydowałabyś się mi je zdradzić, to w następnym kroku może wyskoczylibyśmy gdzieś w nieco bardziej normalnych okolicznościach niż ostatnio? Na imię mi Piotrek, ale dla przyjaciół jestem Pełzakiem”
Sylwia pierwszy raz tego dnia uśmiechnęła się do siebie. Brakowało jej od jakiegoś czasu takiego kogoś, kto by się jej podobał, droczył się z nią i adorował ją z jakąś taką fajną wyobraźnią. To właśnie chyba z tej głupiej tęsknoty za kimś takim nie zorientowała się, że nie jest na randce z Walerym. Może po prostu nie chciała, żeby czar prysł. Koleś był, to prawda, zupełnie inny niż sobie wykreowała w głowie drewnianą postać z Tindera, ale myślała, że jest po prostu tak napalony, że przekracza własne granice. Poza tym w sieci każdy kogoś udaje. Zwykle dzieje się to na niekorzyść, ale bywa i tak że w pozytywnym sensie.
„Cześć Pełzaku imieniem Piotrek. Cieszę się, że pomimo moich dziwactw zdecydowałeś się jednak napisać. W tym momencie nie mogę za bardzo rozmawiać, ale obiecuję, że niedługo się odezwę. Do zobaczenia wkrótce. Sylwia K.”
Po wciśnięciu ikonki wysyłania, nasza bohaterka momentalnie, bez żadnego widocznego powodu wybuchła spazmatycznym płaczem. W jednej chwili z uśmiechniętej uczestniczki niewinnych wirtualnych flirtów zamieniła się w małą zgniecioną kulkę histerii. Można by podejrzewać, że niechybnie rozpłynie w kałuży własnych łez albo odwodni się i uschnie, ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Po jako takim dojściu do siebie Sylwia Kożakowska szybkim, pewnym ruchem chwyciła telefon i, choć zbliżała się północ, bez namysłu wybrała numer:
– Tato. Mogę dziś nocować u was? – zapytała.
– Będę po ciebie za 15 minut – odpowiedział stanowczy, basowy głos po drugiej stronie.

***

Wypełniajmy nasz dom oraz serce atrybutami wspólnoty i empatii. Warto użyczyć ostatni parasol, gdy bliźniemu grozi zmoknięcie w drodze na przystanek, a zimą warto otulać ukochaną szyję własnoręcznie wydzierganym szalikiem. Warto mieć dobre słowo na każdą okazję, ale też zwracać odpowiedzialnie uwagę na błędy tych, których los nie jest nam obojętny. Warto w domu mieć stół, za którym może usiąść cała wielopokoleniowa familia podczas uroczystych świąt. Warto być jednak również gotowym na niespodziewane wizyty wyjątkowych gości.
W rodzinnym domu państwa Kożakowskich każdego dnia od dobrych kilku lat za długim na 6 metrów stołem w milczeniu i zmęczeniu sobą posiłki spożywało małżeństwo emerytowanego majora wojsk lądowych Zygmunta „Kojaka” Kożakowskiego i jego niegdyś pięknej i magnetycznej, a teraz opryskliwej i zmęczonej żony Ireny. Potrafili milczeć, siedząc przy tym stole, przez dobrych kilka godzin. Kiedyś byli w sobie zakochani po uszy i nie wyobrażali sobie życia bez pewności uczuć obopólnych. Trudno powiedzieć, kiedy wszystko umarło albo nawet kiedy rozpoczął się proces gnilny ich związku. Na pewno nie bez znaczenia były tu 2 zagraniczne misje, w których uczestniczył – w Kosowie i Iraku. Z drugiej strony, dzięki temu mogli żyć na jako takim poziomie. Po prostu jakoś tak było, że się wydarzyło i doprowadziło ich to wszystko do tych milczących obiadów w chmurach. Może nadal się kochali, ale nie potrafili już o tym mówić ani myśleć?
W każdym razie, kiedy tak siedzieli bez słów, stroili miny jak aktorzy antycznego teatru. Uśmiechali się i krzywili niby do niewidzialnych zjaw w wyobraźni, a ich wzrok pozornie nieobecny rozgrywał nieokiełznane intrygi w ożywionych cieniach na ścianie, na której wisiały zabytkowe, ręcznie grawerowane talerze z XVIII wieku. Zachowywali się tak jakby kontaktowali się z duchami, które tu kiedyś żyły i walczyły na tych ziemiach o różne dziwne rzeczy. Tak naprawdę oboje wiedzieli, że powinni niechybnie zakończyć tę groteskę i po prostu wstać, ale nie mieli odwagi. Tutaj świat był po prostu przewidywalny i wygodny. Czuli się bezpiecznie, bo zawsze można było bez tłumaczeń odlecieć i zatopić się we wspomnieniach. Dzięki tym wycieczkom major upewnił się, że te wszystkie wojny i bitwy, w których brał udział, nie miały żadnego sensu. Był żołnierzem na zawsze oddanym służbie, gotowym do poświęceń dla wyższego celu, lecz w ogóle nie swojego, kompletnie nieistotnego z jego perspektywy.
Oprócz wielkiego domu i niewidzialnego sznura przyzwyczajeń z żoną łączyła Zygmunta ponadto dwójka dorosłych dzieci. Był dumny z syna Mikołaja, który został zresztą niedawno obywatelem Wielkiej Brytanii, osiadł na stałe w małym miasteczku w Walii i ożenił z bogatą lekarką – mulatką z domieszką krwi królewskiego afrykańskiego rodu. Tyle major wiedział o synowej, ale i tak wystarczyło to, żeby w głębi duszy zazdrościł swojemu chłopakowi. Jesienią miał się zresztą doczekać wnuka, ale póki co nie napalał się za bardzo. Po doświadczeniach z poronieniem i rozwodem jego ukochanej córeczki wolał dmuchać na zimne. Poza tym, kto wie, czy dożyje następnego dnia, kiedy po ulicach biega coraz więcej młodocianych szaleńców. Ostatnio, co prawda, dał sporą nauczkę jednemu gówniarzowi, ale skąd pewność, na kogo trafi jutro. Włóczą się tacy po ulicach i im się wydaje, że wojna to jakieś walki aniołów na nieboskłonie w złocistej aurze chwały, a to tylko kurz i żółć gdzieś w przydrożnym rowie. To ciągły strach przed tym ostatecznym ciosem i wieczna paranoja, że strzelą ci w plecy ludzie w obcym lub twoim mundurze, a może bez munduru wcale. Może to być 6-letnie dziecko, może 100-letni starzec. Co o tym wiedzą smarkacze z nożykami ogrodowymi? W ogóle nie zdają sobie z tego sprawy. Brakuje im wiedzy, brakuje wartości, autorytetów i dyscypliny. Za nic mają wywalczoną przez jego pokolenie w pocie czoła demokrację. W nic nie wierzą i niczego się nie uczą. Tylko biorą i żrą, krzyczą hasła, których nie rozumieją bez żadnej refleksji. Był naprawdę zawiedziony dzisiejszym światem i współczesną generacją przyklejoną do tabletów i smartfonów. Musi też przestać jeździć na zakupy do dzielnic patologii.
Z rozmyślań elitarnego wojskowego przywódce wyrwał dźwięk spłukiwanej wody w ich ekskluzywnej toalecie z jacuzzi i fińską łaźnią. Była druga w nocy, a on po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy musiał ratować córkę z jakichś niewyjaśnionych opałów. Miała wszystko: urodę, inteligencję, duszę wojownika. Mógł jej dać pieniędzy, ile tylko chciała, ale ona ciągle nie mogła ułożyć sobie życia. Zgoda, ten jej były mąż to był zwykły fiut. Zygmunt był przekonany, że gdyby z nim poważnie nie porozmawiał pewnego razu, to pewnie by ją lał. Taki typ sadystycznego śmiecia. Znał takich z armii.
– O czym tak rozmyślasz tatku? – złapała go jakby od niechcenia za bezwładnie zwisającą wzdłuż oparcia krzesła rękę Sylwia, jego córeczka, jego oczko w głowie. – Dalej rozgrywasz te swoje bitwy?
– Chciałbym, żeby były moje – odpowiedział surowo, ale nie potrafił się na nią gniewać i po chwili ponownie zmarkotniał
– Nie martw się o mnie tato – wyszeptała tak samo jak wtedy, kiedy w wieku 5 lat niemal nie utonęła w rzece
– Muszę się o ciebie martwić – odpowiedział. – Wtedy przynajmniej mogę jeszcze być komuś potrzebny
– Jesteś mi potrzebny, gdy się nie martwisz, uśmiechasz i żyjesz. Jak wtedy na żaglówkach. Pamiętasz?
Oczywiście, ze pamiętał. Wtedy jeszcze rozmawiał z żoną, a syn chciał być taki jak on. Nigdy nie czuł się bardziej ważny. Wszystko, co mówił, choćby było wierutną bzdurą, jego dzieci brały za pewnik jakby czytały z jakiejś świętej księgi. Uczył je sztuki tropienia i nawigacji z gwiazd. Oczywiście z przymrużeniem oka, ale dopiero co wrócił z Iraku i właśnie dzięki takim chwilom na łonie rodziny udało mu się w miarę dojść do siebie. Bywał zaborczy i nieznośny, ale nikt nie mógł mu zarzucić braku odpowiedzialności za los najbliższych i miłości do nich. Gdzie i kiedy to wszystko uciekło?
– Wiesz, że możesz się zawsze do mnie zwrócić, jeśli tylko potrzebujesz – zagaił do córki spoglądając jej głęboko w oczy
– Wiem tato – odparła. – Wiem
Zamilkli w mroku krajobrazu jadalni, a cienie na ścianach mieniły pomieszczenie fantasmagoriami z bajek.
– To powiedz wreszcie, co cię gryzie – nie odpuszczał tak jak zwykle nie odpuszczał swoim podwładnym w wojsku
– Ja sama nie jestem w stanie stwierdzić, tato, co to jest – wyznała zlękniona, a oczy jej momentalnie zwilgotniały jakby naleciało w nie wody z odetkanej rynny – Nie wiem, czy chce mi się żyć. Nie mogę spać. Ciągle myślę o tych ludziach z pracy – zaczęła pochlipywać nie mogąc złapać tchu.
No tak. Zupełnie o tym zapomniał. To było naprawdę dziwne, co się stało z tymi osobami. Jak wtedy w Karbali, gdy wywiązała się naprawdę niezła jatka. Co prawda nikt z naszych wtedy nie zginął, ale był pewny, że uratowało go tylko i wyłącznie jakieś dziwne, niewytłumaczalne zrządzenie losu, zwykły fart. Wówczas jednak w ogóle tego w ten sposób nie traktował. Pośród kurzu i dymu bitewnego wydawało mu się, że to sam diabeł do niego przemawia. „Twoje istnienie należy do mnie” – takie słowa przeszywały jego dusze pośród okrzyków w niezrozumiałym języku. Miał poczucie, że przyjął na swoje ciało setki kul, ale te nie były w stanie pozbawić go życia. Zamiast tego podczas trwającej 3 doby totalnej sieczki ginęli inni – ci po drugiej stronie. Coś podobnego, oczywiście w odpowiedniej proporcji, musiała przeżywać Sylwia. Zawsze starał się ją chronić przed tego rodzaju szaleństwem, ale psychika ludzka to ogromny, nieokiełznany labirynt. Nie zawsze jesteśmy w stanie odnaleźć nici Ariadny i nie zawsze zwyciężymy Minotaura. Przez swoje wojenne traumy nigdy nie pozwolił swoim dzieciom choćby zbliżyć się do broni palnej. Inne demony zarzuciły jednak swoje sieci.
– Człowiek w ekstremalnym stresie czasami widzi i słyszy rzeczy, których nie ma – próbował uspokoić krew swojej krwi major
– Wiem, co widziałam! – wybuchła jednak młoda Kożakowska. – Ten facet naprawdę tam był i ma z tym coś wspólnego!
– Co się dzieje? – nagle w progu kuchni z ogarkiem zapalonej świecy w bardzo długiej ciągnącej się po podłodze koszuli nocnej zjawiła się matka Sylwii Irena. – Ojciec znowu opowiada historie o duchach wojny?
Zygmunt spuścił głowę ze wstydu, ale Sylwia była w transie i zupełnie nie zwracała uwagi na swoją rodzicielkę.
– On tam był, on tam był! – powtarzała majacząc i trzęsąc się młoda kobieta
– Już dobrze, dobrze – przytulił córkę do piersi nasz dzielny weteran, a jego żona z grymasem kręcąc głową bez słowa wyszła z pomieszczenia tak samo bezszelestnie jak się w nim pojawiła. – Nikt więcej cię już nie skrzywdzi, nikomu więcej na to nie pozwolę. – pogładził po włosach swoje ukochane dziecko.
Nie było to tylko czcze gadanie. Naprawdę tak sobie poprzysiągł. To była taka sama służba jak tamta, ale w tę akurat wierzył całym sobą.

***

Gotowanie rosołu to, mogłoby się wydawać, nie taka prosta sprawa. Nic bardziej mylnego. Każdy szanujący się mężczyzna powinien to umieć. Rosół to zdrowie, a jego gotowanie to naturalna mantra pozwalająca przetrwać trudne dni. Poza tym każdy może go zrobić tak jak lubi. Jeden przyrządzi tłusty z królika, drugi nie zdzierży wielkich ok spoglądających spode łba z wnętrza garnka. Można sobie więc wybrać, jaki się chce i się wykazać go przyrządzając, ale nie zrobił tego nasz dzielny Walery Siodło. Musiał pić maminą zupę, bo nie był w stanie ani specjalnie się ruszać, ani przeżuwać pokarmów. Siedział przy stole w dużym pokoju ze wstydem, ale i zdecydowanym postanowieniem poprawy. Ojciec był w pracy, a matka, podając mu miseczkę pokarmu, kiwała się rozlewająco z matczynym zatroskaniem:
– Dziecko, kiedy ty wreszcie wydoroślejesz? – poczęła biadolić. – Straciliśmy jednego syna. Niech choć drugi nabierze oleju do głowy. – wznosiła swe prośby w niebiosa, kręcąc się i nie mogąc odnaleźć miejsca pośród ścian własnego mieszkania.
Nic mu o tym nie wiadomo jakoby był nierozsądnym młodzieńcem. Natomiast zgadzał się z matką, że ostatni wybryk do najmądrzejszych nie należał. Musi nauczyć się panować nad swoim gniewem i wynieść z tej lekcji korzyści na przyszłość. Nie wolno mu być tak niecierpliwym w stosunku do kobiet. Zgadza się, niekiedy to fałszywe istoty, ale też bardzo kruche i delikatne. On zaś jako kawaler z dobrego domu nie powinien dawać świadectwa zbrodni i okrucieństwa. Zresztą skąd miał wiedzieć, że trafi na jakiegoś psychola-zabijakę? Po prostu powiedział „a” i musiał powiedzieć „b”. Skończyło się jak się skończyło. Nie ma się co pałować.
Kiedy tak rozmyślał o niebieskich migdałach zabandażowany jak mumia, do mieszkania niezapowiedzianie zawitała jego bratowa Daria razem z dzieciakami. Matka chłopaka była wniebowzięta. Od ponad miesiąca nie widziała wnucząt, które zaraz po przekroczeniu progu zaczęły biegać wokół unieruchomionego i zdezorientowanego Walerego.
– Dobrze, że jesteście. Rosołu nagotowałam. – ucieszyła się babcia Grażyna Siodło
– My tylko na chwileczkę – odparła grzecznie synowa. – Przechodziliśmy niedaleko, to pomyślałam, że wstąpimy. O, widzę, że szwagier niedysponowany. – zwróciła się następnie do chorego, a oczy zaszkliły się jej złośliwością i podstępem.
– Skaranie boskie z tym chłopakiem – westchnęła starsza Siodłowa, ale nie zdążyła rozwinąć myśli, bo 5-letni Błażej i 7-letnia Natalia naskoczyły na babcię i śmiejąc się oraz wariując, zaczęły skamleć i wymuszać prezent. – Nic dla was nie mam maluchy, ale, jak będziecie grzeczne, możemy pójść na dół do sklepu i coś sobie wybierzecie. Zgoda?
– Taaaaaak!!! – zawołały jednogłośnie szkraby. – Mamo, możemy pójść z babcią? – zwróciły się następnie przeciągłym zaśpiewem do swojej rodzicielki.
– Jak babcia obiecała, to chyba będziecie musiały. – odparła wesoło Daria Płażyńska-Siodło
– Pójdziemy, pójdziemy, ale najpierw zjedzcie troszkę ciepłej zupki.- dodała uszczęśliwiona babcia, po czym zaczęła biegać po domu jak szalona najpierw z talerzami, następnie ścierkami, a na koniec wdziankami i butami dzieci. Podłoga i ściany trzęsły się przy tym jak przy ruchach tektonicznych.
– Poradzicie sobie? – zwróciła się jeszcze przed wyjściem do młodych, ale nie zdążyła doczekać się odpowiedzi, bo dzieciaki wybiegły na korytarz, krzycząc i tupiąc jak to mają w naturze. Pobiegła więc za nimi.
Walery, choć przebywał w swoim rodzinnym domu, poczuł się nieswojo. Nie dość, że nie przepadał za szwagierką, to ta wyraźnie miała wobec niego jakieś tajemnicze, złe intencje.
– Myślałeś, że się nie dowiem. – rozpoczęła swój nienawistny wywód żona brata. – Wy wstydu nie macie, ale ja nie jestem taka tępa jak myślicie
– O co ci chodzi? Coś ci zrobiłem? – próbował zneutralizować atak nasz niewinny kaleka. Czuł, że obecne położenie, w jakim się znalazł, sprawia mu większą torturę niż bójka, która do niego doprowadziła.
– Nie udawaj głupiego. – kontynuowała swoją tyradę Daria. – Widziałam kogo masz w znajomych na fejsie
– Ciągle nie wiem, o co ci chodzi. – zmieszany stawiał kolejne wewnętrzne zasieki, ale spocił się przy tym, swędziało go pod opatrunkiem i nie wiedział, jak długo jeszcze da radę.
– Masz tę sukę w znajomych, co mi męża ukradła. – uchyliła wreszcie rąbka tajemnicy młoda gniewna. – Nie wiem, w co gracie, ale on ma dzieci i lepiej, żeby o tym nie zapominał
– Kobieto, nie wiem, kto ci niby męża ukradł i co ja mam z tym wspólnego, ale chcę, żebyś wiedziała, że dużo bardziej niż tobie zależy mi, żeby się znalazł. – wystosował kontrę nasz bojowy, choć kontuzjowany młodzieniec. – Myślisz, że nie wiem, że chciał się z tobą rozwieść? – dodał jeszcze konfrontacyjnie.
Daria zbliżyła się do Walerego jak drapieżnik skradający się do swojej ofiary i ze złośliwością naparła na usztywnione, zwichnięte jego ramię. Chłopak zawył.
– To oczywiste, że wiesz, bo jesteś w to zamieszany – wyszeptała w prawdziwie szatański sposób do ucha szwagra swój zarzut.
– Jezu, kobieto, przestań. – zajęczał z bólu Walery. – Jeśli masz na myśli Sylwię, to na pewno ci męża nie ukradła. Nie zapisywałaby się na portal randkowy, gdyby kogoś miała.
Dziewczyna tak jak stała, tak zaczęła śmiać się niepohamowanie jakby usłyszała najśmieszniejszy dowcip w swoim życiu. W jednym momencie ze złowrogiej postaci wiedźmy z zamczyska przeobraziła się w tarzającego się ze śmiechu uczestnika wieczorku kabaretowego.
– Chcesz mi, przepraszam, powiedzieć, że to ty się z nią umawiasz? – nie mogła ukryć rozbawienia. – Ty? Wieczna dziewica? Rycerz bez miecza? – szydziła z młodego Siodły jakby był winny wszelkich krzywd, które spotkały ludzkość na Ziemi.
– Nie twoja sprawa, z kim się umawiam. – odpowiedział poważny w swoim stylu nasz biedny chłopaczyna, czując jednak, że kolejnego spektaklu pogardy szwagierki zwyczajnie nie wytrzyma.
Na szczęście za drzwiami rozległ się hałas dzieci.
– Nie myśl, że to koniec. Mam was na oku. – wycedziła jeszcze przez zęby żona brata, po czym wstała i zaczęła się ubierać
– Mamo, mamo!! – zawołały z ekscytacją wbiegające właśnie do mieszkania maluchy. – Patrz , co nam babcia kupiła.
– Ooooooooo, jakie śliczne zabawki. – modulując głos na przemiłą i nowoczesną matkę zwróciła się do swych pociech młoda kobieta. – Nie rozbierajcie się, bo już idziemy. – dodała następnie zdecydowanie.
– Nie zostaniecie na drugie danie? – nie mogła ukryć zawodu zziajana pani Grażyna. – Kotlety zrobiłam i bigos mam
– Dziękujemy, ale staram się odzwyczajać dzieci od mięsa – odpowiedziała grzecznie, lecz autorytatywnie Daria.
– Wiem, że ci ciężko, my też ciągle nie możemy sobie z tym poradzić, ale pamiętaj, że możesz na nas liczyć i przychodzić tu z dziećmi, kiedy tylko chcesz. – próbowała okazać ciepło i troskę teściowa.
– Na pewno – odpowiedziało chłodno ni to wdowa, ni rozwódka, a następnie otworzyła drzwi mieszkania, do którego zawsze z ogromną niechęcią wstępowała
– Pa, pa babciu, pa, pa wujek. – ledwo zdążyły się pożegnać nic nieświadome skrzaty.
– Pa, pa, moje kochane. – odpowiedziała babcia, ale goście już opuścili próg jej domu.
Walery niezrozumiale wymamrotał coś pod nosem. Matka spojrzała na niego z politowaniem:
– Oj dzieci, dzieci – westchnęła. – Co ja się z wami mam.

***

Są chwile, kiedy trzeba zachować powagę i zadumę, gdy trzeba się modlić o lepsze jutro i stawiać czoło w skupieniu przeciwnościom, ale i takie, kiedy można, a nawet trzeba bawić się w słońcu i tarzać się w śniegu, oddać się wirowi spontanicznego ducha i bez wytchnienia łapać wiatr.
Piotrek Pełzacki też tak miał. Ostatnio dużo czasu spędzał sam w swojej wynajętej klitce jak w pustelni jakiejś nad jeziorem Bajkał, ale dzisiejszego dnia miało się to zmienić. Zaprosił go bowiem jego dobry druh Marek Sznurkiewicz, pseudonim Sznuru, na posiadówę w swoim mieszkaniu. Lubił on sobie posiedzieć, pogadać, zapalić blanta i popatrzeć na serial. Znajomek ów miał też dziewczynę – modelkę, która tego dnia właśnie wyjechała na pokaz do Mediolanu i chciał w sumie chłopaczyna stłumić jakoś zazdrość, która buzowała w głębi jego serca.
– Mógłbym być prezydentem, ba, mógłbym pociągać za wszystkie sznurki w tym kraju, gdybym tylko chciał. – rozpoczął swoją kosmiczną przemowę, zaciągając się marihuanowym dymem kompan naszego bohatera. – Muszę tylko rzucić to ścierwo, naprawdę. To jedyna prawdziwa słabość, jaką mam.
– Tak dużo palisz? – zdziwił się Pełzak jednakże również narkotyzując się w tym momencie towarem swojego kolegi.
– No codziennie muszę – oznajmił Sznuru i z zadumą spojrzał za okno, gdzie ptaki wznosiły się na swych skrzydłach do gwiazd. Gdyby też tak wzlecieć mógł i nie musiał sztucznie podtrzymywać swoich wyobrażeń i hamować uczuć, które przytłaczają go za każdym razem, gdy się wtapia całym sobą w człowieka drugiego wnętrze. Tak dumał Marek, a Piotrek chrząkał jedynie, wzdychał i wreszcie kaszlał nieśmiało jakby nie chciał się przyznać, że wpadła mu w tchawice jakaś brudna smoła z zanieczyszczonego powietrza na zewnątrz.
– Wszystko w porządku? – zmartwił się kolega
– A spoko. Trochę dobrze, trochę niedobrze, jak to w życiu – odparł Pełzak
– Zdrowie ok? Życie uczuciowe? – zainteresował się mimochodem Sznurkiewicz
– A no poznałem taką jedną, ale nie wiem
– Czego nie wiesz?
– A no nie wiem, dziwna jest jakaś, rozhisteryzowana, ale fantastycznego mi loda zrobiła, to nie wiem.
Nie było prostych wyjaśnień, dlaczego Piotrek Pełzacki tak kłamał nikczemnie w sprawach odmętów swojego serduszka. Nie doświadczył przecież seksu oralnego z Sylwią, a o niej opowiadał właśnie swojemu koledze, siedząc sobie swobodnie bez żadnych presji na kanapie pośród skromnych narkotycznych wizji. Może właśnie dlatego kłamał, że ubzdurało mu się, że mówi prawdę, a może założył w swoich marzeniach, że niechybnie piękna nieznajoma uczyni mu przyjemność ustami, kiedy się z nią spotka następnym razem?
– Tak na pierwszej randce ci loda zrobiła? – nie mógł wyjść ze zdumienia Sznuru.
– No chłopie, mówię ci. – odparł inicjując komunikacyjną dumę ze swych podbojów nasz zahukany samotnik. Miał na swoich koncie 3 związki. Niektóre trwały dłużej, inne krócej, niemniej wszystkie skończyły równie wybuchowo jak się zaczęły. Pełzak nie czuł się dobrze z tym fantem i kiedy zamykał się w swoim pokoju, nawiedzały go coraz częściej paniczne lęki, że już zawsze będzie sam. Trochę więc próbował nadrabiać miną w męskim gronie przebywając. Tak mu się zdawało, że czyni to jego obraz doskonalszym i bardziej godnym łask otoczenia.
– To nieźle, nieźle. – skomentował jedynie druh Pełzaka i zatopił się w swoim świecie na kolejne kilka minut. – Kobiety to ogólnie inny gatunek. – odezwał się w końcu jak gdyby nigdy nic. – Moja Anka, to wiesz, jedziemy sobie tam gdzieś, nie ważne i mówię jej, żeby sprawdziła na mapach Google, za ile będziemy i ona, wiesz, tam wyświetla jej się, że za godzinę i 55 minut, to chciała zaokrąglić i ona mówi mi za godzinę i 60 minut, czaisz?
Piotrek Pełzacki niewiele w tamtym momencie potrafił połapać się w zawiłych zagadkach ludzkich relacji. Także nad tą historią musiał się chwilę zadumać. Myślał, myślał i w końcu zatrybiło:
– Ano, ho ho. – odpowiedział radośnie i śmiali się następnie wspólnie nasi koledzy z wesołych przygód, jakie ich w życiu dotykają. Z błogiej atmosfery optymizmu i wiary w lepszy świat wybiła naszego bohatera wibracja jaką wytworzył jego smartfon w kieszeni.
„Cześć Pełzaku. Jeśli jesteś jeszcze zainteresowany, to moglibyśmy się spotkać jutro. Zaproponuj coś. Sylwia”
– O, patrz napisała – pochwalił się przyjacielowi Casanova
– No nieźle. To zaproś ją w jakieś fajne miejsce. Ja idę do kibla. – rzekł Sznurkiewicz.
– Może zaproszę ją do publicznej toalety? – przemówił, chcąc być zabawny Pełzacki
– No nie. – obruszył się doświadczony w swym szczęśliwym związku towarzysz i gospodarz wieczoru. – Kup wino, pójdźcie nad rzekę. Zróbcie coś szalonego. Ja idę się wylać.
Jak powiedział tak zrobił. Pełzak z kolei podjął próbę odpisania na wiadomość swojej potencjalnej narzeczonej. Nie było to łatwe, bo palce ciągle zahaczały o nie te litery, które pragnął. Poza tym ten słownik. Jak wyłączyć ten słownik?
„Cześć. Może spotkamy się tam gdzie ostatnio i postanowimy na miejscu? O 19 ci odpowiada? Tylko nie odchodź z jakimś nieznajomym typem. To byłoby chamstwo”. – napisał w końcu i zachichotał jak podlotek w towarzystwie dam na balkonie opery.
„Może jednak nie będę sam?” rozmarzył się nasz bohater i momentalnie w głowie wytworzył mu się obraz domku na prerii, gdzie on, jego ukochana oraz gromadka dzieci wiodą spokojne życie, zbierając żołędzie i polując na bizony. Bujał w obłokach waty cukrowej, kiedy w drzwiach ni z tego , ni z owego zauważył jakąś nieznajomą, mroczną postać. Przypatrywała mu się od dłuższej chwili, ale dopiero teraz zorientował się, że nie jest to jego kolega.
– Przepraszam, kim pan jest? – zaniepokoił się Pełzak. – Gdzie jest Marek?
– Twój przyjaciel, cóż, pożyczyłem go sobie… Nie, porwałem go troszeczkę na dłuższy czas. Nie czekaj na niego – odpowiedział spokojnym kojącym głosem lektora dziwny jegomość z zaostrzonymi jak noże przydługimi pazurami a następnie złowrogo się zaśmiał jak w jakimś horrorze.
Co się znowu dzieje? Czy za mocno odleciał? Co za badziew znowu się tworzy w tej chorej łepetynie? Szczypał się nasz bohater po rękach, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu. W końcu wstał i próbował zbliżyć się do tajemniczego faceta, ale przeszedł przez niego jak przez mgłę. Znowu rozległ się demoniczny śmiech. Pełzak przeląkł się już nie na żarty. Niewiele myśląc chwycił kurtkę i roztrzęsiony wybiegł z mieszkania. Pędził co sił w nogach przez bliżej nieokreślony czas, zupełnie nie czując zmęczenia. Wreszcie dotarł do wiaty autobusowej. „Co to za piekło?” pomyślał i przeszył go dreszcz po całym ciele. Kilka sekund później pod przystanek podjechał pojazd komunikacji miejskiej z napisem na froncie „Dworzec PKP”. Odetchnął i w ogóle się nie zastanawiając wskoczył do środka, a następnie jak słoń w składzie porcelany usiadł na tyłach maszyny. Mógł wreszcie spokojnie pomyśleć. Ale czy na pewno wszystko jest w porządku? W autobusie było jeszcze kilka osób, więc chyba nie ma powodów do zmartwień. Co za schiza. Nie może więcej palić. Chwycił za telefon.
„Ha, ha. Bardzo śmieszne. Będę na pewno. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie na nas nic kapało?”
Cholera. Nie miał teraz do tego głowy. W tym momencie istotniejszy był los jego przyjaciela. Wybrał numer, lecz odpowiedział tylko lodowaty komunikat: „Abonent tymczasowo nieosiągalny”.

***

Nawet jak kogoś nie lubisz, spróbuj się z nim dogadać. Nie wiadomo, co jeszcze cię czeka. Nie warto palić mostów. Poza tym, wiesz, każdy człowiek to rozległa galaktyka. Nie można tak oceniać po pozorach. Ta druga osoba tak samo jak ty myśli o sobie, że jest wyjątkowa, a jej błędy to tylko wypadek przy pracy. Bądź miły i traktuj innych jak sam byś chciał być traktowany. Pewnego dnia to do ciebie wróci, mówię ci.
Daria była mistrzynią w udawaniu. Od dziecka musiała radzić sobie sama, więc się nauczyła walczyć o swoje. Jak czegoś chciała, to musiała to mieć. W domu się nie przelewało. Ojciec pił, matka siedziała jak mysz pod miotłą, a starszy brat już od szkoły podstawowej pakował się w tarapaty i od dawna już gnije w więzieniu. Dzień, w którym poznała Janka był, można powiedzieć, przełomem w jej życiu. Z przeciętnej ulicznej dziewczyny stała się nagle fajną, rozgarniętą laską. Jej morale podniosło się jakby wspięła się na jakieś K2. Janek dużo czytał, miał swoje zainteresowania i przede wszystkim stronił od używek. Czuła, że złapała byka za rogi. Wreszcie mogła wyprowadzić się z domu.
Zaraz po maturze zamieszkali razem. Na początku było ciężko, widywali się raz na kilka dni. On studiował i pracował, ona spędzała całe dnie w galerii handlowej jako dekorator w sklepie odzieżowym. Kiedy mieli chwilę czasu dla siebie, zawsze jednak coś sobie organizowali. Jeździli na wycieczki rowerowe lub w góry na szlak. Lubili też poszukać dobrej pizzerii. Jednego razu, pamięta, spędzili pół dnia głodni jak wilki na samym szukaniu odpowiedniego lokalu. Innym razem zgubili się w lesie na grzybach. To było coś strasznie głupiego i abstrakcyjnego zarazem. Wściekła się wówczas jak osa, ale teraz wie, że była wówczas po prostu szczęśliwa.
Wreszcie się jej oświadczył, wzięli ślub, a po 4 latach związku zaciążyła. On zatrudnił się w tym swoim korpo i coraz więcej czasu spędzał w pracy. Ona została w domu z dzieckiem. Wzięli kredyt na mieszkanie wprawdzie w starym bloku prawie za miastem, ale mogli stanąć na nogi wreszcie na swoim. Nie można też powiedzieć, że Janek zupełnie wymigiwał się od obowiązków domowych. Właściwie zawsze kiedy go potrzebowała, mogła liczyć na jego pomoc. Po doświadczeniach z dzieciństwa miała zresztą chyba mniejsze wymagania. Poza tym była przekonana, że sama umie zadbać o siebie i swoich najbliższych.
W końcu urodził się Błażejek i myślała, że już na dobre zostanie kurą domową. Po 2 latach jednak odezwał się do niej ojciec. Podobno już nie pił i chciał poznać wnuki. Początkowo było jej ciężko zrobić ten krok, ale się przemogła i nie żałuje. Mogła dzięki temu wrócić do pracy. Uczęszczała też na terapię osób z syndromem DDA, gdzie stopniowo nauczyła się jak akceptować samą siebie i przezwyciężać swoje słabości. Poznała tam ludzi z podobnymi problemami. Z jednym gościem, prawnikiem nawet poszła do łóżka, ale gość okazał się słaby. Chodziło mu tylko o seks. Potem się okazało, że sam chlał jak nienormalny i policja go ścigała, bo nie płacił alimentów na dzieci. Co więc jej pozostało? Wróciła do nudnego życia z Jankiem, który przez swój pracoholizm nawet się nie zorientował, że go zdradziła. W sumie może nie był jej wymarzonym facetem ze snów, ale go lubiła, czuła się z nim bezpiecznie i na wiele mogła sobie pozwolić. Jego rodzice też ich wspierali, choć ze względu na duszny klimat w tym domu, jaki wytworzyli ojciec z ich drugim synem – kibolem i szowinistą, nie lubiła ich odwiedzać.
– On tylko tak gada, muchy by nie skrzywdził – twierdził o swoim młodszym bracie Walerym Janek, ale ona i tak nie mogła się wyzbyć tego swego rodzaju wstrętu. Po prostu drażnił ją, nawet jak w ogóle się nie odzywał. Sam jego wyraz twarzy doprowadzał ją do szewskiej pasji. Pamięta jak mu nawrzucała, kiedy się zaczął naśmiewać ze zgwałconych kobiet. Twierdził, że same pewnie chciały, ale potem po prostu się mszczą, bo facet wybrał inną. Oj, myślała, że wyjdzie z siebie.
Mijał jednak czas, z pomocą rodziców spłacili kredyt, Błażejek poszedł do przedszkola, Natalka do szkoły i wtedy Janek wyskoczył jak Filip z konopii, że chce rozwodu, że to nie ma sensu, że jej nie kocha, że chciałby zacząć od nowa, że chce pójść naprzód i tym podobne dyrdymały. Wściekła się. Powiedziała, że go zniszczy, że znajdzie tę jego kochankę i ją udusi. On się upierał, że nie ma żadnej kochanki i że nie o to chodzi, ale ona swoje wiedziała. Tydzień później jej mąż Jan Siodło zniknął bez śladu razem z innymi, z którymi pracował. Problem polegał jednak na tym, że on tego dnia wziął sobie wolne, żeby odebrać samochód z warsztatu i go w pracy nie było w ogóle. Śmierdziało to na kilometr. Zaczęła badać sprawę i tak trafiła na tę sukę, która, jak gdyby nigdy nic, chodziła sobie z koleżaneczkami na drinki i bilard. Pewnego dnia wzięła więc dzieci i wparowała jej do mieszkania z zaskoczenia, żeby zobaczyły, gdzie ukrywa się ich ojciec. Nie było tam jednak ani jego, ani żadnego po nim śladu. Czuła, że ta kobieta ma coś wspólnego ze zniknięciem jej męża, ale nie miała dowodów. No i wtedy trach, piorun w sam środek czubka głowy. Propozycje do znajomych: Sylwia Kożakowska – wspólny znajomy Walery Siodło. W jednej chwili pomyślała, że ich oboje pozabija. Mogła się tego spodziewać, że ten zapóźniony palant maczał w tym palce. Z drugiej strony coś jej nie grało w tym jego spiskowaniu, bo przecież od zawsze wszyscy wiedzą, że Walery to dorosłe dziecko specjalnej troski, które nie rozumie zawiłych mechanizmów emocjonalnych i nie umie kłamać. Niemniej jej mąż zaginął, a ona została sama z dwójką dzieci na głowie. Może wpadała w paranoję, ale nie wierzyła, że Janek tak po prostu zginął z rąk jakichś drani jak mówili w telewizji. Na nim wszystko goiło się jak na psie. Każdemu mogło się coś stać, ale nie jemu.
Z zadumy nad swoim nieszczęsnym losem wytrącił naszą bohaterkę dzwonek do drzwi. Kogo znowu licho niesie? Dzieci nie ma, a ona ma wreszcie chwilę dla siebie. Kto to może być? Może to on? Pobiegła do drzwi, ale w progu zamiast Jana Siodły przelewała się tylko jego gruba matka Grażyna.
– Mogę wejść? – spytała pewna siebie.
Daria otworzyła jej drzwi bez słowa i sama usytuowała się po drugiej stronie salonu, do którego weszły obie kobiety.
– Syneczek naskarżył? – zapytała młodsza odwracając się do teściowej plecami
– Przecież wiesz, że on nie rozumie niektórych rzeczy. – odparła starsza. – Ale nie po to tu przyszłam…
– Już myślałam, że będziesz mi wygrażać. – spojrzała w oczy swojej rozmówczyni, nie potrafiąc zakamuflować swojego szyderstwa synowa
– Jeśli sama nie chcesz mojej pomocy.., – kontynuowała bez względu na docinki doświadczona gospodyni. – to chciałabym ustalić przynajmniej jakiś harmonogram widywania wnuków.
– O, bardzo dobrze – zawołała Daria, pobiegła do drugiego pokoju i po chwili wróciła z kalendarzem, na którym zaczęła coś energicznie bazgrać i zakreślać. – O tu, tu, tu i tu mi pasuje. 2 razy w miesiącu. Chyba dobry deal, co? – podała przedmiot matce swojego męża. – Teraz możesz już iść. Do widzenia.
– Dlaczego taka jesteś? O co ci chodzi? O Janka? O Walka? – próbowała dowiedzieć się czegoś pani Grażyna. – Przecież też masz syna…
– Myślisz, że jesteś taka mądra i wszystko wiesz?! – wybuchła nagle Płażyńska-Siodło. – Obaj twoi synowie powinni zdechnąć jak pchły!
– Rzeczywiście nic tu po mnie. – rzekła teściowa, ale kiedy udało jej się wreszcie skierować swoje obfite ciało w stronę drzwi, zamarła bez ruchu. W progu między przedpokojem i salonem stał człowiek. Był to ten sam przerażający gość z pazurami, o którym była mowa już wcześniej, ale tutaj ubrany był w poczciwy strój starszego pana, członka zarządu działek i uczestnika kółka seniorów przy miejscowej parafii. Ręce miał założone do tyłu
– Co ty tu robisz?- zwróciła się do niego Grażyna jakby byli dawnymi bliskimi znajomymi, na co Daria postanowiła dodatkowo się wyzłośliwić:
– O, widzę, że przyprowadziłaś swojego gacha. Mąż ci już nie wystarcza, co?
Mężczyzna zarechotał na tę uwagę jakby dziewczyna opowiedziała żart tysiąclecia, a następnie zatrzymał czas tak, że w strukturze świadomości i zawieszeniu międzyplanetarnym pozostały tylko 2 byty: starszego pana i otyłej Siodłowej.
– Znów się spotykamy Almalteo. – zagaił w kierunku pani Grażyny demoniczny facet. – Przyznam, że jestem pod wrażeniem kryjówki. Zwykle emigrujecie w bardziej wygodne miejsce z władzą i honorami.
– Czego chcesz? – wystosowała oficjalne zapytanie gospodyni pochodząca najwyraźniej z innego świata
– Od ciebie? Niczego. Może jedynie, żebyś się nie wtrącała.- rzekł jak Don Corleone działkowiec z piekła lub innej planety. – Mam w tym miejscu tego świata parę spraw do załatwienia
– Wiesz, że zwykle się nie mieszam, ale tutaj nie wiem, czy będę potrafiła spełnić twoją prośbę Olokunie. – odpowiedziała kobieta nadymając się jak ropucha jakaś kosmiczna.
Tajemnicza osobliwość faceta zamilkła. Po chwili powietrze zagęściło się tak bardzo, że zatrzymało to w próżni wszelki ruch atomów. W przestrzeni między bohaterami wyklarował się nagle kształt – ruchomy kształt – film w postaci hologramu. Widać na nim człowieka, który przemierza samotnie opuszczoną krainę pośród przewróconych samochodów i bezludnych sklepów spożywczych.
– A więc to twoja sprawka – zauważyła Grażyna Almaltea
– Twój syn może wrócić. Wystarczy, że nie będziesz się wtrącać. – ostrzegł ponownie diaboliczny Olokun
– Poradzi sobie, jest świadomy i wyszkolony. Sam znajdzie wyjście. – starała się zachować pokerową twarz tłusta matka, ale wtedy w jednej chwili obraz hologramu się zmienił. Teraz przedstawiał innego mężczyznę wyraźnie poruszonego w panice, miotającego się wciąż po zupełnie nienasłonecznionych, ciemnych ulicach innego wymiaru
– Wiesz przecież, że nie jest tam sam. Poza tym wciąż wysyłam twojemu synowi kolegów i wyślę kolejnych. – zagroził swym spokojnym głosem demoniczny gość. – Myślę, że ona byłaby dobra. Wszak kochali się ostatnio szalenie – zadrwił, a następnie skierował dłoń w stronę unieruchomionej Darii i wypuścił z niej wiązkę światła. Stara Siodłowa nie pozostawiła tego bez reakcji i mocą swojego umysłu wytworzyła pole siłowe, które momentalnie otoczyło zastygłą w bezruchu kobietę jak tarcza z krainy obcych cywilizacji.
– Czego tak naprawdę chcesz? – zapytała jeszcze raz poruszona nimfa-opiekunka bogów. – Macie już wszystko. Rządzicie polityką, władacie klimatem, decydujecie o zdrowiu i chorobie.
– Potrzebne mi dziecko cienia. – odpowiedział zły afrykański bóg rzek i oceanów Olokun
– Zrobiliście sobie wojny, epidemie, kataklizmy. Wyłów sobie jakieś z wody i zostaw to miasto w spokoju. – nie dawała za wygraną grubaska z gwiazd.
– Niestety. To nie jest byle jakie dziecko – nie odpuszczał z kolei demoniczny typek. – W miejscu, w którym obecnie się znajduje nie mam władzy i jedyne co mogę zrobić, to sprowadzić je tutaj w krainę bezkrólewia duchowego.
– Jesteś szalony. – stwierdziła beznamiętnie ziemska Grażyna. – Jak to się stało, że cię rozkuli z łańcuchów?
– Mam swoje sposoby, mam swoje sposoby na wszystko. – odparł spluwając jak cwaniaczki pod sklepem monopolowym tajemniczy Olokun. Potem znowu się wszystko rozmyło i wybrzmiał dźwięk kołowrotka. Bożek zaś zniknął bez wieści jak jakiś zły gin w bańce mydlanej.

Czas znów powrócił na swoje tory. Daria oddychała ciężko jakby ktoś  wyłowił ją właśnie z głębiny.  Po chwili zwinięcia się w rogu swojego salonu niczym niewinny pierożek zwymiotowała. „Co się stało? Czy ja już całkiem wariuje?” pomyślała młoda matka.
– To jesteśmy umówione. – rozległ się ni stąd, ni zowąd jakby zupełnie nic się nie stało donośny głos teściowej. Następnie Grażyna Siodło wytaszczyła swoje ogromne, rozlewające się ciało za próg mieszkania. – W czwartek przyjdę po dzieci i postaram się przygotować coś wegetariańskiego! – krzyknęła wesoło z korytarza, a schody zatrzęsły się jakby wstąpił na nie dinozaur.

„Teraz już nie ma w Polsce muzyki” mawiają żołędzie w szare, bure, czarne, ale i jasne dni. Takie przeświadczenie jest, że kiedyś to były zespoły zakładane szczerze i autentycznie. Był przekaz, była walka, były emocje. Teraz już nie ma, bo teraz to nie wiadomo, co jest. Tak można by sparafrazować pewne frazy poetyckie albo cytować ludzkie głosy z ulicy ruchliwej i cichej w różnych miejscach betonowych lub liściastych. Istnieje oczywiście środowisko interesujące się muzyką, jeżdżące na festiwale, chodzące na koncerty, przeglądające całymi nocami jutuba i spotifaja, ale, jak pozwolę sobie śmiało założyć, wielu ludzi, tzw. szarych, nie czuje potrzeby odnajdywania się w tej kwestii. Nie obchodzi ich tekst polskiej piosenki współczesny, bo przecież Niemen, Nosowska, bo przecież Markowski i no, co tu dużo mówić Jolka, Jolka pamiętasz. Pamiętasz prawda? Trudno mi ocenić prawdziwe proporcje z jakimi te haniebne reakcje ludu się odbywają. Być może coś zmyślam, a wszyscy muzyką się interesują i poszukują. Może to kwestia pokoleniowa. Może powinienem śledzić więcej talent szołów. Niemniej sam osobiście zetknąłem się z tym pozbawionym skrupułów oraz wrażliwości zjawiskiem, jakim jest nieznajomość realiów twórczości muzycznej polskiej ostatniej dekady. Grając sobie jak gdyby nigdy nic nad rzeką swoje piosenki, pewnego razu przysiadła się do mnie dziewczyna młoda i głośna z całą nogą wytatuowaną w fantazyjne bohomazy erogennie oddziałujące na męską populację, a przynajmniej na mnie. Według pewnych wzorów kulturowych, które miałem zakodowane, zinterpretowałem tę sytuację, że mam do czynienia z artystyczną duszą, która wreszcie będzie ze mną dyskutować nad polską twórczością i że może… . Jakże zawiodłem się , gdy otworzyła paszczę:
– Lady Pank znasz? – wygrzmociła swym gruboskórnym głosem i wrzucając mi 3 zł do pokrowca dodała – Płacę, więc wymagam. Klient nasz pan
– Ja nie mam nad sobą panów ani królów – odpowiedziałem emocjonalnie, lecz piskliwie, ciągle nie umiejąc w swoim umyśle poradzić sobie z fantazyjnym tatuażem na nodze.
Dalej było już gorzej – jęk, wycie, perorowanie o wyższości piosenki znanej nad nieznaną, znajdowanie tekstów oraz akordów w internecie na smartfonie i co najgorsze śpiew podniosły dziewki, że być zawsze tam, gdzie ty. Gdybym był młodszy, niechybnie przeżyłbym traumę (od tamtej pory jednakże nie kręcą mnie już żadne dziary). Ja jednak doświadczony losem postanowiłem złe bodźce przekuć w coś wartościowego. Nie jestem wszak w ciemię bity i wiem, że przecież piosenki ciągle powstają i że warto ich słuchać nawet, jeśli trudniej się młodym kapelom przebić niż kiedyś. Niestety lub stety w ten jakże patetyczny czas uświadomiłem sobie rzecz nad wyraz wstydliwą, że przez ostatnie 10 lat, to ja osobiście, a nie ci źli inni, nie wiem, czy przesłuchałem nawet 10 całych jakichś nowych płyt śpiewających po polsku artystów starszych i młodszych, że sam zagubiłem się w jutubowym chwilowym odtwarzaniu muzyki i ocenianiu powierzchownym w prostej skali „fajne – nie fajne”. Piszę ten artykuł dla właśnie takich osób jak ja, które nie miały środków, możliwości czy chęci uczestniczenia w kulturze popularnej polskiej w dziedzinie muzyki w ostatnich latach w takim stopniu, w jakim sobie wyobrażają, że powinni. Poza tym dekada się kończy i wypadałoby w końcu zrobić jakiś ranking. W moim przypadku nie będzie pierwszych i ostatnich miejsc, gdyż sam w życiu współczesnymi podziałami kastowymi się brzydzę. Zresztą każdy z twórców, który do mnie dotarł (a przesłuchałem w ostatnim czasie z 50 płyt), wnosi przecież coś innego do naszych potencjalne skomplikowanych emocjonalnie dusz, z których za kilka miliardów lat zresztą wyewoluujemy w jakąś niezwykłą rasę dobrodusznych oraz kochających istot bez rywalizacji i niszczenia środowiska naturalnego, wód, ziemi, powietrza, lasów tropikalnych, a także tych naszych rodzimych.
Chciałbym więc przedstawić artystów, płyty, piosenki, które mnie mniej lub bardziej urzekły. Przez niektórych z was być może będą nieznane w ogóle, przez innych osłuchane do nieprzytomności na licznych koncertach, na których bywacie co 2 dni. Być może ktoś ze znawców powie, że rzucam tu współczesnym chłamem, ktoś inny, że komercją, że pominąłem wielu wartościowym twórców, do których po prostu nie dotarłem, ale nie jestem tu po to, że ogarnąć wszystko i zadowalać wszystkich. Napisałem to by zwyczajnie w świecie powielić obudzoną we mnie nadzieję, że choć słaby ze mnie patriota w klasycznym, walecznym ujęciu, to jeszcze Polska nie zginęła, póki po polsku śpiewamy.

P. S. Mam nadzieję, że ostatnie zdanie czytaliście na baczność.

 

Ostatnie tchnienia polskiego rocka wczesnej ery kapitalizmu

 

Każda dekada ma swoje odkrycia. Nie jest jednak tak, że świat wcześniejszy zostaje w jakiś niewypowiedziany sposób postawiony do okopu przeciw temu nowemu.
W latach 2010-2019 ciągle działali starzy wyjadacze jak Kazik Staszewski z nieśmiertelnym Kultem czy KNŻ-etem, ale też nowym, ciekawym projektem razem z Kwartetem ProForma, KSU zrobił bardzo ciekawy pomysł koncertowy razem z folkową grupą Matragona, Nosowska zarówno solowo jak i z zespołem Hey kontynuowała drogę wytyczoną w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku, romansując zaciekle z szeroko pojętą alternatywą rockową i nie tylko, Artur Rojek nagrał solową płytę „Składam się z ciągłych powtórzeń”, odpowiadając na świetny bądź co bądź „1.577” – album reszty członków zespołu Myslovitz razem z poznańskim wokalistą Michałem Kowalonkiem.

 

Jedną z najlepszych swoich płyt, według mnie, nagrał w tej dekadzie T.Love. Chodzi o album „Old is gold” z piękną interpretacją piosenki Boba Dylana z polskim tekstem Zygmunta Staszczyka „Lucy Phere” i wieloma nawiązaniami do twórczości amerykańskiego country i rocka lat 50 i 60.

 

Nagrywał Grabaż i zespół Strachy Na Lachy, Tymon Tymański nie próżnował, choć w tej dekadzie najbardziej znanym jego projektem był film „Polskie Gówno”. Nie zniknął również Wojciech Waglewski, a jego wspólną wraz z synami Fiszem i Emade płytę „Matka, Syn, Bóg” osobiście wyróżniam za nowe, jak na polskie warunki i jak dla mnie nie będącego fanem polskiego bluesa przedstawienie słuchaczowi tego rodzaju muzyki, a przynajmniej wielu do niego nawiązań.

 

Nie mógłbym także pominąć projektów trójmiejskiego muzyka i tekściarza Grzegorza Nawrockiego – w szczególności płyty grupy Nawrocki Folk Computer Band z 2013 roku, ale także dwóch albumów zespołu Kobiety, który jest według mnie najbardziej niedocenionym w Polsce przedsięwzięciem artysty pokolenia urodzonego w latach 60 XX wieku.

 

 

Osobny punkt i różowy dyplom oraz puchar należy się, według mnie, Maciejowi Maleńczukowi. Nikt jak on nie uczynił tak ogromnej edukacyjnej pracy na rzecz naszego biednego społeczeństwa w tym dziesięcioleciu. Nie jestem wielkim fanem jego ostatniej autorskiej twórczości. Jako rockman w głębi duszy do końca życia uznawał będę jedynie Homo Twist. Niemniej przypomnijmy Maleńczuk od 2010 roku nagrał po kolei najpierw płytę z piosenkami rosyjskiego poety i barda Włodzimierza Wysockiego; następnie bardzo dobre „Psychocountry” w dużej mierze z polskimi interpretacjami i tłumaczeniami utworów Johnnego Casha, ale nie tylko; jazzowy krążek „Jazz for idiots” czy wreszcie album z utworami Wojciecha Młynarskiego, a ostatnio jakieś rzeczy jazzrockowe inspirowane podobno… Sepulturą. W każdym razie wypromowanych przez Maleńczuka w tej dekadzie artystów twórczość wcześniej znałem mocno wybiórczo, a teraz znam trochę lepiej.

 

 

Sieroty i wdowy po polskim rocku i alternatywie

 

Może być to nie lada kontrowersją, że zespół Lao Che umieszczę właśnie w tym podrozdziale, a nie w tym dla doświadczonej życiem Wielkiej Rady Starych Rockmanów (w skrócie WRSR). Wszak członkowie grupy to już poważni ponad czterdziestoletni panowie (wokalista Hubert „Spięty” Dobaczewski jest młodszy od Katarzyny Nosowskiej o 3 lata, a od Tymona Tymańskiego o lat 6). Uczynię tak jednak pewnie i bez żadnych wątpliwości. Lao Che to grupa, która według mnie wyprzedza pod względem technicznym i produkcyjnym, ale i w kwestii eksperymentowania z różnymi gatunkami zespoły, jak to roboczo, nazwę starego dobrego polskiego rocka o co najmniej jedno pokolenie. Każda płyta którą nagrali w tej dekadzie, a była ona dla Lao Che niezwykle płodna, wnosiła do polskiej muzyki coś nowego. Nie wszystkie, co oczywiste, były dla mnie osobiście powodem do omdleń, ale album „Dzieciom” z 2016 roku wraz z takimi utworami jak „Wojenka” czy „Bajka o misiu (tom I)” mogę śmiało nazwać dziełem tego dziesięciolecia.

 

Kolejnym punktem tego podrozdziału będzie wspomniany już wcześniej wraz ze wzmianką o płycie „nowego” Myslovitz gatunek szeroki i niezbyt ścisły jakim jest Indie Rock. W tym dziesięcioleciu to właśnie poprzez odejście ze śląskiej supergrupy Artura Rojka świat mógł się dowiedzieć o projektach jej nowych wokalistów – poznańskiej grupy Snowman Michała Kowalonka oraz katowickiego Lorein Łukasza Lańczyka. Ponadto pojawiły się młode zespoły jak trójmiejski Mjut (czekam na nową płytę, którą zapowiada świetny utwór „Nie chcę prawdy”) czy Hoszpital rodem z Poznania. Właśnie ta ostatnia formacja zasługuje, w mojej nieskromnej opinii, na szczególną uwagę ze względu na spójność każdej z płyt (a wydali ich 3). Zdaję sobie sprawę, że Indie Rock to studnia bez dna w Polsce jak metal czy hip hop, ale tak się złożyło, że z całego tego śmietnika właśnie Hoszpital zawładnął w pewnym momencie moim życiem płytą „Weszoło” z 2015 roku.

 

 

Nie mógłbym napisać tego niezwykłego artykułu, gdyby nie pogrobowcy polskiego Punk Rocka. Nie sposób pominąć w tej materii gdańskiej grupy Gówno czy wyrastającej z niej formacji Nagrobki. Są to projekty trójmiejskiego środowiska artystycznego, młodych absolwentów ASP kreujących swój wizerunek na wojowniczych punków rodem z demówek Dezertera czy innych Moskiew i jarocińskich bekań lat 80. Nie są to moje zabawy, ale niech będzie dla nich nobilitacją, że bliska memu sercu pisarka Dorota Masłowska wykonała cover Gówna „Ballada o siatce foliowej” – wielkiego hitu, który przeszedł już do historii.

 

Innym godnym uwagi i dużo bardziej do mnie przemawiającym zespołem nawiązującym do prostoty punk rocka w ostatnich dziesięciu latach jest olsztyńska formacja Romantycy Lekkich Obyczajów. Damian Lange, czyli wokalista grupy, udziela się również w bardziej złożonym instrumentalnie zespole Transsexdisco, ale to właśnie Romantycy Lekkich Obyczajów ze względu na swój akustyczny, minimalistyczny charakter i nieśmiertelne przeboje jak „Poznajmy się”, „Urodziny” czy nieśmiertelny hit „Lodziarka” wpisali się do encyklopedii polskiej piosenki po polsku.

 

Ostatnim najmniej mi bliskim, aczkolwiek niemożliwym do pominięcia zjawiskiem w ostatnim dziesięcioleciu, jest młody polski rock i alternatywny pop z talent show i festiwali takich jak „Męskie Granie”. Mamy tu takich artystów jak Damian Ukeje, projekty rockowe Fisza i Emade, czyli Kim Nowak, Korteza, Skubasa, Natalię Przybysz, Brodkę, Melę Koteluk, Dawida Podsiadło, Organka czy Krzysztofa Zalewskiego. Choć doceniam każdego z tych artystów, cenię melodię i warsztat muzyczny, a czasami też (choć rzadziej) tekstowy, czegoś mi w nich brakuję, żeby zawładnęło to moim wnętrzem i żebym zapragnął w ich imieniu sprzedać duszę diabłu.

 

Nie pozostawię jednak tego podrozdziału bez wyróżnień. Szczególną moją uwagę zwracają bowiem single Meli Koteluk (choć całych jej płyt ciężko mi się słucha) jak „Melodia ulotna” czy „Fastrygi” oraz teksty Fisza zarówno w Kim Nowaku, w mniej już w tej dekadzie hiphopowym Tworzywie Sztucznym oraz we wspomnianym wcześniej projekcie międzypokoleniowym Waglewski Fisz Emade.

 

Podoba mi się też album Krzysztofa Zalewskiego „Złoto” z 2016 roku ze wszystkimi jego singlami, a także, abstrahując od głośnego w ostatniej dekadzie aborcyjnego skandalu, niektóre piosenki Natalii Przybysz za warstwę muzyczną i aranżacyjną.

 

 

Polska elektronika i hip-hop alternatywnego mainstreamu

 

Nie na rocku się kończy świat. Ubolewam nad tym, ale niestety muszę przyjąć istnienie innych światów. Szczególnie ciężki jest dla mnie do zaakceptowania świat elektroniki i techno. Mamy tu projekty docenione w pewnych kręgach jak Nivea i Wojciech Bąkowski, których nie potrafię osobiście zrozumieć w ogóle, ale nie wypada mi nie wspomnieć o nich skoro wiem, że zaistniały w tej dekadzie. Niezbyt pochłania mnie również kreacja Marii Peszek, która także nagrywała w tym dziesięcioleciu muzykę elektroniczną. Nie przemawia do mnie, mimo że świat ten jest mi raczej bliższy niż dalszy i również nie jestem skłonny na ten moment ginąć na wojnie, jej przekaz jakby z transparentu jakiejś lewicowej manifestacji albo wiecu. Mamy wreszcie wspomniany wcześniej projekt pisarki Doroty Masłowskiej Mister D., który wyróżnia się, co nie powinno dziwić, ze względu na formę warstwy tekstowej. Odstręcza tu jednak trochę niezatajona nawet próba kopiowania wykonawców zagranicznych jak Die Antwoord i innych, których nie potrafię określić, ale ktoś mi powiedział, że zostało tu to jawnie skopiowane i w jego ocenie nieudolnie się to odbyło. Ja tym głosom zaufałem, bo nie mogę się opędzić od wrażenia, że ta kreacja nie z tego świata pochodzi. Niemniej płyta Masłowskiej w całości jest dla mnie nawet śmieszna, jak się ma oczywiście nastrój na takie śmiesznostki. Zresztą posłuchajcie sami, ja się nie znam się na technie.

 

Niech nikt nie śmie myśleć jednak, że zostawię tę obcą mi polską elektronikę jedynie z dystansem i wysublimowaną pogardą. Tak nie będzie, albowiem wyniosę na piedestał zabrzański (lub już warszawski?) projekt The Dumplings Justyny Święs i Kuby Karasia (urodzeniu w drugiej połowie lat 90 XX wieku). Pomimo elektronicznego charakteru muzyki, można tu wyczuć w nielicznych, aczkolwiek najbardziej znanych utworach po polsku wrażliwość bliską memu sercu. Ponadto wokalistka i autorka tekstów pochodząca z artystycznej, aktorskiej rodziny w wywiadach stara wytworzyć się wokół siebie aurę intelektualizmu, chętnie mówi o książkach, które mają być dla niej niesłychanie ważne. Może komuś to nie odpowiadać, może śmieszyć, ale dla mnie to po prostu najciekawsza kreacja w porównaniu do tych wszystkich, które opisałem wcześniej.

 

Kolejną nawiązującą do elektroniki, ale bardziej spokojnego, ambientowego (czasami jednak męczybułowego) charakteru, jest twórczość Błażeja Króla wcześniej znanego z Indie rockowej formacji Kawałek Kulki z Gorzowa Wielkopolskiego. W tej dekadzie artysta ten zawładnął umysłami polskich melancholików poprzez projekty UL/KR, KRÓL czy Kobieta z wydm. Przedsięwzięcia te nie są, w mojej opinii, wybitne, ale na pewno intrygują szczególnie pod względem tekstowym.

 

Jeśli chodzi o świat rapu i blokowisk, to jest to ciągle uniwersum nieskończone. W każdej miejscowości możemy znaleźć domorosłego rapera coś tam mamroczącego o blantach, beznadziei, policji czającej się w krzakach i innych hajsach. Porzućmy jednak stereotypy, bo hip-hop też może być wartościowy dla polskiej kultury. W moim jakże ograniczonym dojściu do tego gatunku posłużę się tylko dwoma przykładami artystów działających latach 2010-2019. Pierwszym będzie znany już z pierwszego dziesięciolecia XXI wieku Szczecinianin Łona. Artysta swobodnie posługujący się środkami poetyckimi i ironią, która stała się zresztą jego znakiem firmowym, tym razem proponuje bardziej dorosły i społeczny w swoim wyrazie rap.

 

Drugim raperem wyróżnionym przeze mnie będzie odkryty i uznany przez wielu, a ostatnio promowany przez Krzysztofa Piątka (piłkarza AC Milan) Taco Hemingway. Przygotowując się do napisania tego artykułu przesłuchałem co prawda jedynie płytę „Marmur” z 2016 roku, ale i tak bał się nie będę i się wypowiem. Album jest czymś na kształt relacji z terapii jaką artystą odbył w jakimś miejscu w Trójmieście – tytułowym hotelu Marmur. Co ponadto możemy tu usłyszeć? Autor bardzo zgrabnie posługuje się językiem polskim przedstawiając lęki i wątpliwości egzystencjalnie wrażliwców z dużych polskich miast wkraczający w dorosły świat pieniądza i układania sobie życia. Może powinno tak być, ale jednak nie moje to klimaty. Niemniej twórca na pewno warty uwagi.

 

 

Moje prywatne odkrycia – wewnętrzni przyjaciele

 

Nie jestem wielkim fanem Czesława Mozila. Kiedy byłem na studiach, nuciłem sobie co prawda pod nosem „Maszynkę do świerkania”, ale w zasadzie nie kojarzę specjalnie więcej hitów w twórczości projektu Czesław Śpiewa. W tym dziesięcioleciu bardziej utkwiła mi w pamięci „afera” z wyrzuceniem z koncertu hałasujących, pijanych fanów zagłuszających artystę. Promowało to płytę o emigracji, których rzecznikiem Czesław Mozil chciał się stać i nawet może i się stał, ale jakoś mnie to nie pochłonęło (płytę „Księga Emigrantów. Tom I” promował singiel „Nienawidzę cię Polsko” – mimo wszystko zachęcam by się zapoznać). Może dlatego, że nie jestem emigrantem, a może powodem jest to, że jestem głupi i się nie znam. Nie wiem tego, ale wiem jedno, że wcale nasz poczciwy twórca duńsko-polski nie zostawił nas w tym dziesięcioleciu z niczym. W 2011 roku powstała bowiem  mało znana (co prawda doczekała się nominacji do Fryderyków, ale uznajmy, że nikt o tym nie wie) w szerokim obiegu płyta „Czesław śpiewa Miłosza” i za to właśnie jestem Mozilowi wdzięczny dogłębnie. Dzięki temu w moim życiu pojawił się bodziec do czytania poety-noblisty. Płyta nie jest buńczuczna i wyegzaltowana jak klasyczne twory poezji śpiewanej, ale i nie jest też niedbała i byle jaka. Z czesławową charakterystyczną manierą śmiem twierdzić, że te interpretacje Miłosza są po prostu piękne i na swój sposób urocze. Warto też zapoznać się z teledyskami do różnych utworów projektu Czesław Śpiewa. Są naprawdę niezłe.

 

 

Innym autorem biorącym, choć już w mniejszym zakresie i mniej, moim zdaniem, udanie na warsztat wiersze Czesława Miłosza jest warszawski piosenkarz Paweł Sołtys powszechnie zwany jako Pablopavo. Wyrosły z tradycji polskiego reggae i ragga jako jeden z wokalistów zespołu Vavamuffin największą paletę swoich możliwości tekstowo-muzycznych zaprezentował jednak grając poza formacją, która przyniosła mu rozgłos (Pablopavo wciąż jednak udziela się w Vavamuffin). O ile wykonanie wspomnianego wiersza Miłosza „Piosenka” wyszło mu, moim zdaniem, kiepsko, o tyle autorski rozwój artysty szczególnie w projekcie Pablopavo & Ludziki był dla mnie odkryciem można powiedzieć milowym. Szczerze przyznam, że późno zabrałem się zapoznawanie się z twórczością warszawskiego artysty, wmawiając sobie w duchu, ze ja przecież na ragga nie mam teraz nastroju, że to nie dla mnie. Jakie było moje zdziwienie, gdy wreszcie się przemogłem i w pociągu relacji Wrocław-Katowice zapuściłem sobie album „Ladinola” z 2017 roku. Zdając sobie sprawę, że nie jest to najwybitniejszy warsztatowo wokalista w porównaniu z tymi wszystkimi występującymi na wszelakich konkursach telewizyjno-festiwalowych, poczułem z nim pewnego rodzaju więź artystyczną. Pablopavo wzbudził we mnie niemal już umarłą nadzieję, że świetny tekst po polsku może obronić warsztat śpiewu artysty. Niech dowodem mojego uznania będzie umieszczenie trzech piosenek pod tym jakże wadliwym opisem. Niech sztuka broni się sama.

 

 

 

Skoro mam już swojego platonicznego artystycznego przyjaciela, który nie wie, że jego przyjacielem jestem, to i wypadałoby mieć taką platoniczną artystyczną miłość, która mojej miłości oczywiście nie podziela. Nie wiem, co prawda, jak ma na imię (boję się tego dowiedzieć, gdyż mogłoby to moją miłość zniszczyć), ale wiem, że zespół Domowe Melodie to jedno z najwspanialszych zjawisk, które spotkały ten kraj w ostatniej dekadzie. Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o rozwiązaniu się grupy kilka miesięcy po tym jak się o niej w ogóle dowiedziałem i jak ratowało mi to życie w moim poznańskim epizodzie życiowym. Tak mi smutno, że nie wiem, jak to skomentować. Słuchajcie po prostu Domowych Melodii – dwupłytowego albumu „3”, który jest moją osobistą relikwią, ale i debiutu, który przyniósł zespołowi rozgłos. Po prostu weźcie znajcie i lubcie ich.

 

 

 

Ostatnim moim odkryciem mijającego dziesięciolecia polskiej muzyki jest względnie najnowszy, choć wcale nie znikąd wzięty zespół Kwiat Jabłoni. Skromny na pierwszy rzut oka projekt rodzeństwa Sienkiewiczów wyrósł ze znanej z polsatowego talent show grupy Hollow Quartet. To jednak dopiero w Kwiecie Jabłoni możemy usłyszeć subtelność, delikatność i poetyckość, których zabrakło w bardziej złożonym instrumentalnie wcześniejszym bandzie. Mojego podziwu dla muzyki zespołu nie zmienił też fakt, o którym dowiedziałem się nieco przypadkiem, że rodzeństwo to dzieci znanego i cenionego przeze mnie piosenkopisarza Kuby Sienkiewicza z zespołu Elektryczne Gitary. Mam takie zboczenie, że czytam stare wywiady z muzykami, a w jednym z nich z 2014 roku autor nieśmiertelnych „Dzieci” (jakkolwiek by to dwuznacznie nie brzmiało) wypowiedział się o swoich latoroślach Kasi i Jacku, że mają zespół, ale na razie nie chce im mieszać w głowie, niech się rozwijają i sami odkrywają mroczny świat szołbizu (coś w ten deseń). Elektryczne Gitary miały też piosenkę, pt. „Kwiat jabłoni”. Mamy więc medialną sensację dla Faktu, ale mamy też muzykę i świetny album „Niemożliwe” z początku 2019 roku. Zresztą wydaje mi się, że w perspektywie następnych lat może powstać z  inicjatywy uzdolnionego rodzeństwa wiele jeszcze lepszych rzeczy. Ponadto osobiście mam skrytą nadzieję, że też zostaną moimi wyobrażonymi kolegami, a ich ojciec w razie czego będzie mnie leczył we snach.

 

 

P.S. Wiem, że już pozamiatałem i wszystko zostało umieszczone, jęk zawodu już dawno wybrzmiał, a ci co mieli  nie przeczytać tego jakże wadliwego i subiektywnego rankingu, to i tak go nie przeczytają, ale poczułem, że przeoczenie, którego dokonałem może mieć opłakane skutki dla świata i spowodować pożogę oraz śmierć milionów. Mowa tu  o płycie zespołu Tęskno, pt „Mi” z 2018 roku, z którą się zetknąłem wcześniej, ale nie zdążyłem się zapoznać, wyrzuciłem gdzieś do kosza na pranie i zapomniałem. Teraz, gdy już wszystko zostało napisane, wyjąłem to z tych brudów, myśląc sobie, że to kolejny projekt jak te wszystkie inne miałkie rzeczy, że przesłucham sobie dla formalności z oceną, że ble. Na szczęście późno, lecz nie wcale stwierdziłem, że nie miałem racji. Po kolei jednak, Tęskno jest to dziewczyński projekt Hanny Raniszewskiej i Joanny Longić wspomaganych przez sekcję smyczkową. Ubolewam nad tym, ale osobiście jako ignorant tych artystek nie znałem wcześniej, a jak sobie zdążyłem poczytać, to nie do pomyślenia taka nieznajomość, gdyż działają one na rynku polskiej muzyki od dobrych kilku lat. Przyznaję sobie w związku z tym karę chłosty i zapraszam do słuchania wszystkich miłośników czegoś co mógłbym nazwać indie krainą łagodności, ale nie będę nazywał, bo w sumie nie jestem w tym najlepszy. Płyta „Mi” zespołu Tęskno to po prostu bardzo ciekawy krążek, którego  nie mógłbym pominąć mówiąc o polskojęzycznej muzyce drugiego dziesięciolecia XXI wieku. Niech mój wybór wzmocni fakt, że w 2019 roku Gazeta Wyborcza nagrodą Sanki (również usłyszałem o niej po raz pierwszy) dla największych nadziei polskiej muzyki uhonorowała pierwszym miejscem artystkę o pseudonimie Hania Rani, czyli jakby się ktoś nie domyślił, jedną z liderek właśnie zespołu Tęskno.

 

 

 

***

 

To by było na tyle drogie dziewczyny z tatuażami na nodze i chłopcy z brodami na skos. Możecie na mnie psioczyć, że nie znam tylu wspaniałych wykonawców, że artyści starsi i młodsi, że Piotr Bukartyk, że Bitamina, że Żywiołak, że Grubson, że O.S.T.R., że Marika, że Nocny Kochanek, że wrocławskie z grupy Hurt się wywodzące  – Evorevo i DDA, że Muzyka Końca Lata, że Mikromusic (dopisałem po interwencji Toma Cruise’a) i wiele innych niesamowitych zespołów i wykonawców, niezwykłych tekściarzy, wokalistów, instrumentalistów, na których świat się jeszcze pozna i takich, o których nikt nigdy nie usłyszy. Ja wiem, że oni wszyscy istnieją. Sam wszak nim jestem . Nawet jeśli nie mogę w danym czasie czegoś przyjąć swym uchem, znam tylko z nazwy, nie miałem czasu się zapoznać albo nigdy nie słyszałem, to w sercu ich wszystkich czuję i cenię. W zeszłym roku odeszli z tego świata Kora i Robert Brylewski, umarł w tej dekadzie Wojciech Młynarski. W następnej pewien świat się już na dobre będzie kończył, ale muzyka polskojęzyczna będzie istnieć póki będziemy chodzić po tej planecie i posługiwać się tym językiem. Póki będziemy po prostu pisać piosenki po polsku. Takie coś coraz mniej potrzebne komukolwiek, ale dużo bardziej trwałe i autonomiczne niż wasze karty kredytowe, ubezpieczenia, struktury organizacyjne, wojny hybrydowe, sztuczne plemiona polityczne, supermarkety i kryzysy finansowe. Kwestia, żeby robić to dobrze. No i tyle. Podniośle zacząłem, to i podniośle kończę. Teraz idę umrzeć z głodu. Cześć.

 

 

 

Płyty, które polecam (bardziej lub mniej):
1. Maleńczuk – „Wysocki Maleńczuka” (2010), „Psychocountry” (2012), „Maleńczuk gra Młynarskiego” (2017)
2. Lao Che – „Prąd stały/Prąd zmienny” (2010), “Dzieciom” (2015), “Wiedza o społeczeństwie” (2018)
3. Kim Nowak – „Kim Nowak” (2010), „Wilk” (2012)
4. Łona i Webber – „Cztery i Pół” (2011)
5. Czesław Śpiewa – „Czesław Śpiewa Miłosza” (2011)
6. Kobiety – „Mutanty” (2011), „Podarte sukienki” (2015)
7. Romantycy Lekkich Obyczajów – „Lejdis & Dżentelmenels” (2012), „Kosmos dla mas” (2013)
8. Domowe Melodie – „Domowe melodie” (2012), „3” (2014)
9. T.Love – „Old is gold” (2012)
10. UL/KR – „UL/KR” (2012), „Ament” (2013)
11. Waglewski Fisz Emade – „Matka Syn Bóg” (2013)
12. Nawrocki Folk Computer Band – „Nawrocki Folk Computer Band” (2013)
13. Myslovitz – „1.577” (2013)
14. KRÓL – „Nielot” (2014)
15. Natalia Przybysz – „Prąd” (2014)
16. Mister D. – „Społeczeństwo jest niemiłe” (2014)
17. Pablopavo&Ludziki – „Polor” (2014), „Ladinola” (2017), „Marginal” (2018)
18. Hoszpital – „Weszoło” (2015)
19. The Dumplings – „Sea You Later” (2015)
20. Krzysztof Zalewski – “Złoto” (2016)
21. Taco Hemingway – “Marmur” (2016)

22. Tęskno – „Mi” (2018)

23. Kwiat Jabłoni – “Niemożliwe” (2019)
14. Ralph Kaminski – Młodość (2019)

 

Kosmos to nieprzenikniony jest. Każde dziecko to wie i każdy, kto w gwiazdy patrzeniem się zachłysnął doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Wielu marzy o podróży w bezkresie galaktyk, czarnych dziur i w czasie. Sam często wyobrażałem sobie spotkanie z obcym jako niezwykle fascynujące doświadczenie, które mogłoby odmienić mój los. Ale co ja mogę? Jestem tylko chorym człowiekiem, a ludzie nawet o zdrowych zmysłach projektują w mózgu sobie różne cuda na kiju. Tak naprawdę jednak w kosmosie zwykłe rzeczy się dzieją jak w serialu. Nieistotne są tu różnice w pojmowaniu czasu i przestrzeni, w poziomie cywilizacyjnym czy też miejscowych obyczajach. Wszyscy jesteśmy zbudowani jak nasze słońca z tych samych pierwiastków i nic innego w nas nie ma. To taka chemia, która pozwala nam żyć i dobrze się czuć, a innym razem umierać, czując się źle jak diabli. Opowieść, którą poniżej przytoczę wyczytałem z czystego nieba, gdy nie mogłem spać z powodu wycia wilków i kolejnego niezbyt udanego przedsięwzięcia w normalnym ziemskim życiu. Będę ją opowiadał ziemskim językiem i ziemskimi kategoriami. Jestem tylko kurierem wiedzy galaktycznej. Inaczej tego opowiedzieć nie umiem, a poza tym, gdy serce krwawi, ukojenie można uzyskać tylko w wodzie i gwiazdach. Na wodę było za ciemno.

***

To była kraina jak inne krainy, ale też było to miejsce niepowtarzalne jak żadne inne. Tutaj zawsze świeciło słońce. No, w wyjątkowych sytuacjach, gdy było go w bród, to wtedy spadał deszcz, bo pogoda zawsze przynosiła ukojenie i nigdy nie była uciążliwa, a woda była smaczna i wcale nie zatruta ani jakaś kwaśna. Nikt nie chodził głodny ani przepracowany. Ludzie byli dla siebie mili, martwili się o siebie i w ogóle nie przeklinali. Na środku placu miasteczka, które przedstawiało się jak sielankowa sceneria z westernów lub serialu Doktor Quinn siedzieli dwaj kolesie. Jeden miał kowbojski kapelusz, a drugi pióropusz indiański. Ten w kowbojskim kapeluszu spał zakrywszy twarz nakryciem głowy swym, a drugi osobnik o rdzenno amerykańskiej osobliwości od 10 minut oglądał swoje dłonie ze wszech stron. Gapił się na nie jakby badał muchę pod mikroskopem. Z przenikliwością badacza-odkrywcy tak je sobie obserwował. Kowbojowi świszczał lekko otyły brzuch przez pępek jakąś dziwną parą, a z otworu gębowego wraz z zielonym obłokiem od niemycia zębów wydobył się bełkotliwy komunikat:
– Kocham cię, kocham cię
Indianin przestał obserwować dłonie zaciekawiwszy się majaczeniem swojego kolegi. Przez kilka minut widać było jakby bił się z myślami, kręcił głową i przewracał oczami. W końcu nie wytrzymał, sięgnął po zardzewiałe wiadro zapełnione końskim łajnem i wylał zawartość na swego towarzysza od spędzania wolnego czasu.
– Och, co się stało?? – zaniepokoił się Kowboj po swym gwałtownym przebudzeniu i zorientowawszy się w sytuacji zapytał – Dlaczego mi to uczyniłeś drogi Zaprzęgu Przeciągu?! – tak nazywał się Indianin.
– Drogi Paluszku Okruszku – odpowiedział również bezpośrednio do swojego kolegi Indianin. – Krzyczałeś przez sen, więc bardzo się zmartwiłem. Nie mogłem znieść Twojego cierpienia pod czystym niebem naszym i drzewem Baobabem będącym naszym centrum i życiodajnym sokiem naszym.
Drzewo rzeczywiście było siedzibą lokalnych bogów i wyrocznią. Przemawiało raz w roku w kwestii losu najważniejszych przedstawicieli lokalnej społeczności. Niektórzy szeptali co prawda, że to oszustwo, że starszyzna wszystko zmyśla i nagrywa na magnetowid lub walkman, ale komunikaty miały wielką moc i wpływ na ludzi, bo zawsze lepiej z siłami metafizyki się nie mierzyć samymi grabiami czy też palmą kokosową. To może nie zadziałać, gdy się okaże, że tam po drugiej stronie czeka nas surowość i brak wyrozumiałości.
– Pamiętasz Wyrocznię? –zapytał Zaprzęg Okruszka zatroskanym głosem pełnym powagi i dostojeństwa.
– Nie pamiętam – odpowiedział zrezygnowany Okruszek – Ja nic nie pamiętam. Ciągle bym tylko spał.
Ostatnio nasz poczciwy Kowboj chodził smutny i samotny. Serce mu krwawiło.
– Więc ci przypomnę: „Ci co zeszli z nieba, będą mówić we śnie”. Tak brzmiał komunikat – rzekł jeszcze bardziej podniośle Indianin.
– To kłamstwo jest i tchórzostwo – odparł ledwo słyszalnym mruczeniem Okruszek.
– A więc może inaczej, kogo kochasz przyjacielu? – zapytał Zaprzęg Przeciąg zatroskany losem swego kompana, który w tym czasie odwrócił głowę jak dzieci, gdy nakrzyczy na nich rodzic za niegrzeczność. – Kogo kochasz?! – zatrząsł Indianin Kowbojem chwyciwszy obiema dłońmi ramion lewego i prawego swojego przyjaciela.
– Ja nikogo nie kocham i nikt mnie nie kocha! – odparł emocjonalnie zalewając się łzami Paluszek Okruszek. – Jakbym był w okresie wzrastania, to może bym ją kochał, a teraz to tylko jednego dnia chcę uprawiać z nią miłość na świętym drzewie, drugiego chcę uratować przed siłami natury, które właśnie na nią się uparły i chcą jej zguby, trzeciego służyć i sprawiać, żeby szczęście i tylko szczęście było jej przeznaczone, czwartego miłą prowadzić dyskusje bez zobowiązań pełną szczerości i wyznań, które niewidzialną energię przemieszczają między balkonami naszych dusz. A w pozostałe dni bym tylko spał, bo się to nie spełni nic a nic. – jeszcze głośniej zawył jak jakaś małpa albo koza na równinie w epileptycznym szale Kowboj romantyk.
Ostatnio Paluszek Okruszek spotkał się 3 razy z córka lokalnego ogrodnika, czarującą Ekierką Serdelką i tak się złożyło, że bardzo przypadła mu do gustu. Ona też lubiła kowboja, lecz miała rozliczne obowiązki względem społeczności, nauki, sztuki, dwóch ładnych, żądnych przygód absztyfikantów, czterech sędziwych bezdomnych psów, siedmiu starszych małżeństw bez umiejętności włączania włącznika od światła oraz, jakby to głupio nie zabrzmiało, wobec jednego pokrętła od radia, które za każdym razem odpadało, kiedy się kręciło ruchem przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Długo by to jednak wyjaśniać i nie warto. Nie miała w każdym razie czasu dla naszego bohatera, choć czuła, że to szkoda trochę i że nie jest dla niego obojętna, to przecież nie dla niego jednego taka nie jest, a przecież się nie rozdwoi albo nie roztroi. Dlaczego miałaby to robić zresztą i po co?
– Jejkuś, jejkuś – zmartwił się Indianin, gdy wszystko starał się złożyć do kupy po wypowiedzi przyjaciela. Zapomniał też o swoich dłoniach, które tak go nurtowały od kilku dni – O rety, rety, rety – dodał także.
– Co żesz mówisz tak jakoś dziwacznie? – zaniepokoił się teraz Paluszek przez chwilę racjonalnie, po czym załkał znowu nad swym losem, wydając z siebie nienaturalne skrzeczenie pelikana.
– Och przyjacielu. Nie wiesz, co tu się wydarza! – zakrzyknął podskoczywszy wzniesion palec ku niebiosom Indianin. Oczy miał zamglone dziwnym mlekiem wewnętrznym jakby głosił proroctwo. – Był tu jeden człowiek, powiedziałbym, że cały na biało, ale niezupełnie był cały na biało, bo jego, ubiór, garnitur i spodnie garniturowe białymi były, lecz pokryte także figurami geometrycznymi różnego typu.
– Mówże do rzeczy kumplu – zaproponował coraz bardziej zdezorientowany Kowboj.
– On to wszystko przewidział!

***

Kalindungulu Tulugulululu siedział na tarasie w swojej daczy na Planecie Nibiru. Musiał wziąć jeden dzień wolnego. Ta cała sprawa była dziwna i nie do końca wiedział jak ja ugryźć, żeby wszyscy byli zadowoleni. Szczególnie jego przełożeni (bo przecież nie ci, których bezpośrednio sprawa się tyczy). Od trzech przepływów komety pełnił na czwartej planecie od głównej gwiazdy w galaktyce Obłoku Magerlana funkcję Naczelnika ds. Kontroli Przepływów Bękarckich i pierwszy raz mierzył się z tak skomplikowaną sytuacją. Sytuacją trójkąta lub Szacha nie Mata jak nazwał to kiedyś jeden z nibiriańskich profesorów.
-Niech to szlag! – rzucił prawie pełną szklanką Borbembu, czyli ojczystego napoju zdrowia i urody o twarde, pokryte szczerym złotem podłoże, po którym stąpał i które jako jedyne doskonale rozumiał. Teraz coraz częściej musiał obcować z dziwnym żwirem lub piachem. Mierziło go to i brzydziło niewyobrażalnie, mimo to przełykał tę gorycz w imię kariery międzyplanetarnej. Właściwie nie pamiętał, kiedy ostatnio spędził tyle czasu we własnym domu. Niczego już nie poznawał. Ciągle się o coś potykał i nie mógł nic znaleźć. Ponadto nie potrafił zrozumieć jak mógł o wszystkim tak głupio zapomnieć, jak mógł to przeoczyć. Sprawa z jednej strony wydawała się spalona, ale nie z takich opresji wychodził w normalnych okolicznościach. Tutaj była jednak strona druga, a raczej trzecia, bo i trzeci był bok trójkąta bękarckiego. Co teraz robić? Odciąć jeden bok i zobaczyć jak się potoczy sprawa dwóch pozostałych. Może wszystko samo ucichnie i umrze śmiercią naturalną. Być może, ale to i tak duże ryzyko, bo osobnik A dostrzegł pstryczek u osobnika B, a do tego osobnikowi C sam powiedział, gdzie się jego miejsce docelowe znajduje. Po co w ogóle poszedł do tego dziwnego stworzenia i mu mówił o jego przycisku rozpoznania? To wszystko przez ojca, który ciągle mu robił wyrzuty, ze go nie odwiedza. Wiecznie jakieś pretensje i fochy. Chciał wcześniej wracać, więc zrobił wszystko na hop siup i bęc. Wydawało mu się, że z tej strony to rozwiążą szybko i sprawa ucichnie ze względów obyczajowo-preferencyjnych. Zresztą najwyżej dwa boki się znajdą i wrócą, a trzeci zostanie – pomyślał. Najwyżej dostanie naganę. Co mu zrobią? Kto zamiast niego będzie chciał się łajać w tym bagnie? Tak sobie dumał, ale wiedział, że musi przedsięwziąć pewne stanowcze kroki. Oczywiście bez przemocy. Ta była zakazana na Nibiru wobec autochtonów różnych planet od wielkich połaci czasu czy też wieków liczonych trochę inaczej niż u nas i na planecie Życie, na której w głównej mierze dzieje się ta opowieść. W każdym razie Kalindungulu Tulugulululu wiedział, że problem trzeba będzie rozwiązać perswazją i manipulacją. Jak zwykle zresztą.

***

Nibirianie mają zdolność transformacji do jednej formy miejscowego bytu na różnych planetach, dostosowują się również do miejscowego czasu, dób i pór roku. Posiadają także oczywiście zdolność teleportacji. Jeszcze niedawno, w poprzednim pokoleniu przemierzali lata świetlne galaktyk i mieszali się z miejscowymi ludami. Kilka lat nibiriańskich temu zostało to jednak prawnie zakazane i biologicznie zablokowane specjalnym zastrzykiem zaraz po urodzeniu. Jak głosiły wątpliwe w niektórych kręgach analizy mieszanie bytów na różnym poziomie rozwoju miało prowadzić to do naruszenia ekosystemu planet i prawidłowego rozwoju ewolucyjnego stworzeń w kosmosie. Być może było w tym źdźbło prawdy, niemniej potomkowie takich związków mieszanych ciągle żyli we wszechświecie, często bez świadomości kim są i przede wszystkim bez możliwości wykorzystania swojego potencjału do jakiego zostali genetycznie predestynowani. O nich też nowe prawo nie zapomniało i uregulowało przepływy do niezbędnego minimum. Tylko najwybitniejsze jednostki, których wielkie moce i upór były nieprzejednane pomimo przeciwności miały mieć możliwość powrotu na planetę wyższego rzędu. Nie było jednak, jak nietrudno się domyślić tak, że wszyscy mieszkańcy planety Nibiru byli zadowoleni z nowych rozwiązań. Nowe prawo bowiem na zawsze miało rozdzielić rodziców z dziećmi, a także pary multiplanetarne nigdy więcej nie miały zasmakować rozkoszy miłości wzajemnej. Specjalny dekret ustalił tu, że za pomocą kapsułki specjalnego środka tzw. BarciuX zatracą takie osoby zdolności komunikacyjne ze swoimi bliskimi na innych planetach, a także nie będą czuć pożądania względem innych galaktycznych ras. Krewnym ich na planetach niższego rzędu z kolei zagmatwano pamięć w strukturę snu i nie wiedzieli już, co było jawą, a co światem marzeń. Wielu Nibirian czy jak kto woli Annunakich w związku z tym protestowało i sabotowało nowe przepisy, za co znikali w niewyjaśnionych okolicznościach karani za swą działalność wywrotową. Ciągle działali opozycjoniści- wędrowcy o wyjątkowych zdolnościach psychokinetycznych, a także filozoficzno-logicznych, którzy w bardzo delikatny sposób (zbytnia gwałtowność mogła prowadzić do szaleństwa) uświadamiali tzw. bękartów o ich pochodzeniu, możliwościach. Opowiadali im o tym, że zawsze mają wybór, czy pozostać na ich planetach wychowania czy wyruszyć w podróż do świata ich szczytu zdolnościowego. W skrócie mówili im, że mogą prowadzić wybitne życie jako Annunaki albo takie, którym żyli dotychczas i które do tej pory dawało im szczęście i jasność zasad. Kosmiczni śmieciarze często znajdowali szczątki tych mobilnych opozycjonistów przyklejone do meteorytów dziwnymi taśmami jakby ktoś chciał, żeby cały bezkres kosmosu zobaczył, jaki los spotkał „rzezimieszków”, którzy odważyli się podnieść rękę na świętą, wyższą mądrość i władzę. Tych jednakże nie ubywało. Działało to podobnie jakby odciąć głowę Hydrze – na jej miejsce powstawały nowe dwie. W ramach przeciwwagi rząd Nibiru stworzył więc specjalny urząd, który miał zajmować się kontrolą losów bękartów na planetach wychowania i w razie potrzeby utrudniać im emocjonalno-preferencyjnie podjęcie decyzji o powrocie. Choć przemoc wzajemna na Nibiru była rzeczą, jeśli nie powszechną, to po prostu występującą, to na planetach, z których dóbr Annunaki korzystali, wobec autochtonów, jak już było wspomniane, była zakazana. Jak dotychczas, udawało się tę zasadę utrzymać. No i życie sobie płynęło – gwiazdy wybuchały, galaktyki się zderzały, czarne dziury wciągały, czas się naginał. Ktoś walczył w imię czegoś przeciw czemuś lub komuś, a ktoś występował również z jakimiś założeniami, żeby zachować status quo.

***

Paluszek Okruszek obejrzał swe oblicze w lustrze, po czym zwymiotował. Miał ostatnio takie dziwne reakcje nie wiadomo skąd i dlaczego. Ciągle myślał o córce ogrodnika. Zazwyczaj dobrze i miło, ale czasami chciał jej wyznać coś innego – emocja, której nie potrafić nazwać. Pragnął wyrzucić z siebie straszny żal, że rani go jej nieczułość wobec prawdziwości jego uczuć i nieprzejednanego poświęcenia wiecznego, i w związku z tym, że powinna ponieść z tego tytułu jakąś odpowiedzialność. Chciał też niejednokrotnie uczynić kilku osobom, z którymi przebywała, prawdziwie wyuzdaną krzywdę i co kompletnie niezrozumiałe w jego świecie, chciał to zrobić umyślnie. Raz kiedy dostrzegł Ekierkę Serdelkę ze Sportowcem Wielkiego Nurtu – Bocianem Kasztanem całą noc ostrzył łopatę, żeby sprawić mu nią ból i przykrość. Na szczęście potrafił uświadomić sobie, że pomysły te przynieść mogą jedynie zgubę miast ukojenia, którego łaknął i do którego dążył wewnętrznie od najmłodszych lat. Po przebudzeniu skopał więc ogródek, żeby zapomnieć o swych emocjach nienazwanych, które w innych częściach wszechświata znamy jako gniew, złość, zazdrość czy chorobliwe pożądanie. Poza tym martwił się o swojego przyjaciela Zaprzęga. Ostatnio zachowywał się jakby w ogóle nie sypiał lub zażył przez przypadek roślinność psychoaktywną. Indianin ciągle go ganił, bełkotał coś, żeby się nie zakochiwał, że to zguba, że jakiś człowiek w trójkąty i kwadraty go ostrzegał, że otworzy się brama piekła. Ciągle też obsesyjnie gapił się na swoje dłonie jakby zwariował. To jednak Okruszka nie interesowało. Jemu inna część ciała nie pozwalała spokojnie zjeść posiłku. Miejsce między łydką a udem na zgięciu Ekierki Serdelki. Ten moment, kiedy to ujrzał, był czymś na kształt przełomu. Od tej chwili, kiedy to zobaczył, mógł uczciwie się przyznać przed samym sobą, że ją kocha, a przynajmniej, że ciągnie go do niej jakiś dziwny magnetyzm. Czym jednak miałby on być jak nie miłością? Nie poznał co prawda wcześniej tego uczucia, ale tak go opisywali starsi, więc to chyba to. Tak sobie bujał w obłokach, gdy ni z tego, ni z owego rozległ się donośny stukot do drzwi. To dosyć osobliwe, biorąc pod uwagę, że było nad ranem, a każdy mieszkaniec miał w mieście swój własny domek i zakłócanie nocnej ciszy wiązało się z rzeczą naprawdę nagłą. Czyżby ktoś z rodziny umarł? A może to Zaprząg kompletnie oszalał? Wygramolił się z łazienki do przedpokoju, w którym znajdowały się drzwi wejściowe. Nie były zamknięte na klucz, ale wolał nie otwierać ich na razie na oścież. Niezbyt się dobrze czuł po zwymiotowaniu i na pewno źle wyglądał:
– Co się dzieje?! – zakrzyknął przez drzwi – Któż mi niesie nieprzychylne wieści?!
– Bardzo przepraszam, że się naprzykrzam – rozległ się dziwny, ciepły, kojący wszelkie rany życia wiecznego głos. – Mam dla pana bardzo ważną wiadomość, a nie mam zbyt wiele czasu.

***

„Za co los mnie pokarał, że musiałem trafić na tą planetę śmierdzących obiboków?” – pomyślał Kalindungulu Tulugulululu. Na planecie Życie nikt nie musiał bowiem pracować w sensie przymusowo-zarobkowym i nie pracował. Nie było takiej potrzeby. Mieszkańcy realizowali się w swoich drobnych hobby albo zajmowali się nic nie robieniem, a wyrocznia kontrolowała tylko, aby niczego nie brakowało i nie następowały żadne tarcia czy też sprzeczności. Zresztą genetyczna budowa organizmu Życianina nie zawierała ośrodków odpowiedzialnych za jakąkolwiek konfliktowość czy to w mózgu czy w żadnych innych organach. Również narządy rodne nie produkowały znanych nam hormonów, które mogły prowadzić do agresji czy w ogóle złośliwości. Żadnego prztyczka w nos ani zemsty jakiejś. Stuprocentowy Życianin kompletnie tego nie czuł i nie znał. Zwyczaje tego rodzaju doprowadzały do szału urzędnika nibiriańskiego, który niejednokrotnie odwiedzając planetę oczywiście nieoficjalnie i bardzo z pozoru przypadkowo opluwał, kopał czy lżył autochtonów. Ci reagowali jednak kompletną obojętnością lub krótkotrwałym grymasem, co czyniło jeszcze bardziej rozsierdzonym przedstawiciela rasy Annunaki. Za każdym razem, kiedy musiał wejść w bezpośrednią interakcję z tubylcem czuł się najdelikatniej mówiąc nieswojo, a teraz musiał tak uczynić z miejscową samicą – bękartem o niezwykłych zdolnościach nibiriańskich o charakterze zjednywania. Oczywiście nie była ich świadoma i używała swoich zdolności bardzo nieudolnie, ale tego osobnika mógł Kalindungulu Tulugulululu zaakceptować oficjalnie jako bękarta z potencjałem. Problemem była dwójka pozostałych. Ten, z którym ostatnio próbował się skomunikować wydał mu się kompletnym idiotą. Totalny chaos. Może gdyby się uporządkował w myślach coś by z niego było, ale póki co zwierzę, zwykłe zwierzę. Ten drugi z kolei, ten, który zobaczył miejsce to na razie trudno powiedzieć właśnie ze względu na zbyt dużą na raz dawkę struktury świadomości, którą przyjął. Póki co reagował w sposób bardzo irracjonalny i potrzeba było czasu, żeby można było na trzeźwo ocenić jego postawę i możliwości. W każdym razie jakby wrócił z samicą, to jeszcze by mu łba nie urwali. Nie on pierwszy jako urzędnik ds. powrotów bękarckich zrobiłby takie uchybienie. Później albo odsyłano takich z powrotem, co generowało niepotrzebne koszty, albo jeśli bardzo nie chcieli wracać, przeznaczano na badania dla potrzeb naukowych nibirianskich uczelni. Stawali się królikami doświadczalnymi, które były z tego powodu najszczęśliwsze na świecie. Nigdy nie mógł zrozumieć, skąd w tych stworzeniach tyle głupoty. Gorzej sprawa by się miała jakby przywiózł dwóch zwierzaków i to jeszcze spokrewnionych. Tego nie można robić, jeśli chce się uchodzić za kompetentnego. Wtedy specjalna komisja, surowa ocena, degradacja, to najmniejsze stresy, jakie mogły go spotkać. Rozmyślał tak czekając w miejscowej kawiarni, w której obsługą były zwierzęta przypominające wiewiórki. Myślałeś „chcę wodę” i zwierzaczek ci ją przynosił. Parsknął. Różne dziwy widział we wszechświecie, ale to akurat go bawiło. Jednego takiego gryzonia zabrał nawet na Nibiru. Niestety w nowych warunkach stworzenie popadło w jakiś dziwny marazm i szybko zdechło.
– Dzień dobry Panu – obudził go z zadumy śliczny, melodyjny głos miejscowej samicy. – Ma pan bardzo ładny garnitur zupełnie niespotykany w naszych stronach. Pewnie mieszka pan za wulkanem. Tam moda dużo ciekawsza niż u nas na prowincji.
– Dzień dobry – odpowiedział Kalindungulu Tulugulululu świergolącym głosem miejscowego amanta. – Bardzo się cieszę, że zgodziła się pani ze mną usiąść. Napiję się pani czegoś?
Ekierka Serdelka wybuchła śmiechem, a po bardzo krótkiej chwili wiewiórka przytargała jej w specjalnym koszyczku na grzbiecie szklaneczkę różowawego miejscowego napoju zwanego syntezją. Dziewczyna przytuliła zwierzaczka, a gryzoń dziobnął ją delikatnie po policzku, na co Serdelka zareagowała rozkosznym wzdrygnięciem.
– Ale z pana dowcipniś – zachichotała. – To prawda, co o panu mówią, że pan artysta komik jesteś. Przepraszam może byśmy przeszli na ton nieoficjalny. W naszych stronach wszyscy mówimy sobie po imieniu. Ekierka jestem – zaproponowała Półżycianinka-półnibirianka.
– Charles Bronson – odpowiedział z pewnością siebie i dużą dawką energii Nibirianin. Zasłyszał tę nazwę kiedyś na studiach, gdy odwiedził trzecią planetę w galaktyce Mlecznej Drogi. Bardzo go to imię rozśmieszyło. Zresztą na Ziemi, bo tak nazywali swoją planetę tamtejsi mieszkańcy, było trochę lepiej niż tu. Co prawda pomimo wielkich odległości sama forma bytowa, sceneria, architektura, ubiór, te głupkowate nakrycia głowy, a nawet jęki, wynaturzenia czy zwierzęcy strach były niemal identyczne, ale tam tubylcy przynajmniej jakoś reagowali na bodźce. Można było ich w ramach obrony własnej unosić telepatycznie i obracać w wirze. Ile było śmiechu, gdy jeden z drugim wydalali z siebie w tym czasie przez swe ubrania różne płyny i substancje. Ile by dał, żeby przeżyć to znów. Oczywiście mógł przenieść się do tego świata raz jeszcze, ale sam nie byłby już tak beztroski jak wtedy. Bagaż doświadczeń zrobił swoje.
– Jesteś naprawdę śmieszny Charles – nie mogła wyjść z zachwytu nad nowym znajomym Ekierka Serdelka. – To taki pseudonim artystyczny prawda?
– To mój kosmiczny kamuflaż – odpowiedział tonem zawadiaki urzędnik.
W tej chwili powłócząc nogami zza rogu wyszedł Paluszek Okruszek, za nim jak jakiś cień i strażnik podążał Zaprząg Przeciąg.
– Cześć Okruszku i Przeciągu cześć!!! – zawołała z wielkim entuzjazmem dziewczyna.
Paluszek odmachał uśmiechając się od ucha do ucha. Ożywił się jakby dostał jakiegoś turbodoładowania. Zupełnie inaczej zareagował jego przyjaciel o powierzchowności Indianina. Z bardzo zatroskaną miną podszedł do stolika i przemówił do postaci w białym garniturze przyozdobionym w figury geometryczne:
– Dzień dobry Panu. Cieszę się, że postanowił pan zatrzymać postępującą korozję naszych dusz i spotkał się z naszą przyjaciółką.
Następnie odwracając się w kierunku Serdelki chwycił ją za ramiona tak jak wcześniej kilka dni wcześniej swojego towarzysza:
– Proszę! – zawołał z dalekim od rzeczywistości wzrokiem. – Przysięgnij, że nie pójdziesz z Paluszkiem Okruszkiem na żadną przechadzkę i nigdy więcej nie wymówisz do niego zdań wielokrotnie złożonych! Zrób to w imię naszej przyjaźni i dobroci, która w naszej krainie panuje od wieków!
Dziewczyna zmieszała się dość znacznie. Miała już przysiąc dla świętego spokoju targana przez dotychczas bardzo miłego jej sąsiada, gdy wtrącił się Kalindungulu Tulugulululu:
– Panie Zaprzęgu – rzekł spokojnym, lecz mocno pogardliwym tonem dyplomaty wojennego. – Proszę napić się wody. Przebiec dookoła studni i więcej tutaj już dzisiaj nie przychodzić.
Wszyscy obecni Życianie, którzy znajdowali się nieopodal i dotychczas zajęci byli swoimi sprawami nawet podczas „występu” Zaprzęga Przeciąga w jednej chwili odwrócili wzrok i skierowali go na Nibirianina.
– Ty tak grasz Charles prawda? – spytała z prawdziwym strachem w głosie, nie pojmując sytuacji i tego jak jedna osoba może być dwoma osobami Ekierka Serdelka. – To tylko taki aktorski występ?
– Zwierzęta – wycedził przez zęby Kalindungulu Tulugulululu. Wstał w majestacie, ostentacyjnie i wyniośle zapiął guziki w swoim garniturze, a następnie zniknął tak szybko jak się pojawił. A zawsze pojawiał się znikąd.

***

Nie był rad z postawy swojego przyjaciela. Indianin ciągle za nim łaził i zaglądał nawet do talerza. Zanim Paluszek założył buty, Zaprząg musiał sprawdzić podeszwy. Szafę przerzucał Okruszkowi co 2 godziny. W końcu Kowboj nie wytrzymał i przemówił do swojego przyjaciela:
– Proszę cię Zaprzęgu Przeciągu zaprzestań tego rodzaju praktyk. Potrzebuję intymności i samotności, a ty, choć wiem, że się o mnie martwisz i bardzo się cieszę, że jesteś, to czuję, że naruszasz moją prywatność. Chciałbym pobyć trochę sam.
– Och przyjacielu – odpowiedział Indianin. – Wiem, że moje zachowanie może być dla ciebie bardzo uciążliwe. Atoli robię to dla wyższego celu. Mogę jednak się zgodzić na to, abyś pobył tej nocy w swoim domu samotnie. Ja będę jednak stał na straży i ani mrugnę. Śpij spokojnie, nie będę hałasował.
Kowboj westchnął. Odechciewało mu się wszystkiego, coś dziwnego kazało mu mówić głosem donioślejszym o większym poziomie decybeli, ale nie rozumiał tego i bał się, jak mogłoby to zostać odebrane. Ciągle też myślał o spotkaniu z tym dziwnym człowiekiem w łachmanach z torbą listonoszką zarzuconą przez ramię. Obcy opowiadał w jakiś taki zaczarowany sposób, że nie jest się kimś jednym na zawsze, ale można być wieloma i widzieć dużo więcej, nie musząc się obracać czy nawet otwierać oczu. Jakby słyszał Wyrocznię. Pragnął Ekierki, ale tajemniczy jegomość powiedział mu rzecz, która go zamurowała:
– W pewnych okolicznościach przyrody i kontekstu fizykalno-duchowego w innym świecie, do którego należycie jest ona twoją siostrą. Aby dowiedzieć się więcej będziesz musiał z nią jednak współżyć. Musi zobaczyć twój przycisk rozpoznania i musicie się połączyć czymś ważnym w tym czasie.
– Jaki przycisk rozpoznania panie nieznajomy? – zadziwił się nieufnie Paluszek Okruszek.
– Tam na zgięciu na nóżce znajduje się jej i to już wiesz, a twój jest w trochę mniej wyszukanym miejscu – na bioderku – odpowiedział Listonosz z Gwiazd.
Nam Ziemianom mogłoby się wydawać to romantyczne, że biodro i łydka takie miejsca erotycznie silne, lecz niekoniecznie bezpośrednie znalazły tutaj swoje zastosowanie. Nie jest to jednak wcale takie magiczne jakby się mogło wydawać, a można by rzec, że nawet bezpośrednio wulgarne. Życianie-mężczyźni bowiem swoje narządy płciowe posiadają w okolicach prawej strony ziemiańskiej miednicy, czyli właśnie tam, gdzie wskazał nibiriański opozycjonista-telepata. Kobiety zaś po lewej. Stosunek płciowy wygląda tu w związku z tym jakby się dwa byty ocierały bokami. Tak czy owak po usłyszeniu wiadomości od nieznajomego z krainy baśni Paluszek Okruszek w każdej wolnej  chwili przyglądał się własnemu fallusowi, szukając, co też być mogło niezwykłego w nim bardzo. Teraz też tak robił, ale niczego się nie doszukał, więc znowu począł się martwić wariacjami Indianina. „Kiedy mu się w końcu znudzi?” – myślał, choć podskórnie wiedział, że jak się jego przyjaciel na coś uprze, to ciężko cokolwiek zrobić. Myślał tak i nie mógł zasnąć, a cienie na suficie tworzyły obrazy, których nigdy wcześniej nie widział. Nie były to barany, które codziennie zwykł liczyć przed zaśnięciem, a jakieś dziwne, gorące substancje niosące ból i zniszczenie. Bał się ich, ale ciekawiły go też wyjątkowo łapczywie. Jakby jakieś zwierzę chwyciło jego rękę w swoją paszczę. Byłby tak leżał to samego rana, gdyby w drzwiach nie ujrzał konturów jakiejś postaci:
– Drogi Zaprzęgu – przemówił zrezygnowany. – Obiecałeś dać spokój mojemu domowi tej nocy
– Ćśśś – odezwał się szeptem kobiecy głosik. – To ja Serdelka. Musiałam się z tobą rozmówić, więc wkradałam się do domu twego i siedziałam dzień cały w twojej piwnicy, aby właśnie teraz nocą do ciebie przyjść.
Kilka chwil temu oddałby wszystko wobec takich okoliczności. Teraz miał jednak wielki rozgardiasz w swojej głowie. Wszystko wydawało mu się inne w każdej kolejnej sekundzie.
– Słucham – powiedział, a ślina z jego ust poleciała na podłogę.
– Trzeba to wytrzeć – przejęła się Ekierka Serdelka.
– Zostaw proszę – odpowiedział Paluszek Okruszek. – Ślinię się na ciebie, a nie powinienem tego czynić jak pewnie wiesz, jeśli rozmawiałaś z panem Listonoszem z Gwiazd.
– Rozmawiałam – odparła dziewczyna – i właśnie dlatego tu jestem. Chcę się z tobą kochać, chcę poznać swoje korzenie.
Paluszek Okruszek wstał i ruszył niezgrabnie w kierunku swojej dotychczas platonicznej miłości. Po chwili jednak się zatrzymał, impulsywnie się odwrócił i pobiegł do łazienki. Najpierw zwymiotował, a potem się zmasturbował.
– Niestety – oznajmił oschle, gdy wrócił do swojego pokoju. – Dzisiaj nie jestem gotowy.
– Nie szkodzi – odpowiedziała Serdelka. – Wrócę jak będziesz.
Odprowadził ją do drzwi frontowych, pod którymi chrapał w najlepsze Indianin
– Do zobaczenia – powiedziała jakby nigdy nic.
Paluszek Okruszek nie odpowiedział, ale poczuł jakby kamień spadł mu z serca prosto na głowę.
– Co się dzieje? – przebudził się Przeciąg
– Chodź do środka – zaproponował Okruszek. – Niedługo przywiążą cię do drzewa i będą leczyć ziołami, jak będziesz się tak zachowywał.

***

Baltulu Zarego obudził się nagle w miejscu, do którego nie wie jak i kiedy trafił. Wszechogarniające światło sprawiało mu ból fizyczny, na który wszakże gotował się od dawna. Wiedział, że tak robią i już dawno przestał się bać. Trochę wzdrygał się na myśl o torturach, o których wiedział, że będzie musiał doświadczyć, ale przez dużą część życia, od momentu kiedy stracił rodzinę, się do nich przygotowywał. Robił to zresztą nie tylko dla siebie. Na Nibiru miał przyjaciela takiego od dzieciństwa, który tak jak on został sam z powodu tej całej absurdalnej eugenicznej polityki. Jego druh nie wytrzymał i skoczył w otchłań. On został i poprzysiągł, że dzieci przyjaciela dowiedzą się o swoim pochodzeniu. Do swoich dotrzeć nie mógł, jego postać była dla nich wypikselowana, a słowa które wypowiadał były tylko bolesnym świstem. Musiał więc skupić się na bękartach, które nie były z nim spokrewnione i naturalnym było dla niego, że powinien wybrać właśnie te. Pamiętał jak się rodzili, jak wzruszony upojony niezwykłym uczuciem świeżo upieczony ojciec wpadł z dobrą nowiną o narodzeniu wszystkich trojga. Jak przyszedł wtedy do ich sielankowego nibiriańskiego domu, w którym Baltulu Zarego sobie żył ze swoją prostą, wcale niewybijającą się niczym poza urodą i opiekuńczością żoną oraz dwójką dzieci jak grupa kosmicznych dziwactw pełnych nieskończonej miłości. Dookoła świat wyklinał takie rodziny jak jego i maszerował. Ktoś krzyczał złowróżbne hasła i wieszał transparenty wieszczące zagładę. Na niebie wznosił się dym i czuć był ulotność wszystkiego, co dotychczas zdawało się wiecznym udogodnieniem, ale wtedy się tym nie przejmował i kompletnie nie chciał o tym nawet pomyśleć. Był najszczęśliwszą istotą we wszechświecie. Dzieci przychodziły na świat zaraz po sobie. Nie były jednak w związku z tym jednakowe genetycznie jak na Ziemi, bo czas ciąży był naprawdę krótki. Jak pstryknięcie palcem. Tak to już było na Nibiru. On miał dwoje i nigdy ich już nie zobaczy. Nawet, jeśli jakiś z jego kompanów ze szkoły psychokinezy, kiedyś by je sprowadził z powrotem, to on nie mógł siedzieć i czekać. Nie taką miał strukturę, żeby więdnąć. Teraz zaś leżał unieruchomiony, oślepiony śmiertelnym światłem i od kilku sekund ogłuszany piskiem, który rozrywał najtrwalsze ciała w kosmosie. Umiał nad tym panować, wyłączać zmysły, zatrzymywać bodźce i je zapętlać. Taką miał zresztą wrodzoną zdolność, więc nawet nie musiał się w tym zakresie doszkalać medytacyjnie. Myślał tylko o swoich dzieciach, z którymi nie mógł się skomunikować i o dzieciach przyjaciela, z których dwójka już wszystko wiedziała. Nagle wszystko ucichło.
– No chłopie – odezwała się spokojnie, lecz emanując skrywaną paniką postać, której ze względu na światło nie mógł rozpoznać. – Niezłego bigosu nam narobiłeś
– Bigos to jadłem na talerzu jak mi leżał – odpowiedział impertynencko rymem, bo lubił się tak bawić słowem powstaniec-opozycjonista, a zdanie to w nibiriańskim języku rymowało się bardziej nawet niż w ziemskim.
– Możesz jeszcze wszystko odszczekać – powiedział swym kojącym głosem Kalindungulu Tulugulululu, bo to on się krył za złowieszczą postacią. – Możesz odszczekać albo lewitować w kosmosie i nigdy nie umrzeć. Mamy taki środek – wyciągnął tajemniczą kapsułkę – który pozwoli ci wiecznie żyć w unieruchomieniu nasz poczciwy terrorysto, bo, bądź co bądź jakbyście o sobie nie myśleli, nimi właśnie jesteście.
Baltulu Zarego zaśmiał się buńczucznie, po czym zniknął. To znaczy umarł, skoczył w otchłań, a jego fizyczność zmieniła się w rój czarnych motyli z żółtym okiem na skrzydełkach.
Naczelnik głęboko westchnął. Niby dokładnie obszukali jegomościa i znaleźli pięć samobójczych substancji w różnych miejscach jego ciała, ale ci gnoje, jak myślał o opozycjonistach Kalindungulu Tulugulululu, ciągle potrafili przynajmniej jedną ukryć. Jeszcze te motyle, których nienawidził od dzieciństwa. Zawsze wiedzieli, jak obrzydzić życie urzędnikowi, gdy ze sobą kończyli. „Co za śmierdzące, brudne istoty. Powinno się ich degradować do roli zwierząt i trzymać w klatkach. Dobrze, że tego śmiecia już nie ma, jeden problem z głowy” – myślał przedstawiciel rządu na prowincji, ale w głębi duszy coraz bardziej się niepokoił.

***

Paluszek Okruszek i Ekierka Serdelka siedzieli na łóżku trzymali się za ręce. Obok nich chrapał jak gdyby nigdy nic Zaprząg Przeciąg. Zaciągnęli go tu podstępem, odurzając senną substancją z ziół lokalnych i czekali na Człowieka Z Listonoszką. Tak się z nim umówili, że wszyscy troje zostaną przez niego przeprowadzeni. Ekierka dowiedziała się od tajemniczego przybysza, że braci ma dwóch, a nie jednego. W związku z tym sprawa się trochę skomplikowała. Właściwie oni dwoje z Okruszkiem mogli przejść poprzez wzajemny stosunek płciowy. Nie chcieli jednak zostawiać brata, który uparł się wszystko negować i według tajemniczego Nibirianina nie był do końca gotowy na przejście. Mieli się spotkać wszyscy i spróbować jeszcze biednego Zaprzęga uświadomić poprzez specjalny nibiriański rytuał. Wtedy miał zostać też ujawniony przycisk rozpoznania Zaprzęga.
– Miał już tu być dawno temu – wyszeptała skulona Ekierka Serdelka drżąc na całym ciele jakby przewodziła prąd.
Paluszek okruszek westchnął, a na twarzy pojawił mu się dziwny grymas. Krew zdawała się napłynąć mu do twarzy. Nagle chwycił krzesło i jak gdyby miało to być jego codzienną gimnastyką wybiegł poza pokój i rozbił je o balustradę schodów. Słychać też było niezrozumiałe krzyki oraz dźwięki kopania materialnych przedmiotów. Dziewczyna zakryła twarz w dłoniach i załkała, Indianin zaś przewrócił się na drugi bok i jak gdyby nigdy nic chrapał sobie dalej.
– Przepraszam – powiedział cały poszarpany Paluszek Okruszek, gdy wrócił do pomieszczenia. – Nie mogłem nad tym zapanować. Ciągle mi się to śni i boję się tego bardzo. Może to i lepiej, że nie będziemy parą.
– Chodź tutaj – wyciągnęła rękę Ekierka Serdelka. – Przytul się do mnie.
Kowboj ciągle jednak stał z nieobecnym wzrokiem i patrzył w ścianę jakby chciał przeniknąć bezkres oceanu. Dziewczyna podeszła więc delikatnie do niego.
– Rozmawiałam z tatą, gdy przycinał ogród – powiedziała obejmując brata. – Powiedział mi co nieco o naszej matce.
– Nie chcę tego słyszeć – odpowiedział cały purpurowy Paluszek Okruszek.
– Podobno nie wróciła z nami z Nibiru, a wcześniej była najpiękniejszą kobietą w naszym mieście – ciągnęła, mimo protestów, Ekierka Serdelka. – Nasi tutejsi ojcowie kochali się w niej jak szaleni, ale ona nie potrafiła usiedzieć w tym świecie i przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjechała najpierw za wulkan, a później jak się okazało na inną planetę. Dlatego przyjęli nas jakbyśmy byli częścią najpiękniejszego wspomnienia, jakie ich spotkało.
Po policzku Paluszka Okruszka popłynęła łza.
– Jesteś moją siostrą, ale też jesteś najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek poznałem – wyszeptał chłopak.
– O tym co się z nią stało wiedzą tylko te dranie jak Charles Bronson. Co to w ogóle za dziwne imię – nakręciła się piękność życiańsko-nibiriańska i po chwili jakby zorientowawszy się w sytuacji. – Wiem, że mnie kochasz nie do końca jak brat siostrę, ja ciebie też kocham i kochałam, ale trochę inaczej, nigdy nie byłeś mi obojętny. Zresztą tutaj nikt dla nikogo nie jest obojętny – uśmiechnęła się tajemniczo do siebie Ekierka Serdelka.
– Jak chcemy poznać prawdę nie mamy wyjścia… – rzekł oschle przez zęby Kowboj, a dziewczyna, całkowicie oddając się magii chwili, mocno chwyciła go za rękę i zaprowadziła do pokoju na parterze. Tam energicznie i namiętnie rozebrała siebie i swojego nibiriańskiego brata. Najpierw pocałowała Okruszka jakby świat się skończył, a potem, kiedy spojrzała na jego przyrodzenie, doznała nigdy wcześniej niedoświadczonej, błogiej ekstazy. Wszak odkryła przycisk rozpoznania swojego kosmicznego brata.
– O Wyrocznio – westchnęła Ekierka Serdelka.
Chłopak dotychczas wykonując wszystko z apatycznym posłuszeństwem, również spojrzał na przycisk rozpoznania swojej ukochanej i siostry w jednym, po czym jego penis naprężył się jak zaczarowany dzwon.
Kochali się, a cała struktura dotychczasowej materii ich świata zaczęła stopniowo znikać z każdym uniesieniem ich zatapiających się w sobie ciał. Nagle przestali widzieć cokolwiek, a jedynie wszechogarniające światło. Po chwili znaleźli się w dziwnym pomieszczeniu a przed nimi pojawił się poruszający się spiralny tunel, na którego końcu miała czekać na nich odpowiedź. Weszli zatapiając się w niewyobrażalnej gmatwaninie panoramicznie przedstawionych chwil ze swojego dotychczasowego życia. Było to kojące i oczyszczające. W jednej chwili wszystko zrozumieli, co jest ważne , a co nie. Trwało to i trwało, a przez ten czas ani przez moment nie przestawali tulić się do siebie. Nagle znaleźli się w cudownym, jasnym i czystym pomieszczeniu, siedząc osobno każde przed swoim monitorem. Mieli tu możliwość wszystkie wydarzenia swojego życia przewijać o odtwarzać od nowa. Przed nimi zaś za monitorami stała ubrana na biało postać kobieca i uśmiechała się do nich, promieniując uczuciem bezgranicznej akceptacji i ciepła.
– Witajcie w przedsionku nibiriańskim, w naszej miłej i skromnej strefie buforowo-bezcłowej – przemówiła z lekkim dowcipem kobieta-anioł, ciągle się uśmiechając – Obserwowałam was od dawna i tak jak w przypadku każdego, który tu trafia przysięgam, że trzymałam kciuki za wasze szczęście.
Paluszek Okruszek i Ekierka Serdelka siedzieli jak wryci. Z jednej strony byli zachwyceni całą otaczającą ich aurą, z drugiej tkwiła w nich jakaś wyrwa, pytanie, które nie pozwało im zrobić kroku naprzód.
– Już dziś będziecie mogli dostąpić zaszczytu zostania obywatelami Nibiru, czyli Annunaki – kontynuowała niebiańska, dobrotliwa postać a dookoła rozległy się oszałamiające fanfary, które trwały dobre kilka chwil. – Przykro mi, że wasz brat nie mógł dostąpić z wami tego zaszczytu, ale biorąc pod uwagę jego poziom rozwoju naprawdę przysięgam wam, że będzie szczęśliwszy na planecie Życie – dokończyła, gdy ustały oklaski.
– Co się stało z naszą matką i ojcem? – zapytała nieśmiało, cała drżąc Ekierka Serdelka.
– Spodziewałam się tego pytania, choć przyznam, ze raczej już na planecie Nibiru podczas okresu zapoznawczego. To bardzo skomplikowana historia i wszyscy żałujemy, że się tak skończyła jak się skończyła. Chcieliśmy to rozwiązać jak najbardziej humanitarnie, ale niestety oni wybrali zupełnie inaczej – przekonywała Nibirianka-przewodnik, a po chwili na monitorach znajdujących się przed oczami naszych bohaterów pojawiła się historia śmierci ich prawdziwych rodziców. Były to jednak scenki całkowicie pozbawione jakiegokolwiek kontekstu. Śmierć matki przedstawiona została jako katapultowanie czy też wystrzelenie się w kosmos kobiety podczas lotu rakietą kosmiczną, gdy obok niej w specjalnych kapsułach leciało troje bardzo małych dzieci. Ojciec zaś umarł zupełnie bez żadnego sensu. W jednej sekundzie sobie siedział, a w drugiej nagle zniknął, zostawiając za sobą gumową piłkę, która odbijała się od ściany, biurka i krzesła tworzących wyposażenie pomieszczenia.
– Rozumiem, że po obejrzeniu tego materiału możecie być wzburzeni, więc waszą ostateczną decyzję o transformacji nibiriańskiej podejmiecie po dostąpieniu zaszczytu nibiriańskiego snu energetycznego.
Ekierka Serdelka i Paluszek Okruszek popatrzyli po sobie.
– Bardzo przepraszam – odezwał się purpurowy na twarzy Kowboj. – Nie potrafię wyrazić tego, co w tej chwili czuję. Przez całe moje dzieciństwo na planecie Życie nigdy tego czuć nie musiałem, nikt nie dawał mi powodu. Jeśli coś takiego się pojawiało w moim umyśle, to nocą podczas snu. Teraz jednak wiem, że nie chcę dostępować żadnego zaszczytu. Nie czuję żadnej rozkoszy z tych pozornie słodkich i kojących chwil, które mi państwo tu zaserwowaliście.
– Nie przejdziemy nigdzie bez brata – dodała stanowczo Ekierka.
– Jeszcze raz powtarzam, że rozumiem waszą emocjonalną perspektywę, ale skoro już tu jesteście, musicie podjąć decyzję racjonalnie – odpowiedziała niezmiennie swym dobrym i pełnym zrozumienia tonem postać kobiety-przewodnika. Po chwili nasi bohaterowie znieruchomieli, a ich świadomość urwała się nagle jakby dostali obuchem w głowę.

***

Niezwykłe rozczarowanie nawiedziło Zaprzęga Przeciąga po przebudzeniu. Nabrawszy pewności, że stał się ofiarą spisku swoich przyjaciół niepomnych na jego ostrzeżenia, poczuł prawdziwą samotność i zaprawdę powiadam wam, że nie wiedział, co począć. Najpierw poszedł do domu rodzinnego, gdzie jego rodzice jak gdyby nigdy nic oddawali się codziennym czynnościom kulinarnym oraz rzemieślniczym. Sam już nie wiedział, co myśleć. Według słów tajemniczego jegomościa ubranego w trójkąty i kwadraty po połączeniu się Ekierki Serdelki i Paluszka Okruszka miało nastąpić coś jakby początek końca świata. Miała zmienić się pogoda, a ciemność pokryć przestrzeń wszelką. Zwierzęta i rośliny miały sczernieć, a na domiar złego wszystko wszystkim miało przestać się udawać. Tu jednak nic takiego się nie miało miejsca. Czy aby na pewno rozsądnie postąpił ufając tajemniczemu przybyszowi, który tak głęboko zawładnął jego umysłem? Indianin co prawda nigdy specjalnie nie uważał się za osobę lotną, ale też uwłaczało mu traktowanie go jak pospolitego głupka i naiwniaka. Pobiegł zatem do Drzewa Życia. Tylko tam mógł uzyskać odpowiedź. Stukał i pukał w korę, naginał gałęzie, kopał korzenie, lecz nic mu nie odpowiadało. Chciał odnaleźć kogoś, kto wskaże mu drogę pośród tego wszystkiego, co niby znał od zawsze, ale nigdy nie czuł jakby było jego. Zawsze miał przeświadczenie, że jest skądinąd. Miejscowi nigdy nie potrafili mu wyjaśnić coś wyczerpująco, a on wciąż i wciąż łaknął tej wiedzy ponad. Zrezygnowany przykucnął. Wtedy zobaczył jego – Charlesa Bronsona we własnej osobie, postać, którą w ostatnim czasie naprawdę podziwiał i zupełnie jej uwierzył, z którą wiązał nadzieje, że wreszcie doprowadzi go do tego, czego od zawsze mu brakowało. Naczelnik podążał ulicami życiańskiej miejscowości z wyraźnym wyrazem zniesmaczenia i zaniepokojenia.
– Szanownie szacowny panie proroku-mesjaszu-mistrzu-wizjonerze!!! – zawołał w kierunku Kalindungulu Tulugulululu nasz poczciwy Indianin ze swoim osobliwym chaotycznym sposobem artykulacji.
Urzędnik zatrzymał się i w jednej chwili jego twarz przybrała dobrotliwy wyraz ojcowskiej miłości, która zawsze sprzyja, wierzy i poda pomocną dłoń.
– Och Zaprząg Przeciąg, wielki człowiek tutejszej krainy. To dla mnie zaszczyt spotkać takiego kogoś podczas porannego spaceru – wygłosił taką przemową Annunaki.
– Panie Bronson – przemówił nie mogąc złapać do końca tchu Przeciąg. – Nie mogę odnaleźć moich przyjaciół. Obawiam się najgorszego.
– Nie lękaj się przyjacielu – rozwarł ramiona w geście otwartości naczelnik. – Morska bryza ochroni nas przed pychą i nieodpowiedzialnością.
Zaprząg Przeciąg stał i gapił się w swoje guru ostatniego czasu z niedowierzaniem. To nie mogła być prawda. Jeszcze kilka dni temu usłyszał od niego, że wszystko się skończy, że nie może do niczego dopuścić, że nie może się patrzeć na ich ciała i że ma nosić rękawiczki, gdy upał na dworze, by zakrywać wnętrze swoich dłoni, na które i tak nikt nie patrzył. Teraz zaś tak po prostu morska bryza i nic się nie stało?
– Przepraszam bardzo Charles, bo chyba tak mogę cię nazywać. Jesteśmy przecież bliskimi sobie znajomymi, prawda? – wypowiedział się Zaprząg.
Kalindungulu Tulugulululu spojrzał z cynicznym uśmieszkiem na Indianina, lecz nic nie odpowiedział. Kontynuował więc dalej swą wypowiedź Zaprząg Przeciąg:
– Otóż mam nieodparte wrażenie, że zatajasz coś przede mną Bronson. Nie wiem czy sobie żartujesz, czy grasz w jakimś wielkomiejskim reality show albo przedstawieniu teatralnym, czy po prostu konfabulujesz. Być może jesteś chory na mitomanię pospolitą. Nie wiem tego. Natomiast myślę, a nawet jestem pewny, że nie mówisz mi prawdy i jesteś mniej lub bardziej bezpośrednio powiązany ze zniknięciem moich przyjaciół.
Naczelnik dalej milcząco patrzył swą pokerową twarzą w oblicze życiańskiego ekstrawertyka, który nie wytrzymując tego napięcia i ignorancji chwycił jak to miał w zwyczaju za oba ramiona swojego rozmówcę i ze łzami w oczach zawołał:
– Gdzie oni są?!
Urzędnik nie zastanawiał się ani chwili. Wreszcie miał możliwość, żeby dać upust swoim sadystycznym skłonnościom, więc to zrobił. Uniósł siłą woli Zaprzęga Przeciąga w powietrze i przygwoździł go całą mocą do wzniesionej ponad ich głowami kamiennej ściany.
– Jesteście naprawdę zabawni – wycedził cicho pogardliwym tonem Kalindungulu Tulugulululu, a następnie patatecznie zakrzyknął jakby wszystkie okoliczne przedmioty ożywione i nieożywione miały uszy. – Będziesz tu sobie wisiał aż nie okiełznasz swojej agresji!!!
– Puść go!!! – niespodziewanie rozległ się głos w oddali. To Paluszek Okruszek unosząc ognistą kulę wypowiedział wyzwanie oponentowi, który zniewolił jego przyjaciela i brata.
Następnego dnia po tym, gdy zamknięto w celu snu energetycznego naszych ukochanych, romantycznych bohaterów, nic się nie zmieniło w ich postawie i woli. Rzucili wszystko w diabły, cała przygodę, powrót do ziemi obiecanej. Zobaczyli z ekranu jak wygląda złota kraina Nibiru, jak cudowne pojazdy i urządzenia można na niej spotkać, jak ludzie tam robią niezwykłe rzeczy, jakie każdy z mieszkańców ma niepowtarzalne zdolności i ostatecznie stwierdzili, że to nie dla nich. Na pewno nie byli gotowi ponosić takiego kosztu, żeby wszystko zostawiać i robić z siebie nie wiadomo kogo bez ukochanego brata Zaprzęga Przeciąga. Dostali co prawda do połknięcia tabletki zapomnienia, ale nie zrobili tego. Nikt zresztą wnikliwie tego nie kontrolował, żeby to sprawdzić. Mieli  wrażenie, że wszyscy, których spotkali w przedsionku Nibiru, w jakiś niewypowiedziany sposób sprzyjali im i rozumieli ich ból. Kapsułki spłonęły więc z ognia palców Paluszka Okruszka. Taką miał moc – sianie pożogi i spustoszenia. A właściwie panowanie nad ogniem to była jego specjalna umiejętność. Wcale go ten dar nie zachwycał, ale poprzysiągł korzystać z niego dla dobrych celów. Bądź co bądź, po wizycie w przedsionku oboje postanowili, że będą czynić tylko dobro i przekazywać innym miłość. Niemniej deklaracje deklaracjami, a tak się złożyło, że w tym momencie Paluszek Okruszek stał naprzeciw osobistości annunackiej i cel wytworzonej przez niego ognistej kuli był wyraźnie konfrontacyjno-wojenny.
– Paluszku nie rób tego!!! – zawołała wyłaniająca się zza zakrętu Serdelka, lecz ten już skierował swą broń w agresora, który jednak zwinnym ruchem uniknął uderzenia i ogień trafił w Drzewo Życia. Niechybnie wszystko skończyłoby się tragedią i święty Baobab by spłonął, gdyby nie szybka interwencja siły wyższej.
Nagle  bowiem  czas się zatrzymał. Wszystko, co materialne znieruchomiało, a z drzewa wyszła bardzo mała postać wyglądająca jak hybryda Mistrza Yody i Tołdiego z bajki o Gumisiach.
– Bardzo państwa uprzejmie przepraszam – zaczęło swą przemowę tajemnicze stworzenie swym skrzeczącym głosikiem. – Co tu się za przeproszeniem wyrabia? Obserwuję to wszystko w ostatnim czasie i zupełnie nie wiem, kto tu jest największym kretynem. Moi drodzy – zwrócił się do trójki rodzeństwa, którzy w jednej chwili odzyskali świadomość i swobodę ruchów (Indianin został ściągnięty na poziom gruntu z gracją i delikatnością) – szybciutko tu jest gaśnica, wiadra z wodą – wskazał na przedmioty, które pojawiły się znikąd stworek telepata. – Proszę mi to ugasić zanim czas wróci na swe tory i ogień zajmie całość.
Indianin, Kowboj i Serdelka posłusznie ugasili zastygnięty w czasie pożar i stanęli w rządku jak uczniowie na dywaniku dyrektora szkoły.
– Stworzyłem wam naprawdę wygodną krainę bez żadnych niepotrzebnych trosk – rozpoczął połajankę Mistrz Yoda Tołdi, uderzając jednocześnie drewnianą linijką jedną dłonią o dłoń drugą nie zajętą żadnym innym przedmiotem. – Dlaczego nie potraficie, więc, do jasnej cholery, w tych swoich ptasich móżdżkach zachować choćby odrobiny szacunku do Świętego Drzewa?
– Bo Panie Wyrocznia – zaczęła niemal płacząc Ekierka Serdelka. – To wszystko przez tą całą historię z tym naszymi rodzicami.
– To żadne wytłumaczenie – odpowiedział surowo Przywódca Duchowy Planety Życie i zwrócił się do Indianina. – Czemu kopiesz korzenie i sprawiasz ból gałęziom drzewa?
– Bo ja….., bo ja….., niechcący – wydukał resztką tchu Zaprząg Przeciąg.
– Brak słów. A z tobą… – dostojny skrzat zwrócił się teraz do Paluszka Okruszka. – …to ja inaczej porozmawiam w gorącej wodzie kąpany pół-Annunaki. Od teraz twój ogień będzie tylko iskierką do rozpalania ognisk. – pstryknął Yoda czarodziejsko i od tej pory z palców Kowboja mógł wytworzyć się jedynie mały płomyk.
– Dobrze o wielki – zgodził posłusznie się z tymi czarami Kowboj trzymający głowę spuszczona najniżej ze wszystkich trojga. Wszak miał ciągle wyrzuty sumienia z powodu przemocy, której się dopuścił.
– Nie wiem, co bym z wami zrobił, gdyby nie to, że z Nibiru przysłali mi tu prawdziwego cymbała – kontynuował wątek mieszkaniec Świętego Drzewa, spoglądając na unieruchomionego Kalindungulu Tulugulululu. – Niestety musimy poczekać, żeby kogoś przysłali stamtąd, bo tak nakazuje protokół dyplomatyczny, że to oni muszą go odwołać, więc sobie jeszcze porozmawiamy – ponownie uderzył linijką tym razem z całej siły o swoje udo Tołdi Yoda przechodząc około 30 cm od naszych bohaterów. Wszyscy troje wzdrygnęli się na dźwięk tego trzasku i jeszcze bardziej podkulili ogony.
– Będzie tak – rzekł po dłuższej chwili milczenia przedstawiciel duchowej władzy planety Życie zwracając się do Paluszka Okruszka i Ekierki Serdelki. – Wy dwoje nie chcieliście być Annunaki, to będziecie tutaj sprawować pieczę nad porządkiem życia społecznego, kulturalnego i rodzinnego. Niestety z racji tego, że jesteście rodzeństwem, to wasze fiku miku musi pozostać nieformalne i oficjalnie nie będziecie mogli się ze sobą związać. Znacie jednak zasady, można tu, wierzcie mi, więcej niż gdzieś indziej we wszechświecie. Pamiętajcie jednak, że nie jesteście zwykłymi życiańskimi niewiniątkami.
Na Życiu ludzie choć byli w różnych związkach, to często wzajemnie wymieniali się partnerami w zależności od preferencji i w danej chwili seksualnej potrzeby. Tak to już było, z kimś się chętniej chodziło na spacery, z kimś innym jadło posiłki, a z kimś innym oddawało uniesieniu miłosnemu. Wszystko musiało oczywiście się odbywać za obopólną zgodą. Dlatego też tak jak na początku opowieści niekiedy jedna strona cierpiała z powodu braku zainteresowania drugiej. Oczywiście większość mieszkańców miało swoich głównych partnerów, z którymi zawiązywali małżeństwa i mieli potomstwo (przynajmniej wspólnie wychowywane), ale nikt się nie obrażał o skok w bok. Nie znano przecież zazdrości, gniewu ani żądnego krwi rewanżyzmu. Nie istniało to oczywiście, jeśli nie było się bękartem i nie miało się takich emocji w genach.
– Dobrze Wyrocznio!!! – zawołali, pomimo tych przeciwności zgodnie Kowboj i Ekierka, gdyż ciągle pragnęli być tymi, co będą nieść dobro i miłość innym.
– Druga sprawa, nasz poczciwy Zaprząg Przeciąg – zwrócił się teraz kierunku Indianina Mistrz Yoda Tołdi głęboko wzdychając. – Z tobą wiążę dużo większe nadzieje. Chciałbym, żebyś odbył staż w drzewie i został naszym dyplomatą w kosmosie. Dlatego jutro wraz z pierwszym odgłosem kwiczenia świniaka przyjdziesz do mnie i rozpoczniesz naukę.
Indianin strapiony spoglądał na swoje buty i sprawiał wrażenie niespecjalnie zadowolonego z nowych obowiązków. Nic jednak nie mówił.
– Nic się nie bój – uspokoił stworek duszpasterz. – Nie będziesz sam ze mną starym. Będzie ci towarzyszył ktoś jeszcze, ale o tym za moment, gdyż właśnie mamy gości z planety Nibiru.
Nastąpiło coś na kształt flesza, jakby błysku błyskawicy oślepiającej na ułamek sekundy wszystkich dookoła. Usłyszeć też można było dźwięk spięcia prądu. Tak właśnie brzmiał i wyglądał teleport, za pomocą którego na Życiu pojawili się prawdziwie dostojni przedstawiciele Annunaki wraz z grupą ochroniarzy.
– Witam szacownych dostojników- gości z planety Nibiru – zakrzyknął Mistrz Yoda Tołdi.
– Przybyliśmy najszybciej jak mogliśmy – odpowiedział wyraźnie wyróżniający się postawą i emanującą energią najważniejszy z oficjeli. – Żałujemy, że jeden z naszych obywateli pohańbił się złamaniem waszych obyczajów i protokołu dyplomatycznego drogi Portku Wywiertku – tak naprawdę nazywał się Mistrz Yoda Tołdi.
– Proszę nie przepraszać, a po prostu go stąd zabrać – rzekł grzecznym, lecz surowym tonem gospodarz, po czym ożywił Kalindungulu Tulugulululu.
Wysoki rangą przedstawiciel planety Nibiru podszedł do oszołomionego nowym obrotem sytuacji dotychczasowego Naczelnika ds. Kontroli Przepływów Bękarckich na planecie Życie i przemówił w następujących słowach:
– Dostojny Kalindungulu Tulugulululu w związku ze złamaniem protokołu oraz obyczajów tubylczej społeczności planety Życie odwołuję cię ze stanowiska, które pełniłeś dotychczas we wspomnianym powyżej miejscu w kosmosie.
Urzędnik-sadysta padł na kolana, zajęknął i zalewając się łzami histerycznie zawołał nieznane nibiriańskie zaklęcie, a następnie zniknął zamieniając się w rodzinę nietoperzy.
– Hurra!!! – ucieszyła się trójka naszych bohaterów podskakując radośnie do góry.
– W ramach przeprosin pragniemy każdemu mieszkańcowi planety Życie umożliwić jednorazową wycieczkę turystyczną na planetę Nibiru – ogłosił z uśmiechem arcyważny Nibirianin. – Perspektywicznej młodzieży życiańskiej dajemy zaś możliwość stypendium na naszym prestiżowym Międzygalaktycznym Uniwersytecie.
Nasi bohaterowie zaczęli wzajemnie się całować i obejmować. Ekierka Serdelka zaklaskała w dłonie. Tylko Mistrz Yoda Tołdi zachował nieufny spokój:
– Dziękujemy. Jesteśmy otwarci na współpracę i zawsze chętnie udostępnimy wszelkie dokumenty na temat danych ekologiczno-demograficznych naszej planety – odparł. – Chętnie skorzystamy też z waszych wysokorozwiniętych propozycji, ale najpierw musimy uporządkować swoje sprawy na naszej planecie.
Po tym oficjalnym wystąpieniu wszyscy udali się na wspólny posiłek, gdzie podpisano kilka bardzo ważnych kosmicznych dokumentów ustalających ramy i reguły przyszłej współpracy obu planet. Po zjedzeniu uroczystego obiadu i wymianie podarków goście z Nibiru powrócili na swoją planetę, a przed odlotem Portek Wywiertek otrzymał jeszcze obietnicę, że kolejny urzędnik Annunaki oddelegowany na planetę Życie będzie się cechował większymi kompetencjami duchowo-empatycznymi niż Kalindungulu Tulugulululu.
Po odlocie gości nasi bohaterowie wraz z licznymi zaciekawionymi tą niezwykłą wizytą z gwiazd mieszkańcami miasta wzięli się do sprzątania całego rozgardiaszu, który niepotrzebnie z całej sytuacji wyniknął. Wszyscy jak zwykle się do siebie uśmiechali i życzyli sobie jak najlepiej. Najważniejsze jednak z tego wszystkiego było to, że rodzeństwo znowu było razem. Wybrzmiała też najnowsza wyrocznia: „Musisz odnaleźć nadzieję i nie ważne, że nazwą ciebie głupcem”. Wówczas nabrałem pewności, że Mistrz Yoda Tołdi musiał być kiedyś na Ziemi, a ściśle w jej centrum – Polsce.

***

Tak mogłaby się skończyć ta historia, ale wtedy po tych wszystkich wydarzeniach stało się coś, co na zawsze odmieniło moje życie. Dotychczas myślałem bowiem, że jestem tylko obserwatorem, prorokiem z krainy snów i nikt mnie nie widzi w tej opowieści. Bardzo się myliłem, bo nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazłem się pośród tych wspaniałych istot, które do tej pory wydawały mi się zwykła marą senną i wytworem mojej chorej wyobraźni. Nie powiem, że w tej sytuacji nie czułem zakłopotania. Byłem zagubiony jak diabli i bałem się jak cholera.
– To będzie twój kompan Zaprzęgu Przeciągu – powiedział do Indianina w pierwszym dniu jego i jak się okazało mojego stażu Portek Wywiertek wskazując na mocno w tej dziwnej krainie zagubionego mnie. – Zaczniecie od uporządkowania mojej skromnej biblioteki. – Książek było chyba z 13 pięter, a ja nie potrafiłem się ruszyć ze strachu. Spodnie miałem obsikane i bardzo się tego wstydziłem, ale Zaprząg Przeciąg ani żaden z mieszkańców nie okazali mi z tego powodu żadnej przykrości. Indianin dał mi po prostu nowe ubranie i nigdy więcej nie wracaliśmy do tematu.
Tak zaczęła się moja przygoda na planecie Życie. Przysięgam wam, że było mi naprawdę ciężko tak zostawić mój dotychczasowy dom na Ziemi. Zupełnie nie rozumiałem jak mogłem trafić do świata, który sądziłem, że jest tylko moją imaginacją. Tęskniłem i tęsknie wciąż za bliskimi – rodziną, przyjaciółmi, wszystkimi, których nie zdążyłem pokochać z wzajemnością na mojej rodzimej planecie. Niemniej nie żałuje mojej niezaplanowanej emigracji. Tym bardziej, że od razu zostałem tu przyjęty jak swój: poznałem nowych, oddanych mi przyjaciół i dostałem ciekawą pracę, którą od samego początku aż do dziś wykonuję chętnie i z zapałem. Nie wiem co prawda, czemu ani w opisanej wyżej chwili ani nigdy więcej mój bezpośredni przełożony Mistrz Yoda Tołdi, jak go zwę, czy też Portek Wywiertek, jak nazywa się naprawdę, nie zwrócił się do mnie bezpośrednio. Zawsze  odbywa się to za pośrednictwem jakiegoś Życianina – czy to mojego ukochanego Zaprzęga Przeciąga czy innych niezwykłych mieszkańców tej planety. Nie przejmuję się tym jednak za bardzo, bo jestem tu szczęśliwy. Pokochałem tutejszy świat: miejscowe obyczaje, duchowość, fantastyczne i śliczne kobiety, z którymi przeżyłem niejednokrotnie niezapomnianą rozkosz i od których nabyłem nieznaną mi dotąd wiedzę duchowo-społeczną oraz pełnych odwagi i dostojeństwa mężczyzn, których wciąż pragnę naśladować. W przyszłym roku mam udać się na moją pierwszą dyplomatyczną wyprawę na planetę Nibiru, gdzie być może dowiem się jak odwiedzić Ziemię. Nie chcę jednak wracać na stałe i mogę rzec z pełną świadomością i odpowiedzialnością, że w głębokim poważaniu mam już  swoją planetę  urodzenia. Zaprawdę nic mnie już ona nie obchodzi: jej zanieczyszczenie, polityczne niewole i wojny o zasoby czy sztucznych bogów. Tęsknię jedynie bardzo za wami. Mam nadzieję, że dostaniecie do swych rąk tę opowieść, którą zresztą zacząłem pisać jeszcze na Błękitnej Planecie. Nie martwcie się o mnie. Naprawdę nie trzeba. Wierzę , że niedługo się spotkamy.

Oddalała się wielka nawałnica, która nawiedziła okolicę. Żywioł pozrywał dachy i linie energetyczne. Nie oszczędził też najnowszych samochodów, autobusów i rowerów, a nawet taczek i tirów wyglądających jak martwe wieloryby. W telewizji mogliby mówić, gdyby była tu jakaś telewizja, że zginęło od kilkudziesięciu do nawet kilkuset osób. Nic niezostało jednak wyjaśnione. Po prostu pioruny jakby się uparły na to małe miasto, w którym w ostatnich latach tak wszystko ładnie wyremontowali.
– Paznokcie mam brudne – powiedział Janek do Stefana otrzepując się po wyjściu ze starego rozpadającego się budynku, w którym schronili się mężczyźni.
– Myślisz, że znowu będę musiał myć auto? – zapytał Stefan
– Na pewno.
Zamilkli. Dopiero teraz dotarło do nich, że coś się stało, że cały porządek, którym żyli mógł się nagle przewrócić i stanąć na głowie. Żaden z nich nie chciał jednak przyznać tego głośno. Wewnątrz czuli, że coś się wydarzyło, ale nie chcieli okazać słabości. Nigdy jej nie okazywali. To byli prawdziwi mężczyźni. Za takich się uważali. Zresztą pracowali razem i nie wypadało.
– Ta pogoda wariuje – odezwał się po chwili milczenia Stefan
– A daj spokój – kontynuował farsę Janek – raz ciepło raz zimno. Nic się nie chce.
Minęli wywróconą cysternę. W oddali słychać było pulsujące sygnały jakby różnych służb. Janek zakrył uszy dłońmi.
– Co robisz? – zdziwił się Stefan
– Nie mogę słuchać wysokich dźwięków.
– Moja też tak ma i boi się burzy
– No
Znowu zamilkli i szli dalej. Zbliżała się noc a w żadnym oknie nie paliło się światło. Nawet świeczka. Miasto jakby umarło.
– Chyba jakaś awaria – przerwał krępującą ciszę tym razem Janek
– W tym kraju jakby nie było awarii to by było święto
– Człowieku. Komuna. Siedzą na tyłkach, a jak są potrzebni, to ich nie ma
Znowu rozmowa skończyła się tak jak się zaczęła. Mężczyźni właściwie się nie lubili. Pracowali razem, ale jak to czasami w pracy bywa różniło ich wszystko: temperament, osobowość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Janek miał nadzieję, że Stefan wyleci po ostatniej kłótni z szefem, ale jakoś się upiekło. Teraz spotkali się przez przypadek. Jeden był u klienta, drugi zostawił samochód w okolicznym warsztacie. Czasami los płata takiego figla, że rzuca w jakieś absurdalne zamknięte miejsce dwie osoby. Wiadomo, chciałoby się, żeby wynikła z tego wielka miłość albo przynajmniej przygoda, ale tej sytuacji towarzyszyło tylko zmieszanie i chęć ucieczki. Nie było jednak, gdzie się rozpłynąć. Jeszcze do tego autobusy nie jeździły. Zupełna pustka jak na westernach przed strzelaniną. Robiło się coraz bardziej dziwnie.
– Słuchaj, gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytał Janek – zupełnie się pogubiłem
– Też trochę nie wiem. Może w złą stronę poszliśmy – odpowiedział Stefan
– Nie wyszliśmy z miasta?
– Nie, na pewno nie. Kojarzę te bloki
– A w nich ktoś mieszka w ogóle?
– To wejdźmy – zaproponował Stefan – Przekonamy się
Zardzewiałe blaszane drzwi zaskrzypiały. Czuć było tynk. Chyba nie tak dawno położyli.
– Halo! – zawołał Stefan, ale odpowiedziało mu tylko echo.
– Chyba nikogo nie ma. – rzekł drżącym głosem Janek. Było zupełnie ciemno. Do tego Stefan zaczął iść szybciej i szybciej. Właściwie biegł. W tym mroku zupełnie nie było wiadomo, gdzie jest.
– Jesteśmy uratowani! – krzyknął gdzieś z góry a Janek przewrócił się o schody i w związku z tym poobijany musiał dotrzeć do swojego kompana. Przed oczami obu mężczyzn pojawił się nakryty uroczyście stół oraz dwa zasłane łóżka w perskie wzory. Pomieszczenie było też oświetlone tajemnicym światłem jakby z innego wymiaru.
– Odpoczniemy sobie. – powiedział bezmyślnie Stefan i rzucił się na łóżko jak futbolista amerykański.
– Nie uważasz, że to trochę dziwne? – zapytał bojaźliwie Janek, ale jego towarzysz chrapał już w najlepsze. Janek usiadł więc przy stole. W głowie mu wirowało. Po dłuższej chwili zorientował się, że je, wkłada do buzi kolejne przysmaki ze stołu. Były całkiem dobre.
– Dzień dobry. – Janek usłyszał zza pleców basowy głos. – Dawno nikogo u mnie nie było. – kontynuował człowiek z cienia, a właściwie nie wiadomo skąd, bo nasz bohater się nie odwracał i zamknął do tego oczy ostentacyjnie. „Za nic ich nie otworzę” powtarzał sobie w duchu.
– Halo!!! Jest pan tam?! – zawołała tajemnicza postać.
Janek powoli podniósł głowę.
– Dobry wieczór – rzekł jakby nigdy nic strachliwy chłopaczyna. – Przechodziliśmy, na dworze taki ziąb, więc weszliśmy.
– Proszę się nie tłumaczyć. Bardzo się cieszę, że Panowie wpadli. – uprzejmie odpowiedział gość, a raczej gospodarz lokalu.
– Jestem Jan Siodło – przedstawił się Janek po chwili zastanowienia. – Mój kolega się trochę zmęczył – dodał po chwili.
Tajemniczy mężczyzna wstał, na paluszkach podszedł do Stefana, spod łóżka wyciągnął wielką zakurzoną księgę i zaczął ją misternie wertować.
– Lubi pan czytać?- zapytał Janek, prawdopodobnie z jakiegoś takiego tępego zakłopotania. – Ja piszę czasami. Z moją żoną pisaliśmy do siebie listy.
Gospodarz podniósł dłoń z wyraźnie przydługimi paznokciami i kiedy Jankowi wydawało się, że zaraz podmuch wiatru poniesie go jak mały liść, usłyszał znajomy dźwięk swojego głupiego, lokalnego radia.
– Niestety będzie słońce, więc uzbrójmy się w cierpliwość, a niedługo spadnie deszcz i kwiaty w naszych ogrodach znowu zakwitną – wypowiedział się aksamitny głos z pudełka.
– Nie lubię złej muzyki. Zdecydowanie bardziej niż złą muzykę, wolę dobrą nutę. Tak żeby było czuć – przedstawił swoje poglądy gospodarz z pazurami.
Janek zamruczał i pokiwał potakująco głową, ale nie potrafił w żaden sposób skomentować słów człowieka, z którym los go w tej chwili, nie wiadomo dlaczego, złączył. Ten natomiast wstał, znowu podszedł do śpiącego Stefana, wyciągnął z kieszeni gumkę recepturkę i zaczepił mężczyźnie dwa jej końce na uszach.
– Ale się zdziwi jak się obudzi – powiedział parskając szeptem dowcipniś
Janek znowu zamruczał i westchnął, a raczej wydał z siebie charknięcie zakłopotania.
– Wie pan co się stało? – zapytał w końcu – Chciałbym wrócić do domu.
Gospodarz się uśmiechnął szyderczo.
– Co się miało stać? Coś się na tym świecie po prostu skończyło, ot co – odpowiedział. – Ludzi wywieźli helikopterami, a część jak ja i panowie zostali. Wolna wola.
Janek poczuł, że to wszystko musi mu się śnić, więc tylko się uśmiechnął, wstał i położył na drugim łóżku nic nie mówiąc.
– Ja tutaj śpię! – wrzasnął nagle gospodarz i kijem do przesuwania firanek zaczął okładać Janka jak niewolnika ze starych filmów.
– Pan jest wariat!! – zdenerwował się bity mężczyzna. – Żegnam! – dodał z dumą i wyszedł w ciemność.
Na dworze było już chłodno. Właściwie dopiero co skończyła się zima. Wielkie kałuże w ciemności odbijały blask księżyca. Wywrócone dostawczaki pełne były towarów, a opuszczone Biedronki i Lidle zapraszały szabrowników. Janek nie chciał mieć z takimi do czynienia. Wierzył jeszcze, że przez przypadek wszedł do jakiegoś opuszczonego osiedla poatomowego, o którym rząd nic nikomu nie powiedział. „Ciągle coś te skurwysyny ukrywają” myślał. Wszystko jednak nosiło ślady świeżo zgaszonego ogniska. Koszyki przy Tesco, benzyna na stacjach paliw, a nawet niedbale zaparkowane samochody osobowe – wszystko to świadczyło o tym, że to zamieszkałe do niedawna miejsce, z którego nie wiadomo czemu wszyscy odeszli albo być może się tylko pochowali. „Może chcą zrobić psikusa? Taki żart ogólnospołeczny. Zmówili się na Facebooku.” Takie myśli pojawiały się w głowie Janka Siodło, kiedy tak wędrował po omacku. W końcu zaczęło świtać i ulice stawały się coraz bardziej znajome. Właściwie nasz bohater był blisko domu, ale przy zgaszonych latarniach w ciemną noc niczego nie poznawał. Z ulgą przekręcił klucz w zamku i wszedł. W domu nie zastał nikogo, choć wszystkie rzeczy pozostały na swoim miejscu. Nie było prądu ani nie działały telefony. Trzeba było jedzenie z lodówki przenieść na balkon, bo się zrobiła wielka kałuża w kuchni.
– Gdzie się wszyscy podziali? – wymamrotał do siebie Janek Siodło po czym padł wyczerpany na wielkie małżeńskie łoże w sypialni. Po przebudzeniu nic się jednak nie zmieniło. Cisza jak makiem zasiał. Samochody nie jeżdżą, nawet psy nie szczekają. Nic. Wtedy w tym zagubieniu postanowił, że pójdzie do pracy i żeby sobie osłodzić tę niezręczną sytuację, przynajmniej raz w życiu usiądzie w fotelu prezesa. Marzył o tym od wczesnego dzieciństwa. Tym większe było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że w pracy nikogo nie brakuję.
– Cześć Jasiu – rzuciła jak gdyby nigdy nic sekretarka Iwona, kiedy mężczyzna przekroczył wrota firmy, w której pracował. Przy kserze stał Stefan i w najlepsze kopiował sobie jakieś papiery.
– Jak tam młody? Dotarłeś do domu? – zapytał jak zwykle z fałszywym uśmiechem, ale jakoś bardziej dobrodusznie niż zwykle.
Janek Siodło zamarł. Wszystko zaczęło mu wirować.
– Ttttoo wwwyy ppprraccujjjecuie?- wyjakał w przestrzeń biura. Usłyszała go tylko kadrowa Patrycja
– Hihihi, słyszeliście, Janek się pyta czy pracujemy, hihihihi – narobiła żartobliwego szumu.
– No Jasiu pracujemy. Co mamy robić?- poklepał Janka po plecach Stefan. – W ogóle ty gadałeś z tym kloszardem? Wziął mi jakąś gumkę zaczepił na uszy. Psychol jakiś – dodał. Stefan nigdy nie był szczery. Rodzice od wczesnych lat wpajali mu, co się opłaca, a co nie. Nauczył się więc mówić hasłami zasłyszanymi w telewizji.
– A macie prąd? – zapytał jeszcze zakłopotany Janek, ale w odpowiedzi usłyszał parsknięcia i chrząkania. Przed oczami pojawiła się jego żona i córka. Czy już nigdy ich nie zobaczy? Nie zajmował się może należycie życiem rodzinnym. Nie wiedział właściwie, do której klasy chodzi jego dziecko, ale przecież przynosił pieniądze do domu i raz na rok fundował wakacje Last Minute w ciepłych krajach. Nie pił i dbał o higienę. Pozwalał im na wszystko. „A może ona sobie kogoś znalazła?” zastanawiał się w duchu Janek Siodło. Z tego swego rodzaju stanu zawieszenia w próżni znowu wyrwał go Stefan.
– Oj Jasiu, Jasiu – zaczął. – Ja nie wiem, co ty bierzesz, ale daj mi trochę.
Patrycja z Iwoną zdążyły jeszcze zachichotać, kiedy nagle w centralnym punkcie biura oświetlona światłem świętości zmaterializowała się majestatyczna postać prezesa.
– Jesteśmy wszyscy, to zróbmy zebranie kochani – zabrzmiał podniosły i jednocześnie kojący głos niczym biblijne trąby trwogi i nadziei. Zastukały nogi od krzeseł, ze wszystkich stron zaczęły zbierać się postacie. Każda z nich osobna, każda pełni w organizmie firmy jakieś zadanie, jakąś funkcję. Jest elementem całości, sprawnie działającej maszyny zmieniającej oblicze Ziemi.
– Spotykamy się, bo zaszły, jak pewnie wszyscy wiecie, zmiany, których nie można pozostawić bez wyjaśnienia – rozpoczął przemowę prezes. Na twarzach wszystkich obecnych pojawił się podniosły nastrój. Stefan uśmiechał się dumnie, dziewczęta z paniką poprawiały sobie ukradkiem włosy i spódnice, a Janek cały drżał, że się nie umył.
– Jak wiecie lub może nie wiecie w naszym mieście zostało około 40 osób – kontynuował przemowę prezes. – Trzeba będzie w związku z tym przedsięwziąć pewne kroki, które dostosują nas do zmieniających się standardów.
– Będzie redukcja? – ledwo powstrzymując się od płaczu zapytała Iwona.
– Spokojnie, spokojnie – łagodnym głosem Krystyny Czubówny w męskim wydaniu rozwiewał wszelkie tajemnice prezes. – Wszyscy siebie wzajemnie potrzebujemy.
– Niech prezes nie owija w bawełnę tylko mówi – wypalił po męsku Stefan.
– Ponieważ każdy z nas nie ma innych obowiązków, będziemy tutaj mieszkać i pracować. W związku z tym, że nie potrzebne są już też pieniądze, nikt z nas też nie będzie zarabiał.
– Czy to oznacza, że od teraz będziemy jedną wspaniałą rodziną? – wyszeptała wzruszona Patrycja.
– Coś w ten deseń, ale nie przesadzajmy z takimi słowami. One brzmią sztucznie – odpowiedział prezes.
– A jak będę chciał iść na spacer? – wypowiedział się Jasiek, ale po chwili zorientował się, że było to wielkie faux pas.
– Ty Jasiu jak coś powiesz, to aż uszy więdną – zażartował Stefan, widząc grymas na twarzy swojego przełożonego.
– Każdy będzie mógł godzinę dziennie spędzić na swoich sprawach, nie licząc oczywiście snu, który będzie dobrowolny – wyjaśnił Jasiowi jak krowie na rowie szef. – Jakieś jeszcze pytania?
– A co będziemy jeść? – zapytał gruby Karol z działu dystrybucji.
– Na to będzie właśnie ta godzina, żeby sobie coś zorganizować. Poza tym można się umawiać z innymi, współpracować. Najważniejsza w naszej firmie jest komunikacja – dalej tłumaczył prezes. – Jeśli chodzi o samą pracę, to nic się nie zmienia. Każdy niech robi, to co robił dotychczas.
– Ale telefony nie działają – zauważyła Iwona.
– Kreatywność, kreatywność i jeszcze raz kreatywność – surowym tonem parsknął na tę uwagę prezes, po czym naturalnie przechodząc na Czubównę zakończył zebranie i zamknął się w swoim gabinecie. Ludzie spojrzeli po sobie, a następnie bez słów udali się do swoich biurek. Janek Siodło zaś jak gdyby nigdy nic wyszedł sobie z budynku i nie powiedział nawet jednego słowa wytłumaczenia ani informacji swoim kolegom.
– Ten to od razu musiał wykorzystać przerwę – skomentował to podły zawistnik Stefan.

Słońce wstało nad krainą złotą. Złoty rumak wiózł złotego parobka w słomianym kapeluszu ze złota. Dokąd on go wiózł ten złoty rumak? To pytanie zadają sobie teraz wszyscy zainteresowani losem parobka. Odpowiedź jednak nie jest taka prosta. Składają się na nią skomplikowane operacje, które może i się śnią co niektórym, bo sny to taki dość dziwny obszar w życiu człowieka, ale na pewno na jawie się to nigdy nie wydarza. Zwyczajnie jest to niemożliwe.
Wszystko zaczęło się, gdy na niebie pojawiły się jakieś dziwne czerwone plamy tak jakby krew albo, nie wiem, farba czerwona, może lawa z wulkanu. We wiosce parobka dzień mijał jak zwykle o tej porze roku – kukurydza, pszenica, jęczmień, piękne wieśniaczki w polu, psy z wywalonymi językami jakby uśmiechnięte. Zdrowie i natura jednym słowem mówiąc. Tylko te plamy na niebie wywoływały jakieś dziwne napięcie. Stare baby we wsi szeptały o końcu świata, że Matka Boska poroniła mówiły. Wezwano najmędrszego z mędrców: Adriana – starego pustelnika z pobliskiego wzgórza. Złotego jak nietrudno się domyślić. Długo starzec wywalał oczami i wydawał z siebie dziwne jęki jakby odgłos pingwinów. Mieszkańcy tupali zniecierpliwieni. W końcu stary powiedział:
– Jeden z was musi wyruszyć do krainy wężów i krwiożerczych otchłani.
Wśród mieszkańców zagościł niepokój i trwałby tak, gdyby…
– Ja pójdę – powiedział parobek i w jednej chwili pokrył się złotem od stóp do głów
– Nieeee!!! – zaskrzeczała narzeczona parobka
– Najdroższa – zwrócił się złoty parobek do swojej złotej narzeczonej. – Muszę iść
– Nieeeeee!!! – krzyknęła jeszcze raz narzeczona, ale parobek nie odwracał głowy, nie patrzył wstecz. Kroczył w nieznane. Stary pustelnik powiedział mu na osobności, że musi się udać w to tajemnicze miejsce, do którego dotrzeć można tylko idąc po tęczy. Tam jest taki wyciek i trzeba go zatkać papierem toaletowym. Parobek był znany we wiosce, że w kryzysowych sytuacjach można na niego liczyć. Kiedyś wilka ogromnego udusił gołymi rękami. Teraz drapieżniki się z dala od wioski trzymają, tylko wyją do księżyca gdzieś w oddali.
Zawiesił na patyku prowiant parobek złoty, a cała wioska trzymała kciuki, kiedy wyruszał. Narzeczona płakała, ale na nic jej łzy. Nie mogła ożenić się ze swoim ukochanym, bo jej ojciec jej zabronił. Dał warunek młodzieńcowi, że musi udusić słonia gołymi rękoma i wtedy związek będzie mógł zostać sformalizowany. Na razie jednak grzesznie żyć muszą bez zgody natury.
Wyruszył i już nie mógł oglądać się za siebie. Tak nakazywała tradycja, a we wsi taki zabobon, że się słucha tradycji zamiast nowoczesnych naukowych modeli analitycznych. Takie zacofanie. Ledwo koło garncarskie wynalezione.
Koń tupał radośnie, bo parobek na nim jechał. Lubił zwierzak swojego pana. Mógłby oddać za niego życie. Kiedy parobek był młody, to uczył się całować właśnie ze swoim jedynym przyjacielem końskim. Lizali się tak codziennie do 20 minut. Dzięki temu w kontaktach z kobietami zawsze dobrze wypadał nasz milusiński chłopaczysko. Nie tylko bowiem się całował, ale też ćwiczył na rumaku różne techniki podrywu.
Po pięciu dniach podróży przez mroczną krainę dotarli nasi bohaterowie ludzki i zwierzęcy do bramy tęczy. Stał przed nią strażnik w postaci miniatury małpoluda. Jakby Yeti, tyle że krasnoludek Yeti.
– Czego chcecie śmiecie jebane? – powiedział na wstępie do parobka i jego niezastąpionego kompana,
– Chcemy wejść na tęczę mistrzu – piskliwym głosem ucznia, który nie zna odpowiedzi na arcyważne pytanie nauczyciela, odpowiedział parobek
– A co się tak błyszczy jebany? Nafosforował się, kurwa? – drwił sobie dalej strażnik,
– Nie, to u mnie w wiosce wszyscy złoci – odpowiadał dalej ze spuszczoną głową młodzieniec,
– Iha, iha – wypowiedział się z kolei koń
– A ta szkapa to, kurwa, co? Łysek z pokładu Idy? – śmiał się szyderca podły liliput nikczemny.
Koń spojrzał spode łba.
– No, no. Trzymaj z dala tą brudną kobyłę ode mnie – powiedział strapiony cwaniak mini Yeti i przywołał wielkiego bojowego słonia. – Fikasz teraz pierdolony kopyciarzu?
Koń schował się za swojego pana.
– My naprawdę nie mamy złych zamiarów – rzekł pojednawczym tonem parobek
– A więc na tęczę chcecie wejść tak? – przeszedł teraz na urzędniczy ton strażnik tęczy. – A co będziecie robić na tęczy?
– Chcemy pozwiedzać
Cyniczny karzeł zakasłał ze śmiechu
– A ta srajtaśma to ci na co?
– A to… Zawsze mam ze sobą podczas wypraw turystycznych. Nie wiadomo, kiedy się może przydać
– Niestety. Teraz to zostaje ze mną
– Dobrze
Zostawił złoty parobek toaletowy papier ze złota u strażnika, ale schował zwykły szary z Biedronki pod grzywą konia. Małpolud się nie zorientował, ale słoń złapał trąbą niezastąpionego kompana naszego bohatera i zaczął go dusić. Chyba odkrył oszustwo wielki zwierz.
– Spokój Dumbo! – krzyknął do swojego pomocnika nasz Charon tęczy i wtedy wypadł papier spod grzywy duszonego ogiera
– Ja pierdolę! – krzyknął sfustrowany parobek. Myślał, że to już koniec, ale jego pomocnik kopnął kopytem małego małpoluda. Słoń rzucił się na rumaka, ale wtedy z kolei parobek stanął w obronie przyjaciela i chwytem zapaśniczym powalił agresywnego zwierza. Walczyli tak jakiś czas w parterze, aż w końcu słoń padł martwy. Parobek odkroił mu trąbę na dowód zwycięstwa. Teraz będzie mógł poślubić swoją skrzeczącą ukochaną.
Pobiegli po tęczy radośnie kompani koń i człowiek. Poczuli się do siebie wyjątkowo przywiązani, więc po zatkaniu dziury papierem i po powrocie do wioski zrobili rzecz zupełnie zwariowaną.
Wioska oczekiwała swego bohatera organizując festyn na jego cześć. Plamy na niebie zupełnie zniknęły. Wszyscy pili i jedli. Stary pustelnik Adrian gładzony był przez 4 piękne nimfy ze stawu. W południe zgodnie z tradycją parobek stanął na środku placu i uniósł w górę zdobytą trąbę słonia. Ukochana naga niesiona przez 15 wieśniaków zbliżała się do narzeczonego. Jej ojciec zezwolenie na piśmie na ślub napisał i już miał je uroczyście odczytać, kiedy nasz dzielny koń nagle zaczął lizać swojego pana. Może by się wszystko rozeszło po kościach, gdyby nasz bohater nie odwzajemnił pocałunku i następnie nie zerwał gwałtownie z siebie ubrania. Po prostu zaczęli się kochać człowiek z koniem przy wszystkich. Społeczność lokalna skonsternowana zamarła. Ojciec dziewczyny wpadł w szał. Chciał zabić tego, który zhańbił jego córkę, ale niespodziewanie przeszkodził mu wilk wyskakujący zza krzaka. Jednak i on stanął jak wryty, kiedy już zagryzł niewinnego człowieka. Chciał zemsty za upokorzenie, jakie ród wilków doznał ze strony ludzkiego sadysty, a tu go taki zastał widok. Podobno parobek udusił wcześniej wilka z przyczyn seksualnych, a nie, jak głosił wszem i wobec, w obronie ludu wioski. Warknął wilk mściciel, bo mówić nie umiał. Koń też tylko parskał i nie umiał ostrzec swojego kochanka, który z zamkniętymi oczami machał miednicą od tyłu wsadzając swoje przyrodzenie zwierzęciu. Wszystko lśniło na złoto. Ludzie natomiast wpadli w panikę. Biegali bez ładu i składu. Drapieżnik otrząsnął się ze zdziwienia i szykował do skoku na swojego w ogóle nie zorientowanego w sytuacji wroga. Wtedy stary pustelnik chwycił złego wilka za członek. Momentalnie stwardniał. Miłość zapanowała między ludźmi, wilkami i końmi. Pytanie tylko czy długo to przetrwa? Czy szanse ma taki międzygatunkowy związek? Czy namiętność przezwycięży żądzę zemsty, krwi i przemocy?

Wszystkim nielicznym czytelnikom bloga bezparasola chciałbym życzyć życzenia najlepszości i wszelkości. Aby ten zbliżający się wielkimi krokami koniec świata dosięgnął Was w szczęściu, miłości i spełnieniu zawodowym, artystycznym i wszelkim.

Na koniec piosenka o pingwinach i melonach na nowy rok:

„A gdyby tak zabić generała?” zastanawiała się żona kaprala. Jej mąż kolejny już rok nie wracał z arcyważnej misji wojennej o pokój zabiegającej i jego pilnującej. Kiedy go pytała w telefonicznej rozmowie dlaczego, odsyłał ją do generała. Główny przełożony wszystkich wojaków miał znać odpowiedź, jednak tylko krzyczał do słuchawki, że nie rozumie głupia baba wagi sytuacji, że bezpieczeństwo, że to dlatego, aby mogła sobie spokojnie fitness uprawiać i na jogę chodzić. „Cholerny burak” powtarzała w myślach kobieta i myślała o różnego rodzaju torturach na wojskowym dowódcy. Ciachała przy tym cebule nożem i mięso kroiła też. Płakała zawsze jednakowo. Jej matka z kolei ciągle powtarzała, żeby zostawiła drania w diabły, że pewno ją zdradza, ale ona nie potrafi. Kocha swojego męża. Poznała go na wesołym miasteczku, gdy z koleżankami zajadały się watą cukrową. Podszedł taki jeden a z nosa wyrastało mu drzewo. Normalnie drzewo iglaste, choinka. Wzięła Kaśka, bo tak ma na imię pani Kapralowa, i pociągnęła za gałąź. Okazało się, wyobraźcie sobie, że to drzewo to takie duże całkiem w nim w środku było. Z całą rodziną jak rzepkę ciągnęła i bombki się zrobiły zupełnie kolorowe. To ją urzekło. Nie każdy nosi w sobie takie cuda. Niektórzy umieją chodzić po ścianach stromych, inni potrafią naprawić statek kosmiczny. Jeszcze inni są tacy, że, wiecie, da się z nimi pogadać, zwierzyć się, do rany przyłóż, jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. On był jednak cudowny. Miał w sobie ubraną choinkę, świecił i na brzuchu pojawiał się napis „Merry Christmas”. Całą noc wzdychała a święty Mikołaj obserwował ją z dachu i ją wysłuchał. Przyniósł z jabłkiem w mordzie jak świniaka jakiegoś. Od razu tez blachę miała na późniejsze uroczyste pieczenie. Wcześniej same przypalone patelnie po jajkach. Nikt nie kupił druciaka, żeby dobrze umyć, tak, wiecie, doszorować. Każdy tylko jajka smażyć chciał na boczku i cebulce. Bez wyobraźni, tylko brać a nie dawać. No więc smutna Katarzyna płaczę do dzbanuszka, że jej mąż w Kongo o pokój w dżungli, a może to Nikaragua. Nikt tego nie wie. Znaczy ktoś wie i ona też ma gdzieś zapisane, ale teraz nie pamięta. Męża nie ma już 4 lata. Tylko telefonicznie w każdym razie a generał to zwykła despotyczna świnia. Do Polski sam przyjeżdża na Boże Narodzenie. Myśli, że ma władzę nad światem, ale niedoczekanie jego. Zdobyła żona kaprala przez kuzyna adres tego człowieka, oprawcy rodziny, po prostu tyrana, generała wojsk polskich lądowych sił naziemnych i jedzie do niego rowerem. Prawa jazdy nie ma, bo nie pozwoliła skraść buziaka panu egzaminatorowi. Jedzie więc rowerem, jednośladowym pojazdem bez silnika po ścieżce pośród drzew. Jest coraz bliżej celu, las coraz głębszy, aż w końcu dom z piernika i z pierza gołębi jej staje przed oczami. Dzwoni dzwonkiem odgłosu zarzynanego borsuka. Drzwi się otwierają
– Dzień dobry – zadyszana się wita z panią poczciwiną gospodynią panią
– Dzień dobry – odpowiada pani generałowa – a pani tu jak tu do lasu tu, pani tu, dotarła tu?
Och ta żona generała w ogóle nie obyta, się wysłowić nie umie, ładnych zdań składnie połączyć ładnie, tylko bełkocze jakoś tak niefortunnie, bez fortuny, szczęścia w miłości i pośród wybuchających min jeszcze z drugiej wojny światowej
– Dzień dobry – jeszcze raz mówi już głośniej Katarzyna
– No dzień dobry, ja słucham… – niecierpliwi się pani domu
– no ten, ja pani męża, z mężem pani ja romans mam
– o Boże, o nie, ja wiedziałam, że on kogoś ma i pewnie nie tylko z panią. Teraz podobno do lasu na zwierzynę, o nie, o nie, ja biedna, ja samotna, ja samobójstwo, ja sens życia
W tej chwili wchodzi wielki pan Zenon – generał pan
– Ty draniu – krzyczy do niego żona Danusia i płacze
Katarzyna zaś jak lwica rzuca się i oczy wydrapuje znienawidzonemu. Generał wykrwawia się i kona na kolanach żony. Po chwili w domu staje kapral. Patrzy się tępo, lecz wszystko rozumie. Teraz jest wolny i w ramionach tonie swojej ukochanej. Danusia histerycznie wrzeszczy nad zwłokami małżonka. Katarzyna jej strzela w tył głowy ze strzelby.
– Kochanie, on mnie więził i dzika udawać ja musiałem ciągle.

Nizina Amazonki to takie malownicze miejsce. Ostatnio nawet wygrało w konkursie na cud natury. Wszyscy Indianie skakali z radości. Uruchomili swoje traktory sprowadzone z Polski i jeździli po drzewach. Pan Wróbel nie mógł się nadziwić i po ogłoszeniu wyników przez komisję ekspertów od cudów, osobiście przyjechał się temu przyjrzeć. Rzeczywiście, kiedy dotarł na miejsce, świat w jednej chwili tak jakby się zaczarował. Czuł się wspaniale nasz bohater. Tak jakoś bezpiecznie. Jakby już kiedyś odwiedził to miejsce. Natura zdawała się do niego przemawiać, a stary miejscowy też coś tajemniczo bełkotał z zamkniętymi oczami. „Zwariował chyba czerwonoskóry” – pomyślał pan Wróbel, lecz tajemność tego miejsca nurtowała go głęboko w okolicach jelita grubego.
Pierwszego dnia swojego pobytu w Manus nasz bohater miał zaplanowane zwiedzanie okolicznej dżungli. Miejscowy wódz postanowił go oprowadzić osobiście, bo, jak mniemał pan Wróbel, liczył chyba na jakieś korzyści. W końcu Pan Wróbel to nie byle kto. Sam resort rolnictwa UE go wysłał za zasługi dla szerzenia uprawy prosa. Wiele się o tym słyszało we wsiach całej Polski, mimo że nie do końca były to oceny pozytywne. Zarzucano panu Wróblowi, że sprzedał polskie rolnictwo Niemcom. Kiedyś zdarzyło mu się bowiem przenocować młodego podróżnika zza zachodniej granicy. Następnego dnia cała wioska o tym huczała. Mówiono o pakcie z Hitlerem i zabijaniu członków Armii Krajowej. Na dodatek ów niemiecki podróżnik okazał się synem komisarza europejskiego i pan Wróbel niedługo potem znalazł się na swoim prestiżowym stanowisku. Nigdy mu tego nie wybaczono w rodzinnych stronach
– Szlachetny Ptaku – zwrócił się wódz Indian do polskiego działacza rolniczego – oto nasza kraina złota, gdzie wiatr synem orła jest
– Dobrze, proszę Pana – odpowiedział pan Wróbel grzecznie tak jak odpowiada przełożonym w europejskich instytucjach
– Oto nasze święte węże i lamparty święte
Pan Wróbel skłonił się drapieżnikowi z kamienia, którego nieśli za wodzem dwaj mu podwładni autochtoni.
– Pan w swoich stronach musi być bardzo pobłażliwy dla swoich ludzi – drążył dalej wódz. W gruncie rzeczy był to przebieraniec na potrzeby wizyty europejskiego działacza a naprawdę człowiek kolumbijskiego latyfundysty, handlarza kokainą.
– W moich stronach nie jestem wodzem i każdy może mnie bezkarnie opluć – odpowiedział nie kryjąc oburzenia polskimi realiami w porównaniu z rzeczywistością, którą zastał w Ameryce Południowej Pan Wróbel
– Drogi Szlachetny Ptaku – kontynuował swoją grę Indianin-oszust – usłysz wiatru szum i niech węża syk nie będzie ci drogowskazem
Pan Wróbel się zamyślił, ezoteryka tego egzotycznego miejsca wydawała mu się coraz bliższa
– To dziwne – powiedział mimowolnie – czuję się jakbym żył tu od zawsze
Wódz uśmiechnął się tajemniczo, ale nic nie odpowiedział. Jego niewolnicy targali za nim figury z kamienia a pan Wróbel podziwiał gęste zarośla, które tak sobie mijali. Deszcz ciągle siąpił, ale w ogóle nie przeszkadzało to naszemu bohaterowi, który zdawał się być człowiekiem wodnym albo po prostu takim, co ciągle potrzebuje prysznica. W sumie z tego wynalazku to ostatnio korzystał w hotelu w Rio. Nie mógł tam poskromić zachwytu nad posągiem Chrystusa. Zawsze uważał go za wybitną postać historii i moralności, choć w jego boskość wątpił od czasu kiedy umarła mu od uderzenia huśtawką córka Zosia.
– Dokąd idziemy? – ocknął się nagle pan Wróbel
– Szlachetny Ptaku, nie musisz się martwić – odpowiedział z nieukrywanym uśmiechem cynika wódz – niedługo powrócisz tam gdzie wzrastały twoje łany
Pan Wróbel puścił te słowa mimo uszu. Był zachwycony fauną i florą Niziny Amazońskiej. „To rzeczywiście cud” myślał a jak wszyscy wiemy, wspaniale jest doświadczyć cudu. Nasz poczciwy marzyciel kroczył więc dalej za indiańskimi przestępcami w ogóle nieświadomy niebezpieczeństwa, które miało go spotkać niebawem.
Kiedy pan Wróbel ze swoim przewodnikiem dotarli nad rzekę Amazonkę, pomocnicy wodza rzucili gwałtownie niesione figurki i zakneblowali naszego łagodnego rolnika z Polski. Panu Wróblowi przed oczami stanęły ciastka, których już nigdy nie zje i szynka z wędzarni jego kuzyna Bartosza. Jej smak powalał jelenie. Dlaczego taki los spotyka niewinnych ludzi?
– Co chcecie ze mną zrobić? – oburzył się pan Wróbel – jestem urzędnikiem europejskim. Jeśli coś mi się stanie, to zobaczycie.
– Co zobaczymy? – zadrwił wódz odpalający właśnie cygaro
– Zobaczycie…., zobaczycie, gdzie raki zimują
– Uspokój się dziadku. Jak towar dotrze do Europy, to nic ci się nie stanie, a tak będziesz jakby co naszym zakładnikiem
– Zabijcie mnie od razu – wykrzyknął podniośle pan Wróbel – bo ja nie pozwolę, żeby przeze mnie młodzi ludzie się narkotyzowali. Dzieci niewinne. Nie!!!
– Pojebany jakiś – powiedział Indianiec, który niósł figurkę lamparta
– Jebnięty, kurwa – potwierdził jego kompan
– Zamknij dupę pedale!!! – krzyknął wódz do naszego bohatera – zaraz przyjedzie pan Cortazar, to przy nim możesz sobie pocwaniakować
– Nie macie duszy!!! – odpowiedział na to polski rolnik – miej serce i patrzaj w serce!!!
Dwa pionki od posągów lamparcich zachichotali
– Zamknąć się, kurwa!!! – rozkazał wódz
W oddali słychać było ryk silnika motorówki. To płynął pan Cortazar otoczony swoimi uzbrojonymi po zęby gorylami. Panu Wróblowi ugięły się kolana, mimo że cały czas starał się zachować pionową, męską postawę. Na domiar złego jeden z gorylów zaczął strzelać w powietrze z karabinu maszynowego.
– Co to, kurwa, ta europejska szycha?! – krzyknął wąsaty jegomość, jak nietrudno się domyślić nasz złowrogi narkotykowy boss, kiedy wysiadał z motorówki. Zaraz potem z płaskiej ręki uderzył wodza w twarz, wytrącając mu jego cygaro a ten z kolei padł na kolana i błagał:
– Nie bij królu
– Co wy, kurwa, pojebani jesteście? – zwrócił się do dotychczasowych oprawców pana Wróbla pan Cortazar – przecież widać, że to jakiś cieć, którego wysłali w to zadupie, żeby nie rozpierdalał im koncepcji działania
– Mylisz się! – krzyknął pan Wróbel
– Weź mu zajeb i zawieś go do wioski – polecił jednemu z Indiańców kolumbijski przestępca.
Indianiec uderzył pana Wróbla w brzuch tak mocno, że krew wyleciała naszemu poczciwcowi otworem gębowym. Wszyscy zaśmiali się bez krzty współczucia. „To koniec” pomyślał pan Wróbel i wtedy nagle jakieś niewyjaśnione niebieskie światło pokryło całą przestrzeń cudownej Niziny Amazońskiej.
– Nieeeeee!!! – krzyknął jeden z Indiańców – spełniła się przepowiednia!!!!
– Zamknij dupę – odparł pan Cortazar i polecił swoim gorylom – ognia!!!!
Rozległy się strzały, ogromny hałas wypełnił tą cudowną rzeczywistość. Panu Wróblowi zdawało się jednak, że to niezapomniany Sylwester roku 1980. Wtedy poznał swoją żonę Martę, wtedy czuł, że świat stoi przed nim otworem. Po śmierci córki rozstał się wprawdzie z żoną, ale wspomnienie tego sylwestra nadal pozostawało jedną z najwspanialszych chwil w jego życiu. Z ekstazy wybudziły naszego bohatera konwulsyjne ryki jego oprawców, którzy w niewyjaśnionych okolicznościach leżeli teraz nago na ziemi trzymając się za swoje przyrodzenia.
– To wandelia ich ukarała – powiedziała piękna Indianka, która nie wiadomo kiedy i jak zjawiła się obok pana Wróbla
– Wan co? – zakłopotał się nasz bohater, kiedy jego oswobocicielka odwiązywała sznury na jego rękach
– Nie ważne, cieszę się, że wróciłeś – uśmiechnęła się kobieta wyrzucając broń opryszków do rzeki
– To my się znamy? – zdziwił się jeszcze bardziej polski rolnik
– Jeszcze o tym nie wiesz, ale znamy się lepiej niż myślisz – odpowiedziała nieznajoma lub może chwilowo nieznana znajoma i dodała tajemniczo – jeśli w ogóle może jeden człowiek poznać drugiego
– Zaraz, zaraz. Kim my jesteśmy dla siebie?
– Dużo pracy przed nami, żebyś sobie cokolwiek przypomniał – odpowiedziała piękność i wskazała łódź, do której miał wsiąść pan Wróbel
– A co z moją rodziną z Polski? – zmartwił się mężczyzna
– Nic się nie bój, połóż głowę i śpij
Pan Wróbel rzeczywiście zasnął. Śniły mu się straszliwe rzeczy: wybuchy, wojna, śmierć i strach. Tym bardziej zdziwił się, kiedy po przebudzeniu nad łóżkiem, na którym spał ujrzał swoją żonę Martę z córką Zosią i z tajemniczą kobietą z dżungli ubraną teraz po europejsku
– Co się stało? Gdzie ja jestem? – pytał nerwowo nasz bohater – nic z tego nie rozumiem
– To jasne, że nie rozumiesz – odpowiedziała Marta gładząc swojego ukochanego po policzku
– Jestem w niebie? – próbował nadal wszystko ogarnąć nasz wrażliwiec
– Każdy ma swoje niebo i swoje piekło – odparła miłość jego życia – Bożena mówiła, że jej nie pamiętasz
– To jest Bożena? Twoja siostra Bożena? Przecież mówiłaś, że zmarła, kiedy byłyście nastolatkami
– Świat jest wielowymiarowy i tylko nielicznym jest dane to, czego ty doświadczasz
– A czego ja niby, do jasnej cholery, doświadczam?! – uniósł się pan Wróbel
– Nie denerwuj się – uspokajała go swoim ciepłem Marta, a córka Zosia i szwagierka Bożena patrzyły na niego jak święci z obrazu
– Przepraszam
– Ludzie przeżywając swoje życia nie są świadomi tego, że żyją w tak wielu światach i dopiero na łożu śmierci przypominają sobie co nieco. Najczęściej widzą jednak tylko jeden wymiar tego, co przeżyli i do niego odnoszą wszystko inne. Tobie udało się przed tym uciec. Dlatego jesteśmy z tobą w te ostatnie chwile
– To znaczy….? – mężczyzna się zachłysnął, nie mógł złapać tchu, żeby dokończyć pytanie
– Tak – odpowiedziała jego ukochana
– Pa pa tatusiu – uśmiechała się córka Zosia. Bożena z kolei energicznie chwyciła za dłoń naszego konającego bohatera. Łza popłynęła po jego policzku, pokiwał jeszcze kilka razy głową na znak, że się nie zgadza, że chce żyć, ale nic to nie dało. Umarł we własnym łóżku, otoczony najbliższymi, kochającymi go ludźmi.
– Mamusiu – zwróciła się po wszystkim Zosia do swojej matki – a czy jak ja będę umierała, to będę pamiętała tatusia?
– To zależy córuś – odparła Marta przytulając swoje dziecko – zależy, to wszystko zależy

Był ruchliwy dzień powszedni dużego miasta. Można by rzec, że z pozoru taki sam jak wszystkie inne ruchliwe dni powszednie dużych miast. Nie było tak jednak do końca, a to dlatego, że zator, który się zrobił w centrum na drodze, miał charakter niezwykle unikatowy. Niby korki to taki stały element życia metropolii, ale dzisiaj chodziło o zupełnie coś innego, dzisiaj sytuacja była bardziej specyficzna. Dwóch biznesmenów biło się na środku skrzyżowania, a ich walka była naprawdę zaciekła – kości trzaskały a twarze z każdym uderzeniem puchły na kształt coraz to większej objętości owoców spadłych z drzew. W pewnym momencie ich głowy przypominały już nawet opony samochodów stojących dookoła.
Wszyscy wiemy, agresja nie jest rozwiązaniem. Niemniej oni się bili, a wszyscy kierowcy biernie przyglądali się temu widowisku. Żaden się nie zbuntował, nikomu się nie spieszyło. Wszyscy stali przy swoich autach z rozdziawionymi otworami gębowymi i gapili się z zaciekawieniem, milcząc.
– Ty draniu! – wołał pierwszy z biznesmenów, mniejszej postury, lecz wyjątkowo waleczny. – Rozwaliłeś cały projekt promocyjny!
– To ty wszystko zniszczyłeś! – odpowiadał krzykiem pomiędzy jednym a drugim uderzeniem pięścią w twarz oponenta biznesmen drugi. – Całą rada nadzorcza przyznała mi rację!
Mogło się wydawać, że ci dwaj, na pierwszy rzut oka, poważni, rozsądni, stateczni mężczyźni po prostu infantylnie biją się o jakąś sprawę zawodową. Być może bardzo dla nich istotną. Przecież często się słyszy i w serialach, i w gazetach też piszą, że ludzie biznesu pod wpływem stresu tracą nad sobą kontrolę, wpadają w tarapaty, mają depresję, nadużywają alkoholu. Tym razem jednak pozory nie okazały się prawdą. Biznesmeni bili się z powodu dawnych zaszłości, jeszcze z lat młodzieńczych. Cofnijmy się zatem 20 lat wstecz, aby poznać podłoże wydarzeń opisanych powyżej.
Na początku lat dziewięćdziesiątych w Saksonii żył sobie jeden gość imieniem Wilhelm. To był taki arystokrata z pochodzenia, ale z temperamentu zupełnie nikt. Jedyne, co mu się w życiu „udało” to żona Rozalia. Była to bardzo energiczna kobieta, właściwie tylko ona pracowała i to nie byle gdzie, bo w światowej sławy firmie komputerowej na kierowniczym stanowisku. Wilhelm siedział w domu i głaskał koty, ale też sprzątał i przygotowywał w miarę znośne posiłki. Dobrobyt zapewniała mu ukochana, która jednak, pomimo tego, że była jednym z najlepiej zarabiających ludzi w Niemczech, nie mogła mieć dzieci. To dramat, wszyscy się zgodzimy.
Płynął czas. Wiadomo, jak to w małżeństwie, były chwile lepsze i gorsze, ale mimo wszystko, wydawało się, że Wilhelm i Rozalia są ze sobą szczęśliwi i naprawdę się kochają. Pewnego dnia jednak Rozalia wróciła do domu z płaczem:
– Co się stało? – zapytał troskliwie mąż podlewając swojego ulubionego kaktusa,
– Ja już nie daję rady – szlochała kobieta.
Mąż przytulił żonę, która osmarkała mu cały sweter. Po prostu pustka z powodu braku potomka zupełnie ją rozbiła. Wtedy niespodziewanie w kuchni pięknego domu Rozalii i Wilhelma pojawił się biało-czerwony motyl. Wleciał sobie jak gdyby nigdy nic oknem, zostawiając na linii lotu magiczny, złoty pył. Była to wróżka z Jasnej Góry, która przybyła, aby uratować dobrych ludzi przed zgubą i nieszczęśliwym losem. Nie wierzcie w to, że zło zwycięży. Jeśli ktoś żyje w miłości i sprawiedliwości, to dostanie nagrodę.
– Halo, halo – wołała gąsienica ze skrzydłami barwy polskiej flagi. – Zostaliście wybrani. Szczęście was nie opuści.
Małżonkowie zamarli. Rozalia myślała, że ze smutku zwariowała, natomiast Wilhelm taki sam stan ducha przypisywał sobie z powodu bezrobocia.
– Co się tak tępo gapicie? – zirytował się motyl i zwrócił się do Rozalii. – Chcesz mieć dzieciaka czy nie?
– Wilhelm – zwróciła się do swojego męża niemiecka kobieta sukcesu. – Ja chyba oszalałam. Weź mnie uszczypnij.
– Kochanie – odpowiedział mąż. – Ze mną też jest chyba nie najlepiej
– O Boże! – jeszcze bardziej spurpurowiał na swych czułkach owad. – To dla was szansa. Nie do każdego przylatuje gadający motyl. To jest wyróżnienie, więc odpowiadać: chcecie dzieciaka czy nie?
– Chcemy! – odpowiedzieli oboje jednocześnie,
– No to jedną rzecz mamy za sobą – powiedziała tonem zmęczonego urzędnika baśniowa postać, odhaczając coś w swoim miniaturwym notesie. – Druga sprawa: musicie wyemigrować… Wyemigrować do Polski
– Jak to do Polski? – oburzył się Wilhelm. – Tam bieda jest.
– Właśnie dlatego – odpowiedział motyl,
– Wilhelm jedziemy, nie ma dyskusji – postanowiła Rozalia. Była tak pewna swego także dlatego, że właśnie otwierano filię jej firmy w Polsce i jako wpływowa osoba w zarządzie mogła sobie tam objąć dowolne stanowisko.
Ruszyli pełni nadziei w nieznane. Teraz ich życie miało się wreszcie poprawić, radość miała w nim zapanować ogromna i wypełnić ich ciała po same brzegi. Generalnie, jak ogłosił, biało-czerwony skrzydlaty owad – była gąsienica, po przybyciu do kraju nadwiślańskiego, do Wilhelma i Rozalii miał zgłosić się pewien człowiek. Rzeczywiście, ów człowiek się pojawił, zapukał do drzwi nowego domu niemieckich emigrantów. Była to dość ekstrawagancka na pierwszy rzut oka osoba. Nosiła na sobie takie zabawkowe oczy na sprężynie, ale przede wszystkim wyróżniała się sposobem chodzenia, takim nienaturalnym splataniem nóg jakby osoby nietrzeźwej, a na pewno niezrównoważonej. „To szaleństwo” – myślał Wilhelm, ale nic nie mówił, nie był w stanie się sprzeciwić. To żona posiadała władzę decyzyjną w ich małżeństwie.
– Pan nam powie – zwróciła się do dziwnego jegomościa Niemka. – Kiedy będę brzemienna?
– Proszę pani – odpowiedział dziwak głosem nauczyciela z dwudziestolecia miedzywojennego, takiego Pimki. – Pani nie zajdzie w ciążę,
– Jak to, do cholery? – oburzył się Wilhelm. – Jechaliśmy tu do tego zadupia na darmo?
– Co z nami będzie? – pytała Rozalia z trudem powstrzymując się od płaczu. – Przecież obiecaliście,
– Proszę pani – odezwał się znowu tajemniczy wariat. – To, że nie będzie pani rodzić, nie oznacza wcale, że nie będą państwo mieć dziecka
– W Niemczech też mogliśmy sobie adoptować! – wrzasnął wściekły Niemiec,
– Cicho Wilhelm – próbowała uspokoić męża łagodnym głosem Rozalia. – Czuję, że oni nie chcą dla nas źle. Poza tym, tylko ty nie chciałeś adopcji.
– Ja? Dobra, dobra – parsknął obrażony Wilhelm. – Ty tutaj rządzisz.
– Proszę państwa – rzekł ponownie nieznajomy swoich dziwacznym głosem. – Specjalna komisja przyznała wam prawo do opieki nad dwoma chłopakami. To niezwykle uzdolnieni matematycznie młodzi ludzie.
– Że co? – nie mógł uwierzyć własnym uszom potomek Otto von Bismarcka,
– To znaczy, że jutro około południa będziecie mieli dwóch chłopaków – zawołał z radością urzędnik, podskakując przy tym w powietrze na około pół metra.
Rozalia zamarła. Stała z rozdziawioną buzią naprzeciw mężczyzny i nie była w stanie nic mu odpowiedzieć. Jej mąż również robił miny sugerujące, że jest już psychicznie wyczerpany. Tymczasem pan od dobrej nowiny pożegnał się i jak gdyby nigdy nic sobie poszedł.
Następnego dnia Wilhelm i Rozalia przyjęli pod swoje skrzydła dwóch ośmioletnich chłopaków. Początkowo było im trudno, ale ciepło, które dały im dzieci, pozwoliły niemieckiemu małżeństwu zwyciężyć wszystkie przeciwności. Rozalia pracowała, żeby zapewnić dobrobyt rodzinie, natomiast Wilhelm wykonywał prace domowe oraz pomagał w lekcjach Romkowi i Piotrkowi. Nie miał właściwie dużo roboty, bo chłopcy, jak już zostało wspomniane, byli małymi geniuszami.
Mijały lata. W życiu Wilhelma i Rozalii zawitała długa wiosna. Niemcy powoli wtopili się w polską kulturę. Żyli z dnia na dzień karmieni miłością dzieci. Nie oznacza to wcale, że nasi tu przybrani rodzice tolerowali wszystkie wybryki młodego wieku. Czasami potrafili krzyknąć na swoich podopiecznych, ale w gruncie rzeczy zapewniali chłopcom wszystko to, czego ci od nich żądali. Byli też na pewno duchową podporą dla dorastających mężczyzn. Pierwsze zawody miłosne Piotrka i Romka zostały zneutralizowane właśnie dzięki wielkiej pracy jaką wykonał z chłopakami Wilhelm. Rozalia z kolei bardzo pomogła swoim pociechom w wyborze wyższej uczelni, a następnie przy rozpoczęciu aktywności na rynku pracy. W sumie nie jest to wcale dziwne, biorąc pod uwagę wpływy Niemki w globalnym biznesie komputerowym. Pewnego dnia jednak spokojny żywot naszych bohaterów z wyższej klasy został zakłócony. Kiedy Wilhelm i Rozalia byli akurat sami w domu, do mieszkania wleciał prawie zapomniany już, lecz jakże ważny dawny znajomy – biało-czerwony motyl. Szczęśliwi rodzice w ogóle nie spodziewali się tej wizyty i poczuli swego rodzaju grozę. Bali się, że teraz ich szczęście zostanie im odebrane.
– Moi mili – odezwał się patetycznie motyl Polak. – Ojczyzna jest w potrzebie.
– Nie oddamy dzieci – odpowiedziała stanowczo na podniosły ton owada Rozalia,
– Pani się uspokoi – złagodniał niechciany gość. – Nikt pani dzieci nie zabierze. Wręcz przeciwnie, potrzebujemy niezwykle uzdolnionego dyrektora banku i chcielibyśmy, aby to właśnie państwa synowie wystartowali w konkursie na najlepszego człowieka na tym stanowisku.
– Czy mógłbym porozmawiać z żoną? – zwrócił się do swojego dawnego zbawcy Wilhelm,
– Ależ oczywiście – odpowiedział antropomorficzny latający owad,
– Nie podoba mi się to – zwrócił się do żony Niemiec,
– Ja też nie do końca ufam w to, co mówi ta gąsienica – potwierdziła obawy męża Rozalia. – Ale może to jest szansa dla chłopców. Taka szkoła dorosłości.
– Moje maluchy – oburzył się troskliwy ojciec. – Moje maluchy nie mogą poznawać życia poprzez kontakty z cynicznymi tchórzami.
– Zastanów się przez moment – perorowała jednak znająca życie matka. – Jeśli teraz się z tym nie zmierzą, to nikczemna ręka dosięgnie ich, kiedy nas zabraknie.
– Może masz rację – uległ Wilhelm,
– Zgadzamy się – powiedziała niemiecka biznesłomen do wysłannika z krainy fantazji,
– No to dobrze – odpowiedział motyl. – Jutro przyjedzie po chłopaków pan Seweryn, którego już poznaliście.
– O Boże – westchnął cicho Niemiec,
– Jakieś problemy? – zareagował na ten wyraz dezaprobaty owad.
– Nie, nie – odpowiedziała Rozalia. – Mąż lubi sobie wzdychać. Tęskni za ojczyzną.
Biało-czerwony mały gość uśmiechnął się i wyleciał bez słowa. Kiedy zaś młodzi mężczyźni wrócili do rodzinnego domu, rodzice powiadomili ich o planach, jakie przedstawił im motyl.
– Pamiętajcie – rzekł Wilhelm. – Jeśli nie będziecie chcieli, to nikt was do niczego zmuszał nie będzie,
– Tatku – powiedział Romek. – Przecież każdy by chciał być prezesem lub dyrektorem.
– Wszyscy nasi kumple o tym marzą – dodał Piotrek,
– Ale wiecie – wtrąciła się Rozalia. – Tylko jeden z was wygra.
Młodzieńcy zamilkli. Kolejny raz w życiu spojrzeli na siebie nie jak na braci, lecz jak na wrogów, rywali do ostatecznego zwycięstwa. Mało kto się w tym orientował, ale chłopcy od dzieciństwa wzajemnie sobie wszystkiego zazdrościli. Można powiedzieć, że więź między nimi oparta była na chorej zależności, w której wszelka energia do działania rodziła się tylko w momencie niepowodzenia drugiej osoby. Napięta relacja między braćmi jeszcze bardziej się skomplikowała, kiedy specjalne gremium zdecydowało, że funkcję wspomnianego dyrektora banku obaj będą pełnić wspólnie. To przelało czarę. Początkowo młodzi panowie szefowie starali się jeszcze kontrolować wzajemne wobec sobie antypatie, ale już po kilku miesiącach nadzieje wielu ekonomistów i patriotów polskich związane z idealną braterską współpracą legły w gruzach. Chłopcy bili się na środku skrzyżowania ubrani w swoje drogie garnitury, a tłum gapiów patrzył się tępo na to zjawisko tak jakby oglądał je w jakimś programie rozrywkowym. Ludzie zachowywali się jakby ich najskrytszy sen o zostaniu bohaterem telewizji miał się w tej chwili ziścić. W pewnym momencie jednak obok walczących zatrzymał się gwałtowanie Porche Cayenne. To byli rodzice skonfliktowanych braci:
– Piotrek, Romek na miłość boską! – zawołała Rozalia wybiegając ze swojego wspaniałego auta. Po chwili pojawił się także Wilhelm i przytulał swoich opuchniętych synów.
– Przecież tak nie można – płakał. – W czym popełniliśmy błąd? No w czym?
– Bo tato, ty bardziej kochasz Piotrka – powiedział Romek z wyrzutem,
– Nie – oburzył się Piotrek. – To tobie mama wszystko zawsze załatwia,
– Głuptasy – uśmiechnęła się opiekuńczo przybrana matka chłopców. – Obu was kochamy jednakowo,
– Tak! – potwierdził doniośle rację słów żony Wilhelm. – Już nigdy nie będziecie nic robić razem!
Wtem dookoła rozległ się wielki aplauz. Wszyscy obserwujący dzisiejsze sceny na skrzyżowaniu kierowcy klaskali a niektórzy nawet płakali ze wzruszenia.
– Liczy się tylko miłość! – krzyknął Wilhelm do tłumu.
Ludzie zaś odśpiewali naszym bohaterom „sto lat”, podrzucając ich wysoko w powietrze jak prawdziwych bohaterów historii lub zwycięzców na olimpiadzie.
Z kolei ze wzgórza z zachwytem pomieszanym z zadumą wszystko obserwowali biało-czerwony motyl z ekstrawaganckim panem Sewerynem:
– Nasza misja chyba dobiegła końca – powiedział podniośle motyl,
– I zakończyła się pełnym sukcesem – uzupełnił z entuzjazmem uwagę swojego towarzysza pan Seweryn a oko na sprężynie wyskoczyło mu na metr do przodu.
To święta racja, co rzekł nasz poczciwy dziwoląg. Planeta Ziemia bowiem od tego momentu ogromnie się rozwija. Mlekiem i miodem płynie. Tak już będzie po sądny dzień.

– Panowie, panowie – zwróciła się pani Z. do dwóch swoich byłych uczniów siedzących na ławce w parku. – Proszę nie śmiećcie. Macie kosz 5 metrów dalej. Nie można normalnie w czystości żyć?
Edmund z miną pełną żalu podniósł papierek i wrzucił go do śmietnika. Hieronim stał z boku ze spuszczoną głową. Obaj wyglądali na naprawdę przestraszonych, mimo że szkołę skończyli 15 lat temu.
Pani Z. uczyła fizyki w liceum, do którego uczęszczali nasi bohaterowie i, jak nietrudno się domyślić, była zmorą ich młodzieńczych lat. Do dziś śni się wielu jako uosobienie wszystkiego, co złe.
Nauczycielka w całej szkole znana była z wojskowych metod nauczania, po których słabi psychicznie młodzi ludzie tracili wszelką wiarę i ochotę na cokolwiek. Na jej lekcjach nikt nie miał marzeń, liczył się tylko rygor i dyscyplina. Nawet prymusi nie mieli forów. W tej całej atmosferze powszechnego lęku nie chodziło o oceny ani nawet upokorzenia werbalne. Pani Z. miała w sobie coś, co sprawiało, że naprawdę można było się jej bać. W knajpach na mieście szeptano nawet, że jest prawdziwą wiedźmą, że kiedyś jednego podchmielonego gościa, który próbował się wieczorową porą na opuszczonej ulicy do niej dobrać, zamieniła w psa. Niby śmiano się z delirium alkoholowego miejscowego menela, ale śmiech ów był okraszony dość dużą dozą nerwowości w głosie. Tak więc dystans się zwiększał i narastał strach. Pozostali nauczyciele również trzymali się z dala od swojej koleżanki po fachu. Pani Z. sprawiała dla nich wrażenie jakby była pozbawiona wszelkich ludzkich, społecznych odruchów – chęci kontaktu, rozmowy z innymi członkami pedagogicznego grona. Ponadto dyrektorka – stara komunistka bagatelizowała pisemne skargi ojców i matek a żaden rodzic po bezpośrednim spotkaniu z fizyczką nie ponowił swoich względem niej obiekcji. Dziwne rzeczy się działy wtedy 15 lat temu.
– Ale miałem ochotę jej zajebać – powiedział Edmund, kiedy pani Z. zniknęła za rogiem kamienicy,
– To jest jakieś chore!!! – zawołał Hieronim, chodząc nerwowo dookoła ławki, na której siedział jego kolega.
Zapadła krępująca cisza. Ludzie z psami spacerowali pośród drzew. Dookoła unosił się zapach zwierzęcych odchodów, przetrawionych resztek suchej karmy i pozostałości z niedzielnego obiadu.
– Człowieku, to ja jestem chory od tej kobiety – odezwał się w końcu Edmund
– No kurwa, żona ode mnie odeszła przez moje nocne majaki – dodał z wyrzutem Hieronim. – Ja pierdolę, ja nie wiem. Ona już przeszła na emeryturę, nie?
– Podobno tak, ale, nie wiem, żaden psycholog, kurwa, psychiatra mi nie pomógł – oburzał się dalej Edmund – Żarłem te tabletki, terapie kilkugodzinne przez kilka lat. Niby wszystko przeszło, a tu chuj, pojawia się szmata i…
– Musimy coś z tym zrobić – postanowił twardo Hieronim.
Znowu zapadła cisza. Obaj przyjaciele wydawali się bić z najbardziej strasznymi, złowieszczymi myślami.
– Ale, kurwa, co? Musielibyśmy ją zabić – wymówił głośno ideę jaka od lat towarzyszy obu mężczyznom Edmund
– Nie, no kurwa. Ja nie dam rady – rzekł z opamiętaniem Hieronim. Miał zasady. Wiedział, że zabicie człowieka to nie jest zwykłe pozbycie się przeszkód na dalszej drodze życia.
– Może jakoś ją obnażyć, upokorzyć publicznie, zniszczyć w mediach? – próbował wymyślić mniej drastyczne rozwiązanie Edmund
– Niby jak? – znowu trzeźwo myślał Hieronim – Chcesz pójść z tym do telewizji, że masz jakieś paranoje od nauczycielki? Wszyscy ludzie mieli jakiś terror w szkole
– No, ale, kurwa, to już nawet nie terror, to była, kurwa, jawna przemoc psychiczna. Ona ma w sobie taką jakąś negatywną moc…
– Przecież wiem, kurwa, przeżywałem to samo, co ty. Ale kto ci teraz w to uwierzy?
– Nie no chodzi mi o to, żeby może znaleźć na nią jakiegoś haka. Na pewno ma coś na sumieniu. Ona nie współpracowała z SB?
– Kurwa, stary. Daj spokój. Musimy jakoś żyć, ja pierdolę.
– Od ciebie odeszła żona, a ja nikogo sobie przez tą kurwę nigdy znaleźć nie mogłem – powiedział, prawie płacząc Edmund.
– To do niczego nie prowadzi tylko do kolejnych chorych myśli – próbował uspokoić swojego kompana Hieronim – Zwariujemy od tego
Po tych słowach przyjaciele pożegnali się i pełni rozterek w sercu rozeszli do swoich domów. Żaden z nich nie mógł w nocy zasnąć, toteż kiedy w sypialni Hieronima zadźwięczał sygnał telefonu, nie było to dla niego wcale zadziwiające, że ktoś dzwoni o tak późnej porze:
– Śpisz? – usłyszał w słuchawce głos przyjaciela
– Przecież wiesz, że nie
– Spotkajmy się
Edmund czekał przy sklepie osiedlowym obok kamienicy, w której mieszkała pani Z. Po chwili zjawił się Hieronim, zacierając ręce z zimna. Niebo tej nocy było wyjątkowo czyste, gwiazdy rozświetlały przestrzeń nad całym miastem. Zdawało się, że blask ten zaraz przyciągnie burzliwe serca naszych bohaterów swoim magnetyzmem, ale jednak stali oni twardo na ziemi, na betonowym, brudnym od śmieci chodniku. Można by odnieść w ogóle wrażenie, że zaraz się rozpłyną i znikną gdzieś w kanale pośród ścieków, odchodów ludzkich i szczurzych nieboszczyków.
– Co chcesz zrobić? – zapytał Hieronim
Edmund milczał, paląc nerwowo papierosa i co chwilę spluwając. Po pięciu minutach miejsce, w którym stali przyjaciele całe było pokryte lepką, zieloną flegmą.
– Jeśli chcesz ją zabić, to ja w tym nie będę brał udziału – mówił dalej coraz bardziej drżąc Hieronim
– Nie wiem, kurwa – uniósł się agresywnie Edmund. – Musimy z pizdą pogadać, bo do końca życia nam to nie da spokoju
Po tych słowach Edmund pewnym krokiem ruszył w stronę klatki schodowej, w której mieszkała pani Z. Hieronim przez pierwsze sekundy stał nieruchomo, ale zaraz potem pobiegł za przyjacielem. Trzeba przyznać, że nie było mu łatwo dotrzymać kroku Edmundowi. To było naprawdę niewytłumaczalne, skąd w tym człowieku nagle nagromadziło się tyle energii. Hieronim dyszał, pot lał się z niego ciurkiem, ale postanowił, że tej nocy nie dopuści do tragedii. Chwilę później Edmund stał wyprostowany przez starymi, drewnianymi drzwiami. Jego twarz wykrzywiona w grymasie przywodziła na myśl postać brudnego Harrego. Jego kompan zaś z trudem łapał oddech i wyglądał raczej jak włóczęga w tym swoim przydługim płaszczu. Niespodziewanie drzwi od mieszkania otworzyły się same, bez pukania, bez dzwonienia:
– Zapraszam – usłyszeli głos znienawidzonej kobiety.
Weszli niepewnie do środka. Pani Z. siedziała na starym fotelu i czytała jakąś książkę:
– W czym mogę pomóc moje robaczki? – zapytała głosem starszej pani, która mówi w windzie do dziecka w wieku przedszkolnym.
Mężczyźni przez moment zbaranieli. Po chwili jednak Edmund przypomniał sobie po co przyszedł:
– Mamy z panią do pomówienia pani Z. – powiedział i zaczął przechadzać się po pokoju kobiety przyglądając się przedmiotom wypełniającym pomieszczenie.
– Może byś tak usiadł !!! – wrzasnęła emerytowana nauczycielka.
Hieronim zbladł, nie był w stanie powiedzieć jednak ani jednego słowa.
– Czekoladki? – zwróciła się do niego pani Z.
– Dziękuję – wycedził cały dygocząc,
– Pan ma chyba gorączkę – zatroskała się kobieta,
– Ty stara kurwo!!! – krzyknął histerycznie Edmund. – W co ty grasz?!
Pani Z. zupełnie zignorowała ten atak szału i zaczęła głaskać po głowie Hieronima:
– Taki przystojny, a taki strachliwy – szeptała,
Nagle Edmund wziął do ręki krzesło i rzucił się w kierunku kobiety, próbując ją uderzyć,
– Nieeeeeeeee!!! – wrzasnął Hieronim zakrywając oczy. Kiedy je otworzył zobaczył jednak przyjaciela siedzącego na unoszącym się w powietrzu meblu,
– To na czym to skończyliśmy? – stara kobieta zwróciła się do przestraszonego mężczyzny muskając go delikatnie koniuszkiem palca po udzie
– Pani go puści. On nie chciał – rzekł Hieronim przygryzając wargi.
Pani Z. nie słuchała, tylko zbliżała swoją pokryta zmarszczkami twarz w kierunku twarzy swojego byłego ucznia. Niechybnie doszłoby do kontaktu, gdyby nie Edmund, który rzucił piłeczką tenisową w głowę nauczycielki.
– Ty stara wiedźmo! – krzyknął. – Czarownico! Nie boję się ciebie! Przestałem się bać! Jesteś dla mnie nikim!
Pani Z. spojrzała z wyniosłością na buntownika i po chwili Edmund szybko przemieścił się w stronę wyjścia a następnie sturlał ze schodów. Przyjaciel momentalnie pobiegł, aby zobaczyć, czy nic się nie stało jego towarzyszowi niedoli. Niestety Edmund złamał kark, był martwy. Hieronim stał przez dłuższą chwilę nad bezwładnym ciałem kompana, aż usłyszał sygnał zbliżającej się policji. Krew uderzyła mu nagle do głowy, rzucił się w kierunku mieszkania morderczyni, ale drzwi zatrzasnęły mu się przed samym nosem. Stracił wszelką kontrolę. Płakał, bił pięścią w ścianę, krzyczał i po chwili usiadł skulony w kącie przy rurze od ogrzewania. Parzyła go, ale nic nie czuł.
– Nie ruszaj się! – zawołał policjant celując z pistoletu w naszego bohatera.
Po chwili z mieszkania wyszła pani Z. Miała na sobie koszulę nocną:
– Wariaci, pijacy – unosiła się do policjantów. – Walili mi w drzwi. Potem zaczęli się szarpać i usłyszałam taki huk jakby nie wiem…
– Pójdziesz z nami psycholu – zwrócił się stróż prawa do Hieronima.
Gwiazdy powoli znikały, kiedy policjanci prowadzili mężczyznę w kajdankach przez osiedle. Z pobliskiego kościoła dobiegał odgłos bijącego dzwonu. Robotnicy tłoczyli się na przystanku autobusowym, bełkocząc swoje coraz to nowsze prawdy życiowe. Miejscowy sprzedawca otwierał sklep, pod którym od jakiegoś czasu z niecierpliwością czekało kilkanaście osób. Nikt nie zwracał specjalnej uwagi na Hieronima. Kolejny bandyta, codziennie się taki trafi.
Była żona oskarżonego o morderstwo naszego bohatera zeznała w sądzie, że odeszła od niego, bo już wcześniej wykazywał sadystyczne skłonności. Już miesiąc po ślubie rzucił się na nią w nocy i zaczął dusić. Potem tłumaczył się, że to we śnie, że nic nie pamięta. Obiecywał, że się zmieni, że będzie nad sobą panował, ale żądza krwi była silniejsza.
– Kara śmierci, kara śmierci!!! – krzyczał tłum przed budynkiem sądu.

Piesek

Statystyka

stat4u stat4u stat4u
%d blogerów lubi to: